25 listopada 2020

"Dzieciaki, które dziś są zatrzymywane, za 5 lat zrobią rewolucję. Władza sama ich radykalizuje"

„Po wyroku TK czułam bezsilność i wściekłość” - mówi Iza, która zajmuje się dziećmi ze środowisk zmarginalizowanych. Prokuratura chciała dla niej 2 miesięcy aresztu za rzucenie podczas protestu petardą hukową. „Jak na mnie, to duży gest, ale nazwanie tego czynną napaścią na policjanta, to farsa"

26 października 2020, cztery dni po tym, gdy upolityczniony Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej uznał aborcję "ze względu na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej życiu płodu" za niezgodną z Konstytucją, na Placu Trzech Krzyży w Warszawie odbył się jeden z wielu protestów wkurzonych kobiet.

Tłum zebrał się przed wejściem do kościoła św. Aleksandra. Wejścia bronili policjanci i narodowcy. Jak relacjonowało OKO.press, chwilę przed 21:00 doszło do eskalacji.

"W stronę narodowców zgromadzonych na schodach kościoła z tłumu rzucano flary hukowe i papier toaletowy. Część z nich wyskoczyła zza kordonu policji i zaczęła wyłapywać ludzi z tłumu. Policja rozpyliła gaz. Narodowcy rzucają w ludzi butelkami i kamieniami. Protest odpowiada tym samym. Jedna z demonstrantek została zatrzymana przez policję. Protestujący otaczają policyjny samochód, skandując: »Bez niej nie idziemy« i »Puśćcie ją«. Siadają na ulicy, by uniemożliwić przejazd furgonetki".

Furgonetka w końcu odjeżdża na komendę na ulicę Wilczą, a w niej jedyna zatrzymana: 25-letnia Iza. Prokuratura domagała się dla niej 2 miesięcy aresztu, sąd dwukrotnie wiosek odrzucił. Podczas obu rozpraw pod sądami organizowano solidarnościowe demonstracje.

Kim jest Iza i co takiego zrobiła, żeby zasłużyć sobie na tak złą opinię prokuratury?

Marta K. Nowak: Jesteś jedyną zatrzymaną podczas protestu na placu Trzech Krzyży, policja oskarżyła cię o czynną napaść, prokuratura domagała się aresztu. Kogo właściwie tak nieustępliwie ścigają? Co zwykle robisz poza byciem zagrożeniem publicznym?

Iza: W ostatnim czasie zajmowałam się czterema projektami, wszystkie kręciły się wokół dzieci ze środowisk marginalizowanych. Od 5 lat pracuję w Przystanku “Świetlica” dla dzieci z doświadczeniem uchodźczym. Działamy w ośrodku dla cudzoziemców na Targówku.

Pracuję też jako streetworkerka na ulicach warszawskiej Pragi. Latem współprowadziłam tam dwa projekty. W jednym z nich, "Rower za dobro" przy Otwartym Warsztacie Rowerowym na Brzeskiej, dzieciaki robią dobre uczynki, a w zamian dostają rowery.

Drugi projekt to Szkoła Mobilna. Jeździmy z takim boksem na kółkach, mamy w nim 10 tablic. Rozkładamy się na podwórkach i spędzamy czas z dzieciakami, a one przy okazji uczą się pisać, czytać, liczyć, kojarzyć zmysły i rozpoznawać emocje.

Do kogo jeździcie z waszym boksem?

Skupiamy się na środowisku dzieci z rodzin z rozmaitymi trudnościami, ubogich, zwykle licznych, duża część dzieciaków ma bliskich w więzieniach. Celujemy w te podwórka, do których nie dosięgają inne działania, takie jak na przykład świetlice środowiskowe. Za chwilę startujemy tam z małym projektem “Dzieci do głosu”.

Ale działam też w innych częściach miasta niż Praga. W tym roku współprowadziłam projekt integracyjno-edukacyjny dla dzieci, młodzieży i dorosłych na Osiedlu Jazdów. Letnia Akademia Międzykulturowa była skierowana do warszawiaków i osób z doświadczeniem migracji. W bezpiecznej przestrzeni, podczas siedzenia przy jednym stole i robienia czegoś wspólnie, można się poznać i nawiązać nić porozumienia.

Dlaczego się tym wszystkim zajmujesz?

Praktykowanie solidarności, empatii i troski na co dzień bardzo dużo dla mnie znaczy. Charytatywnie działam niemal odkąd pamiętam, od początku podstawówki. Tata zawsze bardzo angażował się społecznie.

Wydaje mi się, że jedynym stałym zajęciem, jakie ma dla mnie sens, jest takie, które polega na stopniowym, regularnym przekształcaniu rzeczywistości na bardziej przyjazną.

Zaczynając pracę z uchodźcami zorientowałam się, że żyję w systemie, który średnio mi odpowiada, ale się w nim chociaż odnajduję. A te osoby są zupełnie spoza tego systemu, który rzuca im kłody pod nogi na każdym kroku. Chcę być obok i ich wspierać. W zamian mnóstwo się od nich uczę. To często niesamowicie silne i ciepłe osoby.

Co jeszcze daje ci ta praca?

Mnóstwo drobnych radości. Pamiętam na przykład dziecko, które miało takie trudności społeczne, że nie było w stanie doczekać w kolejce do skakania na skakance. Wcześniej albo kogoś pobiło, albo nakrzyczało, wepchnęło się. A po 3 tygodniach wspólnej pracy, nie dość, że jest w stanie poczekać, to jeszcze doskoczyć do 100 razy.

W świecie uchodźczym mało znam historii ze spektakularnym szczęśliwym zakończeniem, ale doceniam momenty, które dają nadzieję. Na przykład Hadiża, dziewczyna z Dagestanu, z którą pracowałam w Świetlicy. Dziś rapuje po polsku, chodzi do szkoły o profilu ratowniczym, działa społecznie i jest świetnie zintegrowana, choć jej sytuacja w Polsce wciąż nie jest stabilna.

Małe kroki wiele znaczą. W ostatnich miesiącach razem z jedną panią z Tadżykistanu rozkręciłyśmy sprzedaż jej wyrobów. Ma bardzo ciężką sytuację, a takie mikrodziałania jak sąsiedzka sprzedaż samosów (pierożków z dynią) pozwoliły jej poznać nowe środowiska, zobaczyć, że ludzie doceniają jej pracę i opłacić czynsz.

Niestety w ostatnim miesiącu sprzedaż musiałyśmy zawiesić, przez ten cały kociokwik z policją i prokuraturą. Ja się zbieram, w najbliższy weekend już planujemy wznowienie.

No właśnie. Mówisz o małych krokach, stopniowym zmienianiu rzeczywistości. Za to cię chyba nie zatrzymali?

Chociaż bliższa mi jest praca u podstaw, ciche, wytrwałe działania, które nie zwracają wielkiej uwagi, to jeśli chodzi o to, co dzieje się w polityce, jestem znużona piknikowymi protestami. Grzeczne upominanie się o podstawowe prawa spowolniło być może pewne procesy polityczne, ale władza dalej robi, co chce.

Ci oderwani od ulicznej, pracowniczej, ale i akademickiej rzeczywistości, uprzywilejowani, bezrefleksyjni i zasiedziali na swoich stołkach tchórze, decydują o tym, jak mamy żyć, stosują przemoc i odbierają nam możliwości obrony.

Teraz znów odrzucili społeczną kandydatkę na RPO. Mnie kwestia tej instytucji wyjątkowo niepokoi - miałam okazję pisać listy do Bodnara w sprawach osób starających się o status uchodźcy, to instytucja, która naprawdę działa.

Gdy dowiedziałam się o decyzji TK w sprawie aborcji, poczułam kompletną bezradność, wściekłość. Zobaczyłam, że władza pcha się w nasze życia coraz głębiej, bez skrupułów. Na te pierwsze protesty szłam więc na bardzo wysokiej adrenalinie. Pierwszy raz w życiu dałam uczuciu gniewu dojść do głosu.

Trudno mi sobie wyobrazić, co zrobiłaś, że policja i prokuratura uznały cię za takie zagrożenie.

Problem w tym, że niewiele. Rzuciłam tylko petardą hukową. I to nie w człowieka, tylko w pustą przestrzeń. Jak na mnie to dość duży gest, ale nazwanie czynną napaścią na policjanta rzutu petardą, która nawet nie jest groźnym narzędziem, to farsa.

Jak działa taka petarda?

Jest wielkości korka do wina. Odpalasz ją i rzucasz. Ma chwilę zapłonu, ale nie podpalisz tym nawet sterty suchych liści. Wiem, bo widziałam, jak ktoś w jedną akurat trafił. Jest duży huk, można się przestraszyć, ale nie może zrobić krzywdy ani choćby nadwyrężyć słuchu.

Ten policjant, który zeznaje, że go napadłam, mówi o różowym nalocie na nodze, ale nic nie wiadomo, żeby taka petarda dawała jakieś różowe ślady. Zeznania policji są grubymi nićmi szyte.

Dlaczego?

Kiedy pytałam, za co jestem zatrzymana, jeden z policjantów powiedział, że zraniłam jego kolegę. Potem się okazało, że to nie kolega tylko on sam zeznał, że coś mu zrobiłam.

Najpierw uważał, że ma zranioną nogę, potem był jednak różowy pyłek, w kolejnym zeznaniu mówił o bólu. A na nodze miał przecież nagolennik. Sam zresztą przyznał, że nie rzucałam w niego, tylko w pustą przestrzeń.

Ale inny policjant zeznał z kolei, że widział kobietę, która odpaliła petardę i rzuciła w policjanta. Potem odpaliła drugą i wtedy została zatrzymana. Ja żadnej drugiej petardy nie odpalałam.

Jak wyglądało twoje zatrzymanie?

Brutalnie. Otoczył mnie kordon. Złapali mnie pod szyję, zasłonili oczy, rzucili na ziemię, skuli kajdankami na plecach. "Gazem go" - usłyszałam. A potem odwrócili moją twarz i byli zaskoczeni, że jestem dziewczyną. Nie psiknęli gazem.

Najpierw czułam ich cielska na sobie, byłam przyduszona. To było przerażające, wszystkie myśli odleciały, poza tą jedną, że chcę oddychać.

Nie wiem więc, jaką kobietę widział tamten policjant, skoro mnie pomylono z mężczyzną.

Czyli gdybyś nie okazała się niespodziewanie dziewczyną, to poza powaleniem na ziemie, skuciem za plecami i podduszeniem dostałabyś jeszcze gazem w twarz?

Prawdopodobnie. Zachowania policji są coraz bardziej absurdalne. Kiedy miałam drugą rozprawę w Sądzie Okręgowym w sprawie mojego aresztowania, zatrzymano 11 osób, które przyszły pod sąd w geście solidarności. Wiele osób poszarpano. Moją bliską koleżankę, mega spokojną osobę, wynieśli za ręce i nogi. Dostała wezwanie do sądu. Inna osoba została popchnięta przez policjanta tak, że całym ciałem uderzyła o ziemię. Wszystko zupełnie bez powodu, widać to na nagraniach.

Nigdy w życiu nie doświadczyłyśmy na ulicy takiej przemocy, jak ze strony policji. Ich tłumaczenia, że są po to, żeby dbać o nasze bezpieczeństwo i nas chronić, to żenada. Nie wywołują dziś we mnie żadnych pozytywnych uczuć, a na pewno nie poczucia bezpieczeństwa.

Działania policji to czasem jawne prowokacje. W czwartek funkcjonariusz potrącił z bara moją koleżankę. Zaczęła się na niego drzeć, żeby się wylegitymował, ale go nie tknęła. On zaczął ją szarpać i trafiła na dołek.

Gdyby podczas demonstracji pod sądem nie było policji, to osoby by sobie pokrzyczały i poszły. Tak było przy pierwszej solidarnościówce. Ale policja zaczęła protestujących bez powodu otaczać, eskalować sytuację.

W efekcie jest 11 zatrzymanych, ale z tego co wiem, choć próbowali, nikomu nie postawili poważnych zarzutów, a te które postawiono nie mają uzasadnienia. Ewidentnie mają nakazy, by ludzi brutalnie pacyfikować.

W furgonetce policjant, który teraz przeciwko mnie zeznaje, powiedział mi, że zdecydował się na służbę w policji, bo wierzy, że świat może być lepszy i bardziej bezpieczny. Bardzo wątpię, by stał się taki poprzez zawzięte działanie na niekorzyść tak niegroźnej osoby jak ja.

Jak prokuratura uzasadniała wniosek o 2 miesiące aresztu?

Domniemaniem, że mogę mataczyć i że wspólnymi siłami z jakimiś nieokreślonymi osobami chciałam dokonać “gwałtownego zamachu” na policję. Nie mają wystarczająco przerażającego wroga, więc go sobie tworzą.

Zarówno w sądzie rejonowym, jak i okręgowym sędziny uznały jednak, że nie ma żadnych przesłanek do aresztowania. Prokurator, który był obecny na moim drugim posiedzeniu, jasno dał do zrozumienia, że sam nie zgadza się ze stanowiskiem prokuratora okręgowego i umywa ręce od tej sprawy.

Takie osoby dają nadzieję. Natomiast Ziobrze i jego prokuratorskiej szajce, ramię w ramię z policją, chodzi tylko o to, żeby nas nękać, zastraszyć. To się nie uda.

Dlaczego?

Dzień po mojej solidarnościówce zatrzymali 17-letniego chłopaka. Pod komendą protestowała potem cała grupa jego znajomych.

Te dzieciaki pierwszy raz w życiu są w takiej sytuacji. Zdobywają doświadczenia, które doprowadzą do tego, że za 5 lat będą gotowi zrobić rewolucję. Władza sama sprawia, że ludzie się radykalizują.

Część osób da się zastraszyć, ale część się uodporni. Buduje nam się społeczeństwo obywatelskie. Ludzie poczuli, że nawet jeśli nie jest to do końca skuteczne, to warto brać sprawy w swoje ręce. Mają poczucie sprawczości politycznej, to wielka zasługa protestów.

W twoim liście, który odczytano do solidarnie demonstrujących pod sądem, piszesz: "Chcemy się gniewać, będziemy krzyczeć i choćby nam tego zabraniano, traktowano gazem, wciągano do suk, to jesteśmy w tym razem. To na nas, a nie na mnie zapadnie wyrok, choćbym miała siedzieć przez dwa miesiące". Co miałaś na myśli?

To, że właśnie ja zostałam zatrzymana było kwestią przypadku. Byłam w tłumie, wyciągnęli akurat mnie. Gdyby ktoś inny był na komisariacie, też bym pod nim stała, bo jesteśmy w tym razem.

Żyjemy w tym agresywnym i niepewnym systemie. To właśnie na ludzi powinniśmy liczyć. Bardzo mocno doświadczyłam tego, o czym mówi hasło "nigdy nie będziesz szła sama" czy "solidarność naszą bronią". To działa naprawdę. My, ta grupa osób, które znam lub nie, walczymy we wspólnej sprawie i o te same wartości.

Wczoraj za to zrezygnowałam z udziału w blokadzie, pojechałam szykować warsztaty dla dzieci. W końcu z maluchami pracujemy nad tym, co potrzebne jest na ulicy i co chcę widzieć w polityce: solidarność, empatia, dążenie do równości, zrozumienie dla inności, wzajemny szacunek. Dla mnie ewolucja i rewolucja to dwie twarze tych samych dążeń.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne