Czy oczekujemy, że G20 nas przyjmie, bo Matejko uważa, że nasz Sejm jest starszy od Kortezów? Jak mamy zostać współarchitektem UE, nie przyjmując euro? Albo liderem Trójmorza bez poparcia krajów regionu? Co mamy do zaoferowania USA: stabilną demokrację? Silną pozycję w UE? Dobre stosunki z sąsiadami? Roztropnego ministra obrony?

Snując plany polskiej polityki zagranicznej – członkostwo w G20, bycie jednym z architektów UE, filarem NATO czy liderem Trójmorza – premier Mateusz Morawiecki ani razu nie wspomniał o Rosji i Niemczech, co można odczytać jako wolę kontynuacji dotychczasowej, fatalnej polityki wobec obu krajów – pisze dla OKO.press Konstanty Gebert*.

Historia według Matejki?

We wprowadzeniu do tej części swego exposé, która tyczyła się polityki zagranicznej Morawiecki 12 grudnia 2017 powiedział:


Na palcach jednej ręki można policzyć parlamenty, które działają przez tyle stuleci, co parlament Rzeczypospolitej

Mateusz Morawiecki, Expose w Sejmie - 12/12/2017

20.06.2016 Warszawa . Minister rozwoju w rzadzie PiS Mateusz Morawiecki podczas konferencji " Od papieru do cyfryzacji ". Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta *** Local Caption *** .


fałsz. Nie wystarczy palców, bo takich parlamentów jest 10


Domyślać się należy, że nie chodzi tu o nieprzerwane działanie od momentu pierwszego posiedzenia do dziś, bo tego kryterium i Rzeczpospolita przecież nie spełnia. Morawiecki zapewne więc miał na myśli daty założenia czynnych do dziś parlamentów.

Policzmy więc:

  • Islandia: Althingi, założony w 930 roku,
  • Wyspy Owcze: Loting, przyjął chrześcijaństwo w 999 roku,
  • Hiszpania: Cortes w Leon, zwołane w 1188 roku,
  • Szkocja: Zgromadzenie parlamentarne (colloquium) zwołane w Kirkliston w 1235 roku,
  • San Marino: Rada Wielka i Powszechna, uznana przez papieża w 1243 roku,
  • Katalonia: Corts Generals de Catalunya, zwoływane od 1283 roku,
  • Francja: Etats-Generaux, zwoływane od 1302 roku,
  • Anglia: Izba Gmin, założona w 1332 roku,
  • Szwajcaria: Tagsatzung, założony w 1353 roku,
  • Wyspa Man: Tynwald, najwcześniejsza zachowana wzmianka pochodzi z 1417 roku, z odesłaniem do czasów znacznie wcześniejszych.

Mamy więc 10 parlamentów starszych od Sejmu Rzeczypospolitej, gdzie pierwszy Sejm walny został zwołany w 1493 przez króla Jana I Olbrachta. I to jedynie w Europie, nie licząc przy tym niemieckich Landtagów. Premier Morawiecki najwyraźniej miał więc na myśli rękę dziesięciopalczastą.

Oczywiście premier mógł mieć na myśli zjazd w Łęczycy w 1180, na którym biskupi uzyskali ulgi majątkowe, a który Jan Matejko przedstawił ku pokrzepieniu serc na znanym obrazie jako „Pierwszy sejm”.

Od premiera można oczekiwać, że nie z Matejki będzie czerpał wiedzę o historii, a ulg dla biskupów nie będzie jednak mylił z Sejmem.

Rzecz jasna, czepianie się figur retorycznych może wyglądać nieelegancko. Rzecz w tym jednak, że zaprezentowana przez nowego premiera wizja polityki zagranicznej ma wyraźnie – by nie powiedzieć: jedynie – retoryczny charakter, dlatego też sprawdzenie jakości użytej retoryki nie jest tu już od rzeczy.

Do Europy bez euro?

„Polska – rzekł Morawiecki – winna stawiać sobie ambitne cele”: członkostwo w G20, bycie jednym z architektów UE, filarem NATO czy liderem Trójmorza. Rzecz w tym jednak, że – jak powiedział on sam, zapowiadając zamiar pogłębienia relacji „z Ukrainą, Litwą i Gruzją” – „do tanga trzeba dwojga”. Żadnego z tych ambitnych celów Polska nie osiągnie sama, siłą woli. Do G20 nie należy np. Hiszpania, której PKB na głowę mieszkańca jest ponad dwa razy większy od naszego, a w liczbach bezwzględnych – trzy razy większy.

Czy oczekujemy, że G20 nas przyjmie, bo Matejko uważa, że nasz Sejm jest od Kortezów starszy?

By być współarchitektem UE, trzeba przynajmniej przyjąć euro. Wiedziały o tym państwa bałtyckie, Słowenia, Słowacja.

A jeśli będziemy nadal odmawiać wspólnej waluty, to rytualne zaklęcia przeciwko „Europie dwóch prędkości”, które Morawiecki też wygłosił, niczego nie zmienią – dwie prędkości będą: euro(pejska) i nasza.

Zaś narzekanie, że „wartości europejskie… stają się zaprzeczeniem samych siebie z przeszłości” dowodzi jedynie, że się samemu tkwi w przeszłości. Feudalizm i jedynowładztwo, dyktatura i rasizm, też kiedyś były wartościami europejskimi.

Trójmorze minus dwa i pół morza?

By być liderem Trójmorza trzeba by mieć poparcie państw regionu. Tymczasem pozostali członkowie grupy wyszehradzkiej (Węgry, Czechy, Słowacja) wyraźnie nie mają ochoty na udział w polskich antyniemieckich awanturach, z Ukrainą stosunki są fatalne, a Litwa też nie zapomni pomysłu umieszczania Ostrej Bramy w polskich paszportach (tak, do tanga trzeba dwojga). Rumunia, przez lata zabiegająca o miano „drugiej Polski”, teraz podkreśla, że z panującym w Warszawie populizmem i pogardą dla rządów prawa nie ma nic wspólnego. To prawda: mamy dobre stosunki z Chorwacją, i tradycyjnie lubi nas Macedonia. To jednak nie wystarczy na pół jednego morza, a co dopiero na trzy.

To dobrze, że mimo zapowiedzi kontynuacji Białoruś nie znalazła się na liście trzech wymienionych przez Morawieckiego krajów, z którymi „planujemy pogłębienie relacji”. I to oczywiście znakomicie, że znalazła tam się Gruzja, od której wszak tak wiele w polityce międzynarodowej zależy.

To natomiast, że na tej liście nie znalazły się Niemcy i Rosja można odczytać jako wolę kontynuacji dotychczasowej, fatalnej polityki wobec obu krajów. Ale to, że nazwy tych krajów nie padły w kontekście polskiej polityki zagranicznej w ogóle dowodzi, że premier przed jej zakreśleniem nie spojrzał nawet na mapę.

Albo, że mapę malował mu jakiś nowy Matejko. Polityka Polski wobec każdego z tych tych krajów może być nastawiona na współpracę lub konflikt, z konieczności lub z wyboru – ale musi być jakaś. Nie może pozostać nieokreślona.

Uchodźcy to nie nasza sprawa?

Jest też prawdą, że mechanizm relokacji uchodźców istotnie, jak stwierdził premier, i jak uznała już wcześniej Komisja Europejska, „się nie sprawdził”. W rzeczy samej „potrzeba nowych rozwiązań” i dobrze, że „chcemy wziąć udział w tej dyskusji”. Ale czy powiemy w niej, że wiemy, że mechanizm ten „się nie sprawdził” także z powodu naszego sabotażu, i że świadomi jesteśmy naszej odpowiedzialności? I że wiemy, iż problem leży nie w „mechanizmie”, lecz w skali problemu uchodźców, i że nie będziemy już twierdzić, że to nie nasza sprawa i niech sobie inni radzą?

To, że Polska „planuje rozwijać swe relacje z krajami Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu” jest rzecz jasna godne pochwały – ale czy wyróżnienie Bliskiego Wschodu oznacza, że ta akurat część Azji ma dla nas szczególne znaczenie? A jeśli tak, to jaka część tej części – kraje muzułmańskie, których religię obraża się na naszych ulicach?

Izrael, z którym zaprzyjaźniamy się intensywnie na gruncie, jak się wydaje, milczącej zgody na to, że żadne z dwóch państw nie będzie poruszać tematów niewygodnych dla drugiego, czy to sytuacji Palestyńczyków tam, czy to antysemityzmu tutaj?

A czy z kolei niewyróżnienie na tej liście, inaczej niż Bliskiego Wschodu – Chin oznacza, że planujemy mieć z Pekinem relacje takie, jak z każdym innym krajem azjatyckim? Laosem, powiedzmy?

Co mamy do zaoferowania USA?

By być filarem NATO nie wystarczy wydawać na wojsko (głównie na żołd) 2 proc. budżetu. Trzeba mieć też helikoptery i systemy obrony przeciwlotniczej, okręty marynarki wojennej i czołgi – a przynajmniej mundury dla żołnierzy. Nie można mieć ministra obrony, który usuwa z armii czołówkę generałów i otacza się ludźmi o podejrzanych rosyjskich koneksjach. Tego „potencjału armii” nie da się nawet wykorzystać dla zapowiedzianego przez premiera „wzmocnienia [jak? rozkazem?] rodzimego przemysłu zbrojeniowego” – a co dopiero dla powstrzymania przeciwnika.

To prawda natomiast, że – jak powiedział premier – „USA jest i pozostanie naszym głównym sojusznikiem”; to samo mogłoby jednak powiedzieć każde z pozostałych państw członkowskich NATO.

Rzecz w tym wszelako, że Polska nie jest i nie będzie głównym sojusznikiem USA. By USA chciały nas traktować priorytetowo, musimy coś zaproponować, oprócz niewygodnego położenia geostrategicznego.

Znakomite stosunki z innymi głównymi państwami sojuszniczymi, jak Francja czy Niemcy? Bycie dla innych krajów demokratyzujących się wzorem udanej i trwałej budowy państwa prawa? Zdolność łagodzenia historycznych konfliktów z sąsiadami, na przykład Litwą i Ukrainą? Świetnie wyposażoną i uzbrojoną armią, ze stabilną i kompetentną kadrą dowódczą?

Aha. No to może coś innego? Ale trzeba by to wymyśleć – i powiedzieć głośno.

Uszanowanie dla sądu. Bo europejski?

Znakomitą natomiast wiadomością jest to, że premier Morawiecki, zrywając pod tym względem z polityką swej poprzedniczki, a w każdym razie jej ministrem ochrony środowiska, będzie „szanować postanowienia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, i postąpi zgodnie z jego wyrokiem”.

Czy to jest jednak decyzja jedynie incydentalna, tycząca się samej wycinki w Puszczy Białowieskiej, czy też oznacza, że pogodzimy się z krytyką ze strony Unii, o ile przyjmie ona postać wyroków sądowych? A jeśli tak, to czy oznaczać to będzie też szacunek dla niezawisłych sądów w Polsce? Na przykład dla orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego?

Czy też tego, co wolno sądom unijnym, polskim sądom jednak nadal nie będzie wolno?

Nie wiemy. Na najważniejsze dziś dla polskiej polityki zagranicznej pytanie – czy rząd będzie nadal traktował Unię Europejską jako wrogie mocarstwo, czy jako strukturę, której chcieliśmy wszak i chcemy nadal pozostać współpracującą częścią – w exposé odpowiedź nie padła.

Może to znaczyć wiele różnych rzeczy:

  • że kurs się nie zmienił,
  • że się zmienił, ale nie chcemy tego powiedzieć głośno,
  • że premier nie wie jeszcze, co z tym kursem, więc woli się nie wypowiadać.

Jest to w istocie pytanie ustrojowe i można zrozumieć, że odpowiedź nań nie padnie w zwykłym rządowym exposé. Ale na podstawowe pytania tyczące się podstaw polityki zagranicznej odpowiedź jednak paść w nim była powinna.

Siły na zamiary, ale sił brak?

Tymczasem dowiedzieliśmy się jedynie, że polityka ta będzie „ambitna”. „Mierz siły na zamiary!”

Źle to jednak wróży zamiarom, bo rządowi RP najwyraźniej nie starczyło sił, by w sześć godzin po jego wygłoszeniu tekst exposé znalazł się na portalu premier.gov.pl – nie mówiąc już o tym, by znalazły się tam jego przekłady na języki obce, choćby na angielski. Najwyraźniej wciąż  przepisuje je ambitnie jakaś ręka dziesięciopalczasta.

* Konstanty Gebert, publicysta m.in. „Wyborczej”, założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997).  

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press