„Na szczęście w szkole, gdzie uczą się moje dzieci, nie ma strajku” - mówił minister Michał Dworczyk. Jak ustaliliśmy, to prywatne placówki pod patronatem Opus Dei. Czesne za czworo dzieci Dworczyka, według cennika, wynosi 3,5-4,5 tys. miesięcznie. Minister zataił w oświadczeniach majątkowych, że jest udziałowcem spółki współfinansującej szkoły

Michał Dworczyk, szef kancelarii premiera Mateusza Morawieckiego, był „twarzą” rządu i PiS w starciu ze strajkującymi nauczycielami. Wielokrotnie krytykował ich i wzywał do zakończenia protestu.

Publicznym szkołom, które brały udział w proteście, przeciwstawił prywatną szkołę, do której posyła swoje dzieci. Mówił, że „na szczęście” nie ma w niej strajku. I zachwalał jej model wychowawczy.

Jak ustaliło OKO.press, w rzeczywistości

to nie jedna szkoła, lecz przedszkole oraz oddzielne szkoły dla chłopców i dziewczynek – elitarne placówki z dużym czesnym, pod opieką duchową i personalną Opus Dei, jednej z najbardziej tajemniczych i kontrowersyjnych instytucji Kościoła Katolickiego.

W krajach gdzie Opus Dei (łac. Dzieło Boże) działa od dawna, przypisuje mu się ogromne wpływy w kręgach polityczno-biznesowych, a nawet infiltrację najważniejszych publicznych instytucji. W Hiszpanii krytycy nazywają je Santa Mafia (święta mafia), a we Włoszech – Octopus Dei (boża ośmiornica).

  • Przeczytaj więcej o Opus Dei i jego działalności w Polsce

    Diecezja bez granic

    Opus Dei (Dzieło Boże) powstało w 1928 roku. Jego założyciel – hiszpański ksiądz Josemaria Escriva de Balaguer głosił rewolucyjną na ówczesne czasy myśl, że każdy chrześcijanin może zostać świętym sumiennie wykonując swoją pracę i zwykłe, codzienne czynności.

    Mniej postępowy był w sprawie podziału ról społecznych. Zgodnie z jego nauką, powołaniem kobiety jest przede wszystkim bycie matką i prowadzenie domu, które należy traktować jako zawód. Nie odmawiał wprawdzie kobietom prawa do wykonywania pracy zawodowej, ale uważał że nie ona jest dla nich drogą do świętości. Według niego, kobiety uzyskują świętość po urodzeniu ośmiorga dzieci. Stąd w OD liczne są rodziny wielodzietne.

    W 1982 roku Jan Paweł II nadał Dziełu status prałatury personalnej, czyli swego rodzaju diecezji bez terytorialnych granic. Do dziś jest ono jedyną taką organizacją w Kościele Katolickim.

    Opus Dei tworzą: prałat, kler i osoby świeckie.

    Najliczniejszą grupą wśród świeckich członków są supernumerariusze i supernumerarie mężczyźni i kobiety żyjący w małżeństwach, wspierający organizacyjnie i finansowo inicjatywy Dzieła.

    Drugą grupą świeckich są numerariusze i numerarie. Żyją w celibacie, mieszkają w ośrodkach Dzieła – oddzielnych dla kobiet i mężczyzn. W pisemnych umowach z prałaturą zobowiązują się do czystości, posłuszeństwa przełożonym i ubóstwa. Umartwiają się nosząc na udach cilice (drucianą kolczatkę) i samobiczując się.

    Zostając numerariuszami oddają swój majątek któremuś z podmiotów powiązanych z Opus Dei, a potem przekazują mu również swoje zarobki (większość pracuje w swoich zawodach – jako prawnicy, urzędnicy, biznesmeni). Jak podkreśla Prałatura OD w Polsce – przekazywanie dochodów ma charakter dobrowolny.

    Do życia w celibacie zobowiązują się również przyłączeni (od numerariuszy różni ich to, że nie mieszkają w ośrodkach Dzieła) i numerarie pomocnicze (zajmują się pracami domowymi w ośrodkach prałatury).

    Księża Opus Dei wywodzą się spośród numerariuszy. Po kilku latach pracy w Dziele numerariusz może zostać zaproszony przez prałata do zostania kapłanem. Przed przyjęciem święceń musi ukończyć studia w Rzymie. W Polsce święcenia przyjęło dotąd tylko kilka osób (pierwszą był Damian Pukacki, biolog, były prezes Młodzieży Wszechpolskiej). Dlatego posługę pełnią głównie księża – obcokrajowcy.

    Obowiązek apostolstwa i zbierania pieniędzy

    Obowiązkiem wszystkich członków Opus Dei jest prowadzenie działalności apostolskiej. Tworzą oni dzieła apostolstwa korporacyjnego, czyli rozmaite podmioty, które mają krzewić wiarę i myśl Escrivy.

    Oficjalnie prałatura sprawuje nad nimi wyłącznie opiekę duchową, zaś pod względem prawnym, finansowym i organizacyjnym odpowiadają za nie ich założyciele. Faktycznie Opus Dei w pełni je kontroluje – współzałożycielami i członkami ich władz są numerariusze, którzy, jak już wspomnieliśmy, są zobowiązani do posłuszeństwa prałaturze.

    Członkowie Opus Dei mają też obowiązek gromadzenia funduszy na „dzieła apostolstwa”. Założyciel OD przedstawiał je jako biedną, wielodzietną rodzinę, która wymaga ciągłego wsparcia. Ta narracja obowiązuje do dziś.

    Prałat OD Javier Echevarria, podczas wizyty w Polsce w 2005 roku, przekonywał, że Dzieło, by się krzewić w naszym kraju i na świecie, potrzebuje dużych środków materialnych: „Nie bójcie się prosić. Starajcie się wzbudzać hojność ludzi, bo nie bierzemy tego do kieszeni. Chcemy czynić wiele dzieł (…) A na to trzeba środków” – mówił.

    Od 30 lat w Polsce

    W Polsce Opus Dei zaczęło działalność krótko po wyborach w 1989 roku. Pierwsze struktury budowali dwaj księża prałatury: Hiszpan Rafael Mora i Argentyńczyk polskiego pochodzenia – Stefan Moszoro-Dąbrowski, który z Dziełem związał się mając 12 lat. Wciągnął go starszy brat – Bartłomiej, dziś konsul honorowy RP w Argentynie.

    Śladem Moszoro-Dąbrowskiego przyjechali do Polski jego dwaj bratankowie – numerariusze Dzieła: Marian i Bartłomiej Moszoro jr. Pierwszy z nich, za poprzednich rządów PiS, był wiceministrem finansów (w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza).

    Według mediów, związki z OD mają również m.in. Jarosław Gowin, Roman Giertych, Ryszard Legutko, Jarosław Sellin, Marek Jurek, Michał Ujazdowski oraz wielu innych polityków i urzędników.

    Ale sami zainteresowani, pytani o to, czy należą do Dzieła, prawie nigdy tego nie potwierdzają. Nie odpowiedział na to pytanie – przesłane przez OKO.press – również Michał Dworczyk.

    Od początku działania OD w Polsce, jego członkowie zakładają kolejne ośrodki formacyjne (nazywane ośrodkami kultury i ośrodkami akademickimi itp.), które ewangelizują młodzież i dorosłych w duchu Opus Dei. A od kilkunastu lat – także szkoły prowadzące formację (czyli wychowujące) zgodnie z nauczaniem Escrivy.

Placówki, do których chodzą dzieci Dworczyka prowadzi Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik założone przez członków Opus Dei.

W ich działalność zaangażowanych jest grono osób wywodzących się ze Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej. To środowisko jest dziś zapleczem merytorycznym i PR-owym premiera Morawieckiego. Instruktorami ZHR byli również przez wiele lat Michał Dworczyk i jego żona.

05.04.2005 Michał Dworczyk – wówczas harcmistrz ZHR przed mszą żałobną w intencji Jana Pawła II. Fot. Waldemar Kompala/ Agencja Gazeta

Placówki Sternika mają wielostrumieniowy, rozbudowany system finansowania ze źródeł prywatnych i publicznych.

  • Jednym z elementów tego systemu jest spółka Rodzice dla Szkoły, zawiadująca nieruchomościami, w których mieszczą się przedszkole i szkoły Sternika. Rodzice uczniów muszą zostać jej udziałowcami. Michał Dworczyk od lat zataja w swoich oświadczeniach majątkowych, że w 2009 roku kupił w niej udziały, które ma do dziś. Nie wyjaśnił nam, dlaczego nie wpisał tego w deklaracjach.
  • Placówki pobierają też wysokie czesne. Jeśli chodzi do nich cała czwórka dzieci Dworczyka, to według cennika powinien on płacić w tym roku 4.257 zł miesięcznie (przy rozłożeniu na 10 rat) lub 3.547 zł (przy 12 ratach). W poprzednich latach kwota była niewiele mniejsza, a np. w 2016 roku Dworczyk zarabiał średnio 14,4 tys. zł miesięcznie.
  • Jeśli czyjeś zarobki nie pozwalają na płacenie pełnego czesnego za dzieci, może je dofinansować Fundacja Edukacyjna Sternik – na którą wpłacają bogatsi rodzice i inni darczyńcy, nazywani „partnerami wspierającymi rodzinę”. Minister Dworczyk nie odpowiedział nam, czy korzystał w przeszłości lub korzysta teraz z tego wsparcia. Jeśli tak – powinien to wpisać do poselskiego rejestru korzyści. W rejestrze nie ma jednak takiego wpisu.

Publiczny system się „wyczerpał”. „Na szczęście” prywatny nie strajkuje

Występując w mediach i parlamencie w czasie strajku szkół, Dworczyk przedstawiał nauczycieli jako bezwolnych ludzi, wykorzystywanych przez związkowców i opozycję do politycznej rozgrywki. Przekonywał, że powinni zakończyć protest, że porozumienie zawarte przez rząd z nauczycielską Solidarnością jest bardzo dobre i że

przeznaczanie większych pieniędzy na wynagrodzenia nauczycieli nie ma sensu, bo „ten system wyczerpał swoje możliwości”.

  • Przeczytaj wypowiedzi Michała Dworczyka dotyczące strajku i nauczycieli

    25 kwietnia 2019 roku, podczas briefingu w Sejmie, odnosząc się do prac nad ustawą, która pozwoliła przeprowadzić kwalifikację maturzystów bez udziału ich nauczycieli, Dworczyk mówił: „Jest to tryb ekstraordynaryjny, bo sytuacja jest ekstraordynaryjna.

    Kto mógł przewidzieć, że część związkowców i – w moim przekonaniu dosyć cynicznie wykorzystanych przez nich – nauczycieli, weźmie uczniów klas maturalnych na zakładników i doprowadzi do sytuacji, gdzie nie mamy pewności, że matury się odbędą”.

    17 kwietnia 2019 roku, w „Kropce nad i” w TVN24, mówił, że porozumienie podpisane przez „Solidarność” z rządem „jest bardzo dobrym porozumieniem, ponieważ gwarantuje dla wszystkich nauczycieli, nie tylko członków „Solidarności” 16 proc. podwyżki w tym roku, to jest średnio 498 zł dla nauczyciela dyplomowanego, dodatki dla wszystkich stażystów na poziomie tysiąca zł oraz dodatki dla wychowawców na poziomie 300 zł miesięcznie”.

    Choć w rzeczywistości podwyżki mają być niższe, a dla nauczycieli początkujących – znacznie niższe.

    9 kwietnia 2019 roku, w „Rozmowie Piaseckiego” przekonywał: „Większe pieniądze wsypane do systemu dzisiaj nie mają sensu, dlatego, że ten system wyczerpał swoje możliwości, w takim kształcie, jakim jest. (…)

    Jeżeli dzisiaj dosypiemy pieniędzy tak, że zadowolimy nauczycieli, to za rok spotkamy się dokładnie z takimi samymi problemami”.

    Gdy Konrad Piasecki dziwił się, że po 3,5 roku rządów PiS mówi o wyczerpaniu systemu, Dworczyk twierdził, że „wcześniej rozmowy na temat reformy całościowej systemu nie budziły zainteresowania niczyjego”. Choć to rząd przeprowadził swoje reformy praktycznie nie konsultując ich z środowiskiem nauczycielskim.

Mówił to po blisko 4 latach wprowadzania przez rząd PiS „reformy” systemu szkolnictwa, która je zdestabilizowała, zmusiła nauczycieli do realizacji niewykonalnych nieraz zadań (jak upchnięcie 3-letniego programu gimnazjum w 2 latach nauki) i sprawiła, że

miliony dzieci – przede wszystkim ze szkół publicznych, na których najmocniej odbiły się nieprzemyślane decyzje rządu – straciły szansę na dobrą edukację.

Jak się okazuje, dzieci samego Dworczyka deforma nie dotyka (albo dotyka w bardzo ograniczonym zakresie).

Gdy pierwszego dnia strajku nauczycieli – 8 kwietnia 2019 roku, w programie Tłit (na portalu Wirtualna Polska) dziennikarze zapytali go, czy w szkole jego dzieci jest strajk i czy musiał zorganizować im opiekę,

Dworczyk odparł: „Nie. Na szczęście w szkole, w której uczą się moje dzieci nie ma strajku”. I wyjaśnił, że to szkoła niepubliczna.

  • Przeczytaj fragment rozmowy o szkole dzieci Dworczyka w Wirtualnej Polsce

    Fragment rozmowy dziennikarzy Wirtualnej Polski z ministrem Michałem Dworczykiem, z 8 kwietnia 2019:

    Wirtualna Polska: „Pana dzieci poszły dzisiaj do szkoły? W szkole pana dzieci jest strajk, czy też musiał pan zorganizować im opiekę?”

    Michał Dworczyk: „Nie. Na szczęście w szkole, w której uczą się moje dzieci nie ma strajku

    WP: „Ale to jest państwowa szkoła?”

    M.D.: „Nie, to jest szkoła niepubliczna

    W.P.: „To może dlatego [nie strajkuje – przyp. red.]?”

    M.D.: „Może dlatego. Szkoła ZNP, według mojej wiedzy również nie strajkuje, która też jest niepubliczną placówką.” 

Tydzień później, w Radiu Zet, w rozmowie z Beatą Lubecką wyjaśniał, że posyła dzieci do prywatnej szkoły, bo „jest to szkoła katolicka”. A gdy dziennikarka dopytywała, czy zwątpił w jakość nauczania w placówkach publicznych, przekonywał, że zdecydował się na to ze względu na „system wychowawczy”, który proponuje szkoła jego dzieci.

  • Przeczytaj fragment rozmowy o szkole dzieci Dworczyka w Radiu Zet

    Fragment rozmowy Beaty Lubeckiej z Radia Zet z ministrem Michałem Dworczykiem, z 15 kwietnia 2019 r.:

    B.L.: „Słuchacze pytają: dlaczego pan minister posłał dzieci do prywatnej szkoły, a nie do publicznej?”

    M.D.: „Dlatego, że jest to szkoła katolicka. Ja chciałem, żeby moje dzieci chodziły do szkoły katolickiej.”

    B.L.: „Zwątpił pan w jakość nauczania publicznej szkoły?”

    M.D.: „Nie, powtórzę: chodzi o to, że szkoła poza przekazywaniem wiedzy również ma bardzo ważny wymiar dotyczący wychowania i ja chciałem, żeby moje dzieci chodziły do szkoły o takim profilu.”

    B.L. „Ale lekcje religii są normalnie w szkole”.

    M.D. „To prawda, natomiast jak pani zwróciła uwagę, to są pojedyncze lekcje religii, natomiast tu chodzi o cały system wychowawczy. Dzieci w tym najwcześniejszym okresie najwięcej czasu spędzają właśnie w szkole, w związku z tym szkoła ma największy też wpływ na kształtowanie ich postaw. Chcieliśmy wybrać taką szkołę z tymi wszystkimi konsekwencjami, stąd ta decyzja.”

Prawicowi dziennikarze, już po deklaracji Dworczyka w „Tłicie”, dorobili do niej właściwą interpretację.

Portal wpolityce.pl pisał: „Strajk nauczycieli, zamknięte szkoły, brak zajęć lekcyjnych – to problem, z którym musi zmierzyć się wielu rodziców, których pociechy chodzą do szkół i przedszkoli. Przed takim wyzwaniem stanęli również członkowie rządu.

Są jednak placówki, które mimo wszystko mają na względzie dobro dziecka”. I cytował wypowiedź Dworczyka o katolickiej szkole, która nie strajkuje.

Przedszkole i szkoła Sternika dla dziewczynek w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak. KLIKNIJ STRZAŁKĘ, by zobaczyć więcej zdjęć.

„Projekt” pod opieką Opus Dei

W rzeczywistości placówki, do których chodzą dzieci Dworczyka, nie są formalnie katolickie (organem prowadzącym nie jest instytucja kościelna ani też nie zostały uznane za katolickie dekretem biskupa).

Jak już wspomnieliśmy, prowadzi je Stowarzyszenie Wspierania Edukacji i Rodziny Sternik, założone przez 17 osób, z których co najmniej 8 było numerariuszami Opus Dei, czyli świeckimi członkami OD, żyjącymi w celibacie, a pozostali to głównie supernumerariusze, czyli członkowie OD żyjący w małżeństwach (więcej o tym przeczytasz w rozwijanym tabie na początku artykułu).

Model wychowawczy zapożyczony został od Institució Familiar d’Educació, prowadzącego szkoły pod patronatem Opus Dei w Hiszpanii. Projekt – jak określają szkoły ludzie ze Sternika – zakłada wychowanie i kształcenie dzieci od trzylatka do matury.

Z wyjątkiem przedszkola, dziewczynki i chłopcy uczą się w oddzielnych placówkach. Dziewczynki – w podstawówce i liceum „Strumienie” w Józefowie pod Warszawą, a chłopcy w „Żaglach”, w warszawskiej Falenicy i Międzylesiu.

Jak tłumaczył kiedyś ówczesny poseł PiS – Przemysław Wipler, którego dzieci chodzą do szkół Sternika, ich „program wychowawczo – edukacyjny jest dostosowany do »specyficznych wymagań danej płci«”.

Lekcja w szkole „Strumienie” w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak
Każdy uczeń ma swojego tutora, czyli opiekuna, który czuwa nad jego rozwojem i kontaktuje się z jego rodzicami. Jak podkreślają sternikowcy, rodzice muszą wykazywać gotowość do współpracy ze szkołą, bo „do placówek nie są przyjmowane dzieci, lecz całe rodziny”.

Podczas Kongresu Rodzin i Kobiet Konserwatywnych w 2013 roku Wipler tłumaczył, że oznacza to także, że do szkół Sternika przyjmowane są dzieci z pełnych rodzin. I że wybrał je dla swoich dzieci m.in. by oszczędzić im traumy związanej z kontaktem z dziećmi rozwodników. Przedstawiciele Sternika wyjaśniali potem w mediach, że nie chodzi o to, że nie chcą przyjmować dzieci rozwodników, ale że „z założenia” stawiają na współpracę z obojgiem rodziców.

Nad tym, by szkoły „zachowywały chrześcijańską tożsamość” czuwają księża Opus Dei.

Każdego dnia nauka zaczyna się modlitwą w klasach, a potem uczniowie uczestniczą we mszy w szkolnej kaplicy (odprawianej przez księży Dzieła) i jeszcze dwukrotnie modlą się w ciągu dnia. W weekendy w szkołach odbywają się dni skupienia, czyli swego rodzaju rekolekcje dla rodziców.

Dzieci – „najważniejszy biznes” rodziców

Sternikowcy nie ukrywają, że indywidualne podejście do ucznia musi kosztować.

W 2008 roku, gdy powstawała pierwsza placówka Sternika we własnym budynku, ówczesny prezes stowarzyszenia – Janusz Siekański, w wywiadzie dla portalu Opus Dei przekonywał: „Rodzice, którzy uważają rodzinę za najważniejszy interes swojego życia, chętnie inwestują w przedsięwzięcie [czyli szkołę – przyp. red.], które daje skuteczną pomoc w wychowywaniu dzieci”.

Było to nawiązanie do słów założyciela Dzieła – św. Josemarii Escrivy, który mawiał, że dzieci są najważniejszym biznesem człowieka. Sternik z tej maksymy zrobił swoją strategię marketingową.

Jego przedstawiciele przekonują, że warto zdobyć się na wysiłek finansowy, a nawet wyrzeczenia, by posłać dzieci do placówek Sternika. Bo uczniowie, którzy je ukończą będą elitą kraju, a zawarte w nich znajomości pozostaną na całe życie.

Sala gimnastyczna w szkole Sternika dla dziewczynek w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak
Do szkół Sternika posyłają lub posyłali swoje dzieci: senator PiS Jan Maria Jackowski, wspomniany już były poseł PiS Przemysław Wipler, były poseł i minister w rządzie AWS Maciej Srebro, były wicepremier Roman Giertych oraz byli posłowie LPR Radosław Parda i Szymon Pawłowski.

Wybrali je również dziennikarz Polsatu Bogdan Rymanowski i kojarzeni z prawicą PR-owcy: Sebastian Bojemski, Dymitr Hirsch i Piotr Wysocki (wszyscy trzej wywodzący się z ZHR; dwaj pierwsi uważani za bliskich współpracowników premiera Morawieckiego).

Piąte i kolejne dziecko w rodzinie – gratis

Tak jak wszystkie organizacje prowadzące prywatne przedszkola i szkoły posiadające uprawnienia placówek publicznych, stowarzyszenie Sternik otrzymuje dotacje od gmin, na terenie których działa – czyli Warszawy i Józefowa. To kilkaset złotych na każde dziecko.

Dodatkowo rodzice zapisujący dzieci do szkół Sternika wpłacają na jego konto:

  • wpisowe – w tym roku szkolnym to 1,2 tys. zł za każde dziecko na początku szkoły podstawowej i na początku liceum,
  • oraz czesne – w przedszkolu i podstawówce w tym roku to 1.548 zł miesięcznie (przy rozłożeniu na 10 rat) lub 1.290 zł miesięcznie (przy 12 ratach), a w liceum odpowiednio: 1.080 zł lub 900 zł. Kwoty te nie obejmują kosztów wyżywienia – rodzice płacą za nie dodatkowo.

W duchu nauk założyciela Opus Dei, który uważał, że jedną z dróg do świętości jest wychowanie dzieci (przypomnijmy: kobieta zyskuje świętość po urodzeniu ośmiorga dzieci), Sternik wspiera rodziny wielodzietne, które posyłają do jego placówek kolejne dzieci. Od trzeciego dziecka dostają one „zniżkę zwyczajną”:

  • za trzecie płacą 50 proc. stawki czesnego,
  • za czwarte – 25 proc. stawki,
  • a za piąte i kolejne dzieci już nie płacą.
Jadalnia w szkole Sternika dla dziewczynek w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak

Partnerzy wspierający rodzinę

Brakującą kwotę czesnego za dzieci z wielodzietnych rodzin dopłaca Sternikowi założona przez niego w 2009 roku Fundacja Edukacyjna Sternik (w której władzach zawsze zasiadają jacyś numerariusze Opus Dei).

Fundacja pokrywa również koszty związane z przyznawaniem przez Sternika „zniżek nadzwyczajnych”. Dostają je rodziny, których nie stać na zapłacenie pełnego czesnego, ale pragną, by ich dzieci uczyły się właśnie w szkołach Sternika.

Skąd Fundacja Edukacyjna Sternika ma środki na ten cel?

„Wszyscy rodzice zapisując dzieci do szkoły dostają sygnał, że – jeśli tylko ich na to stać – wskazane jest, by wpłacali darowizny na fundację. Dla osób, które dużo zarabiają pokrycie kosztów np. jednego dodatkowego czesnego, nie jest problemem. Pieniądze można wpłacać do puli ogólnej lub z przeznaczeniem na dofinansowanie czesnego konkretnej rodziny” – mówi nauczycielka, która do niedawna uczyła w jednej ze szkół Sternika.

Przedstawiciele Sternika zapewniają, że konkretnych odbiorców wsparcia wskazują najczęściej ich krewni (a nie np. bogaci biznesmeni chcący dofinansować czesne dzieci urzędników czy polityków). Nie wiadomo jednak, do czego potrzebne im jest pośrednictwo fundacji i dlaczego np. dziadkowie nie mogą dać pieniędzy na szkołę bezpośrednio wnukom.

Znów zgodnie z duchem Opus Dei (przypomnijmy: nakazuje wiernym szukanie pieniędzy na budowę dzieł apostolstwa korporacyjnego – więcej przeczytasz w rozwijanym tabie na początku tekstu),

władze szkół przekonują, że każda rodzina ma wokół siebie takich sponsorów – nazywanych w Sterniku partnerami wspierającymi rodzinę. Trzeba się tylko rozejrzeć i poprosić o wsparcie.

Wejście do szkoły „Strumienie” w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak

Wkład inwestycyjny rodziców

Na tym jednak zaangażowanie rodziców się nie kończy.

Zapisując pierwsze dziecko do placówki Sternika, zobowiązują się oni również do zakupu udziałów w związanej z nim spółce – Rodzice dla szkoły sp. z o.o. (RDS). Gdy ich dzieci kończą naukę, mogą odsprzedać udziały kolejnym rodzinom lub Fundacji Edukacyjnej Sternik (dziś jest ona największym udziałowcem RDS).

Wysokość wkładu inwestycyjnego jest negocjowana indywidualnie – nie zależy od liczby dzieci, które rodzina posyła do placówek Sternika, lecz od tego, ile pieniędzy jest ona w stanie wyłożyć. Najczęściej są to kwoty rzędu 14- 24 tys. zł. Wysokie udziały i w dodatku uprzywilejowane, ma kilka osób które zakładały Sternika. Największy udziałowiec spośród nich zainwestował w spółkę 121 tys. zł.

Duże (początkowo największe) udziały w RDS ma też warszawska Fundacja Współpracy Międzynarodowej, założona z kolei przez szwajcarską fundację FGM Stiftung für Internationale Zusammenarbeit – organizację koordynującą i wspierającą przedsięwzięcia związane z Opus Dei na całym świecie. Jej udział w RDS miał gwarantować, że placówki Sternika będą takie jak ich hiszpański pierwowzór (niekoedukacyjne placówki, tutoring itd.).

Zarówno we władzach FWM, jak i spółki RDS zasiadają członkowie Opus Dei (we władzach fundacji głównie numerariusze).

Głównym zadaniem spółki Rodzice dla szkoły jest gromadzenie środków na budowę i wyposażenie placówek Sternika. Na preferencyjnych warunkach wynajmuje ona stowarzyszeniu własne i wynajmowane od innych budynki, zaadaptowane na potrzeby przedszkola i szkół, dostarcza im brakujące wyposażenie i prowadzi remonty.

Szkoła „Strumienie” w Józefowie [2011 rok]. Fot. Tadeusz Późniak
Największą jej inwestycją była dotąd budowa szkoły dla dziewczynek przy ul. 3 Maja w Józefowie – nowoczesnego obiektu (patrz: zdjęcia ilustrujące artykuł) z basenem, salą gimnastyczną, przestronną stołówką, aulą ze sceną i oczywiście kaplicą. Spółka zaciągnęła na niego kilkudziesięciomilionowy, wieloletni kredyt.

Rodzice dla Szkoły – mimo, że jest spółką – została zarejestrowana jako organizacja pożytku publicznego.

Do ubiegłego roku rodzice uczniów mogli jej przekazywać 1 proc. odpisu ze swoich podatków. Jak wynika ze sprawozdania RDS, w 2017 roku na jej konto wpłynęło z tego tytułu prawie 157 tys. zł, a w 2018 – 163 tys. zł. Pieniądze przeznaczane są na wsparcie placówek Sternika.

Od początku 2017 roku do sierpnia 2018 roku RDS dostała też w sumie blisko 3 mln zł darowizn od osób prawnych.

Udziały ministra Dworczyka

Udziały w spółce Rodzice dla Szkoły kupił także Michał Dworczyk, dziś szef kancelarii premiera Mateusza Morawieckiego.

Według akt rejestrowych RDS, 29 września 2009 roku oświadczył przed notariuszem, że „przystępuje do Spółki i obejmuje w kapitale zakładowym Spółki (…) 180 nowoutworzonych udziałów zwykłych kategorii B (…) o wartości nominalnej 100,00 zł każdy, które pokrywa wkładem pieniężnym w kwocie 18.000,00 zł”.

Akt notarialny potwierdzający przystąpienie Michała Dworczyka do spółki Rodzice dla Szkoły. Fot. Bianka Mikołajewska

Nazwisko Dworczyka widniało odtąd na wszystkich listach udziałowców spółki Rodzice dla Szkoły, uprawnionych do udziału w zgromadzeniach wspólników w kolejnych latach.

Było też na liście wspólników uprawnionych do udziału w zgromadzeniu, które odbyło się 26 marca 2018 roku. Przynajmniej do tego czasu minister Michał Dworczyk miał więc udziały w RDS.

Lista wspólników spółki Rodzice dla Szkoły na 26 marca 2018 roku, z nazwiskiem Michała Dworczyka.

Gdy Dworczyk kupował udziały w RDS, był radnym warszawskiej dzielnicy Śródmieście, a potem – przez wszystkie kolejne lata pełnił inne funkcje, związane z obowiązkiem składania oświadczeń majątkowych.

Nie wiemy, czy wpisywał udziały w RDS do oświadczeń za lata 2009-2012, zostały one już bowiem usunięte ze stron internetowych rady Śródmieścia i rady Warszawy (w której zasiadał w latach 2010-2014).

Pewne jest jednak, że nie ujawniał ich w oświadczeniach, które składał po 2012 roku (jako radny Warszawy, radny sejmiku mazowieckiego, poseł, wiceminister, a ostatnio – minister w kancelarii premiera).

W oświadczeniu majątkowym, które złożył 21 marca 2018 roku, jako szef KPRM, w rubryce „w następujących spółkach prawa handlowego posiadam niżej podane udziały lub akcje” zadeklarował: „nie posiadam”.

A przypomnijmy – jeszcze 26 marca 2018 roku jego nazwisko było na liście udziałowców spółki Rodzice dla Szkoły uprawnionych do udziału w zgromadzeniu wspólników.

Oświadczenie majątkowe Michała Dworczyka z 21 marca 2018. KLIKNIJ na zdjęcie, aby przejść do całego dokumentu.

Rodzice dla Szkoły to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Spółki z o.o. są zaś spółkami handlowymi i ich działalność reguluje kodeks spółek handlowych. Nawet jeśli prowadzą one działalność non profit i mają status organizacji pożytku publicznego – wciąż nie przestają być w świetle prawa spółkami handlowymi.

Minister Dworczyk powinien więc wykazać udziały w RDS w swoich oświadczeniach majątkowych.

Dla porównania – senator PiS Jan Maria Jackowski, w oświadczeniu majątkowym, które złożył na początku obecnej kadencji, zadeklarował, że ma udziały w RDS. I w odpowiedniej rubryce wyjaśnił, że nie osiągnął z tego tytułu żadnego dochodu.

Fragment oświadczenia majątkowego senatora Jana Marii Jackowskiego z 2015 roku. KLIKNIJ na zdjęcie aby przejść do pełnego dokumentu

Zapytaliśmy ministra Dworczyka, dlaczego w swoich oświadczeniach majątkowych, nie wymieniał udziałów w spółce Rodzice dla Szkoły. Chcieliśmy wiedzieć również:

  • Czy wszystkie z czwórki jego dzieci uczęszczają do placówek Sternika?
  • Jakie czesne minister płaci za każde z nich?
  • Czy korzysta lub korzystał ze „zniżki nadzwyczajnej” w czesnym, związanej z poziomem dochodów w rodzinie? (jeśli otrzymał więcej niż 1,1 tys. zł zniżki powinien to wpisać w poselskim rejestrze korzyści, ale nie ma w nim żadnej wzmianki o Sterniku).

Mimo, że wysłaliśmy pytania mailem i za pośrednictwem Facebooka (gdzie minister lub ktoś prowadzący jego konto je odczytał) i mimo że kilkakrotnie ponawialiśmy prośbę o odpowiedź – nie otrzymaliśmy jej.

Na pytania o czesne i zniżki nie chciał udzielić nam również odpowiedzi prezes stowarzyszenia Sternik – Marcin Borek. Zasłonił się ochroną danych osobowych.

Z biogramu zamieszczonego na stronie internetowej kancelarii premiera wynika, że Michał Dworczyk ma „czwórkę dzieci: Marysię, Zosię, Antka i Janka”.

W 2015 roku prezentując kandydaturę Dworczyka do Sejmu portal kresy.pl pisał, że mają one kolejno: 10 lat, 8 lat, 6 lat i 9 miesięcy. Dziś więc najmłodsze dziecko jest więc w wieku przedszkolnym, a pozostała trójka powinna chodzić do podstawówki.

Jeśli cała czwórka uczęszcza do placówek Sternika, zgodnie z cennikiem, Dworczyk powinien płacić za nie w tym roku 4.257 zł czesnego miesięcznie (przy rozłożeniu na 10 rat) lub 3.547 zł miesięcznie (przy 12 ratach).

Nie wiadomo jakie dochody Dworczyk miał w 2018 roku (nie opublikowano jeszcze oświadczenia), ale np. w 2016 roku zarabiał średnio 14,4 tys. zł miesięcznie, a w 2017 – 18,5 tys. zł miesięcznie.

W oświadczeniu majątkowym za 2017 rok podał, że nie ma domu ani mieszkania (nie licząc 25-metrowej kawalerki, która stanowi majątek odrębny jego żony), ale ma do spłacenia 75 tys. franków szwajcarskich kredytu hipotecznego i 63 tys. zł pożyczki z otwartej linii kredytowej. Miał też 18 letniego volkswagena.

Ale jak przyznał wiosną ub. roku, w rozmowie z dziennikarzem Radia Zet, musiał sprzedać samochód, by zgodnie z decyzją władz PiS, przelać na Caritas nagrodę, którą dostał od premier Beaty Szydło. Wyjaśniał wówczas, że musiał wziąć na ten cel również pożyczkę.


Dostęp do informacji o działaniach władz to Twoje prawo.
Wesprzyj OKO, by nadawało dalej.

Wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarka „Polityki” (2000–13), krótko „GW”, a od wiosny 2016 roku - OKO.press. Dziennikarka Roku Grand Press 2016. Laureatka kilkunastu innych nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press za dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody Radia Zet im. A. Woyciechowskiego, Nagrody im. Dariusza Fikusa, kilku nagród i wyróżnień SDP (przed jego przejęciem przez dziennikarzy "niepokornych"). Bałucki charakter.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press