Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. z prywatnego archiwumFot. z prywatnego ar...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

„Statystyczna kobieta jest o wiele bardziej selektywna. W aplikacjach randkowych akceptuje średnio jednego na 16 mężczyzn, a statystyczny mężczyzna jedną na dwie do trzech kobiet. W krajach katapultowanych w nowoczesność mniej wykształceni mężczyźni nagle tracą zarówno miejsca pracy dające godność, jak i szanse na znalezienie partnerki. To nie przypadek, że tak niska dzietność jest właśnie w Polsce i w Korei” – mówi dr Anna Gromada*, badaczka z IFIS PAN. Doradzała ONZ, OECD, Parlamentowi Europejskiemu, Prezydentowi RP i rządowi Francji, teraz wyjaśnia OKO.press, dlaczego w Polsce nie rodzą się dzieci.

Piotr Pacewicz, OKO.press: We wrześniu 2025 w głośnym tekście w „The Guardian” postawiłaś radykalną tezę, że na niską dzietność nie pomogą nawet najbardziej szczodre polityki państwa, żadne 800 plus, lepsze warunki mieszkaniowe, dostępność żłobków, elastyczne formy zatrudnienia kobiet. Bo współczesna kultura do spółki z nowymi technologiami skazują ludzi młodych na samotność, no i dzieci z tego nie ma.

Dr Anna Gromada: Podstawowe pytanie brzmi: co sprawia, że tyle osób nie podejmuje ryzyka związania się z drugim człowiekiem? Przez całe lata 90. i wczesne dwutysięczne średni wiek debiutu rodzicielskiego kobiet i mężczyzn w Polsce wynosił dwadzieścia kilka lat. Dziś wśród dorosłych do 30. roku życia, aż 44 proc. nie ma pary, a dodatkowe 21 proc. jest w relacji z osobą, z którą nie mieszka.

Czyli dwie trzecie młodych ludzi jest w sytuacji, w której nie można nawet rozpocząć rozmowy o dzieciach.

Koleżanka pod czterdziestkę mówi, że najlepiej się czuje, mieszkając sama. Nie znosi, kiedy ktoś jej się kręci po mieszkaniu. I że starsze pokolenia nie rozumieją, że samotność to nie cierpienie, ale wybór.

Zakładam, że koleżanka należy do 10 procent Polek w wieku 18-40, które deklarują, że chcą być bezdzietne. Prawo kobiet do mówienia „nie” jest cywilizacyjnym sukcesem. Ale jest dużo liczniejsza grupa, która chce mieć partnera i dziecko, tylko nie potrafi pójść na kompromis z obecnym stylem życia. Człowiek jest zwierzęciem dogłębnie zakorzenionym w nawykach – dlatego im mniej mamy doświadczeń życia z drugim człowiekiem z okresu formacyjnego, tym trudniej potem „umieć w relacje”.

Gdyby jakiś oświecony dyktator (jak król-filozof u Platona) poczytał twoje teksty i postanowił powstrzymać zapaść demograficzną, to wprowadziłby cztery zakazy: smartfonów, portali randkowych, stron pornograficznych i psychoterapii. Bum!

Uważam, że przywrócenie zastępowalności pokoleń w Polsce nie jest dziś realne. Skupiłabym się raczej na zahamowaniu dalszej erozji relacji. I wsparłabym dyktatora bezdyskusyjnie, gdyby chciał ograniczyć dostęp nieletnich do mediów społecznościowych i pornografii. Zachęcałabym do niedawania smartfonów dzieciom przed 15. rokiem życia. Portale randkowe? Warto się przyjrzeć ich algorytmom i zaproponować alternatywy. Z psychoterapią rzecz jest bardziej skomplikowana.

(1) Smartfonoza, czyli zabijanie odwagi

To idźmy po kolei. W jaki sposób używanie mediów społecznościowych przez dwunastolatkę zmniejsza szansę, że 20 lat później będzie miała dziecko? Brzmi karkołomnie.

Zmniejsza, bo tresuje ją do wzorców myślenia i działania, które w długim okresie przyczyniają się do erozji trzech wielkich skarbów: zdrowia psychicznego, skupienia i relacji międzyludzkich.

Po pierwsze, umysł nastolatka nie ma oprzyrządowania do radzenia sobie z taką skalą porównań społecznych. Uważam, że to jeden z czynników wyjaśniających wzrost chorób psychicznych wśród młodzieży.

Po drugie, media społecznościowe wymagają bycia

nieustającym kuratorem własnego wizerunku, niezmordowanym stachanowcem pionu autopromocji.

Tymczasem kluczową cechą dobrych relacji jest to, że możesz w nich być sobą: z jednej strony nie musisz budzić nieustannego poklasku, aby zasłużyć na istnienie, z drugiej zaś – wiesz, że jakiś fałszywy ruch nie strąci cię w niebyt.

Po trzecie, gdy rozmawiamy twarzą w twarz i odbierzesz moje słowa jako złośliwe, to wystarczy, że spojrzysz na mnie. Zobaczysz, że wcale nie chcę cię zabić, po prostu nie wyszedł mi żart. Ja z kolei zobaczę w twojej twarzy, że cię niechcący uraziłam i to załagodzę. Niepotrzebne napięcie się samo rozmasuje w wyniku spontanicznego reagowania dwóch czujących istot. Nie będziemy interpretować ciszy, niedostatecznie entuzjastycznych emocji i „kropek nienawiści” z atencją godną Księgi Genesis.

Po czwarte, smartfonoza promuje pseudoodwagę u mniejszości nadasertywnych influencerów, ale tłumi prawdziwą odwagę u reszty. Tymczasem zdobycie czegokolwiek wartościowego w życiu wymaga podjęcia ryzyka.

Gdy próba zakończy się sukcesem, buduje poczucie sprawczości, gdy porażką – wymaga refleksji w bezpiecznych warunkach. Dziś sankcja idąca za porażką się zmieniła, nie mówiąc już o bezpiecznych warunkach do refleksji. Przypomnij sobie, proszę, najbardziej obciachową rzecz, którą odstawiłeś w podstawówce.

No, mam, wolałbym nie mówić.

I co się wtedy stało? Może przez dzień czy dwa ze wstydu symulowałeś chorobę, aby nie pójść do szkoły, ale po tygodniu wszyscy zapomnieli o sprawie. Dziś, jeśli twoje niezdarne zagadanie do dziewczyny albo wideo, jak na WF zsuną ci się spodenki, stanie się wiralem, to masz przechlapane, bo wiesz, że to nagranie nigdy nie zniknie z sieci. Nawet jeśli go nie widzisz, nie wiesz, czy nie krąży po grupach whatsappowych, z których jesteś dawno wykluczony. Ta świadomość działa cenzurująco, nie tylko na ciebie, ale na całą grupę powołaną na świadków twojego cringe’u, bo

każdy z nich wie, że może być następny.

Tymczasem w nawiązywaniu prawdziwych relacji konieczna jest odwaga i przezwyciężenie lęku przed odrzuceniem. Wiadomo, że gdy pierwszy raz zagadasz do dziewczyny, to pewnie dostaniesz kosza, ale za czwartym razem zrobisz to lepiej i może się uda.

Czy są szanse, żeby coś z tym zrobić? Trudno sterować zmianami kulturowymi, a tutaj splecione są one z nowymi technologiami, za którymi stoją potężne interesy.

Najszybszym sposobem na oddanie władzy jest założenie, że się jej nie posiada. Siedziałeś przy Okrągłym Stole – zakładam, że czujesz, co mam na myśli. Trudno sterować wiatrami rewolucji, ale to nie znaczy, że jesteśmy bezradni. Państwa narodowe mogą wpływać na big-techy – spójrzmy na ostatni pogrom Pornhuba w Wielkiej Brytanii i TikToka et consortes w Australii, gdzie zamknięto 5 milionów kont nieletnich. Komisja Europejska, która reprezentuje pół miliarda użytkowników, mogłaby jeszcze więcej wyegzekwować.

Nie dziwię się, że serial „Adolescence” [o zabójstwie koleżanki przez 13-latka] powstał w Wielkiej Brytanii, gdzie 17 proc. jedenastolatków ma powyżej pięciu symptomów toksycznej relacji z mediami społecznościowymi. Na przykład mówi, że chce przestać ich używać, ale nie jest w stanie.

I teraz pytanie: co tam robią tak małe dzieci? Naukowcy od dawna postulowali wiek „dojrzałości internetowej” na 16 lat. W 1998 roku w Kongresie USA lobby technologiczne przepchnęło obniżenie go do 13 lat. Ta granica wsiąkła w regulacje, zwłaszcza American Children's Online Privacy Protection Act, na którego podstawie działa większość platform. I teraz najważniejsze: to prawo nie ma znaczenia, bo nie idzie za nim żadna sankcja.

W USA 40 proc. dzieci przed 13. rokiem życia ma konto na Instagramie.

Big techy korzystają na nich podwójnie. Bezpośrednio, bo zamiast płacić kary, księgują przychody z reklam dla nieletnich. I pośrednio – wychowują sobie przyszłych klientów. W ekonomii uwagi przyszłość należy do psychologii behawioralnej, a firmy bazujące na przekształceniach nawyków, najmocniej biją się o młodych.

Potem ich spece od PR-u zlatują z nieba na małych spadochronikach z przekazem dnia o ochronie dzieci przez wprowadzenie jakiegoś kwiatka do kożucha, z których mój ulubiony to alert Instagrama „Take a Break" [po np. półgodzinnym używaniu na ekranie pojawia się sugestia, by zrobić sobie przerwę – red.].

Prowadzą też monitoring swoich krytyków, zwykle za pośrednictwem firm z Waszyngtonu z „doradztwem strategicznym” w nazwie. Jedna z nich regularnie mnie prosi, bym oceniała swą niechęć do poszczególnych platform w skali 0-6.

OK, ale co z tym zrobić?

Musimy doprowadzić do tego, by było fizycznie niemożliwe, że osoba przed 16. rokiem życia wchodzi na media społecznościowe. To się da zrobić ścieżką rządową (wymóg użycia dokumentu tożsamości albo karty kredytowej), albo ścieżką komercyjną (sprawdzanie wieku przez wyspecjalizowane firmy, które już weryfikują pasażerów lotniczych albo kibiców na meczach).

Zamiast czerpania zysków, big-techy powinny płacić kary za systemowe nieweryfikowanie wieku. Wprowadzona w Australii kara 32 milionów dolarów to budżet „na waciki” np. dla Mety, która jest bogatsza niż wiele krajów, ale to dobry początek.

Mam tu szerszą refleksję, do której zainspirował mnie Thomas Piketty: zawsze, gdy ludzie i instytucje z pozycji władzy mówią, że „czegoś się nie da zrobić”, powinna nam się zapalić czerwona lampka. Dla Pikettiego taką formacyjną lampką była wojna w Zatoce Perskiej: imperium, które twierdziło, że uregulowanie raju podatkowego na jakiejś wysepce jest zbyt skomplikowane, chwilę później wysłało milion żołnierzy 10 tys. kilometrów od domu, aby emir Kuwejtu zdołał usiedzieć na ropie.

Dla mnie taką Wojną w Zatoce są media społecznościowe. W jaki sposób platformy, które niczego nie produkują, mogą być wyceniane po 1,6 biliona, czyli 1 600 miliardów dolarów?

Stoimy przed nimi odarci jak niewolnicy na targach przed Wojną Secesyjną, a

w każdej milisekundzie scrollowania Facebooka odbywa się aukcja pogłowia.

W oparciu o nasz profil demograficzny, psychologiczny i historię korzystania z internetu, nasza uwaga jest sprzedawana temu reklamodawcy, którego algorytm zapłacił za nas najwięcej. W tym kontekście szczególnie obraźliwy dla inteligencji jest argument, że sprawdzenie dzieciom PESELu jest formalnoprawnie skomplikowane.

Postulujesz taki zakaz, jaki wprowadza Australia, zapowiada Francja i teraz Hiszpania.

Tak, całkowity odgórny zakaz używania mediów społecznościowych do 16. roku życia. A także zakaz używania komórek w szkołach.

Tu z kolei narzeka się zwykle, że dzieciaki potajemnie korzystają z komórek na lekcjach, ale smartfonoza uderza też w komunikację na przerwach. Pamiętam, jak się czekało na przerwę. Wypatrywaliśmy dziewczyn z innej klasy, staraliśmy się z nimi zagadać. Teraz młodzi wychodzą z klasy z nosem w smartfonie.

Przerwy, które nie służą już do ćwiczeń w tworzeniu relacji, to moim zdaniem jeszcze większy problem niż zakłócanie nauczania na lekcjach. Tu implementacja jest ważniejsza niż legislacja. Taki zakaz ma sens tylko w formie zdeponowania telefonów na cały dzień przy wejściu do szkoły. Jak mówił Yoda z „Gwiezdnych Wojen”: „Do it or don’t do it. There is no try”.

Wszyscy powinniśmy renegocjować naszą relację z technologią, jednak w przypadku nieletnich jest to najpilniejsze. Jeśli dorosły jest w toksycznej zależności od technologii, to przynajmniej ma pamięć mięśniową większego skupienia i niezapośredniczonych relacji, a także, przy dobrych wiatrach, samoświadomość, które z odczuć są jego, a które potęguje technologia, np. strach.

Ostatnio odkryłam badania pół miliona osób piętnastoletnich z całego świata. Wśród rozwiniętych krajów

Polska ma najwyższy – 37 proc.! – odsetek dziewczynek, które robią się nerwowe, jeśli nie mają pod ręką telefonu.

Smartfonoza nie tylko wychowuje nam dzieci, suflując kijowy kontent, ale również jest ersatzem regulacji emocjonalnej.

Chciałam ci jeszcze pokazać ten wykres.

wykres z korowymi kropkami
Wykres pokazuje odsetek dzieci w wieku 10 lat, które mają własny smartfon. Dane dla 21 krajów Europy i Izraela. W każdym kraju porównywano trzy grupy o niskim, średnim i wysokim statusie socjoekonomicznym. Źródło: Raport OECD "How's Life for Children in the Digital Age?", maj 2025

Zobacz, jaki odsetek dziesięciolatków ma w różnych krajach własne smartfony, przy czym dzielimy każde ze społeczeństw na trzy warstwy: bogatych, biednych i średniaków. W Polsce w końcu jest ekumenicznie: w każdej z trzech grup ponad 90 proc. rodziców dało dziesięciolatkowi smartfona.

Ale gdy spojrzysz na Europę Zachodnią, to jest nowy trend, który wyżłobi rozwojowe schizmy między dziećmi z wyższych i niższych klas. Np. w Irlandii smartfon ma 80 proc. biednych dzieci i tylko 30 proc. bogatych.

Wśród prawdziwej elity – pomazańców Doliny Krzemowej – to oczywiste od kilkunastu lat. Steve Jobs swój tablet porównywał do tablic Mojżesza, ale zapomniał dodać, że jego dzieci miały zakaz zbliżania się do tego boskiego dobrodziejstwa. Jego następca, bezdzietny Tim Cook, przyznawał, że pilnuje, aby siostrzeniec nie korzystał z mediów społecznościowych.

W Turcji jest odwrotnie.

Bo w krajach biedniejszych na pierwszej technologicznej fali płyną bogatsi rodzice, stać ich na smartfony dla dzieci, są bardziej otwarci na nowinki, dopiero potem się orientują, że coś jest nie tak.

Elektronika dokonuje klasowej wolty tak jak biały cukier, który w ciągu stu lat zmienił status z produktu ultraelitarnego na przysmak niższych warstw.

Czy zbudujemy drugą Irlandię? Przyjdzie otrzeźwienie?

Nie przepadam za lewarowaniem się anglosferą. Ale zauważyłam, że w rozmowach ze starszymi ode mnie decydentami, czasami trzeba wskazać „Zachód”, który moglibyśmy doganiać. Tymczasem jesteśmy dumną ojczyzną Janusza Korczaka – możemy być światowymi liderami myślenia o dobrostanie dzieci.

(2) Pornografia zamiast czułości

Jako doradczyni światłego despoty mogłabyś się spotkać z argumentem, że oglądanie pornografii skłania do szukania partnera czy partnerki. Bo młody człowiek uczy się atrakcyjności bodźców seksualnych i dowiaduje się, jak to się robi.

Są badania wskazujące na dobre skutki pornografii z lat 70., kiedy oznaczała ona to, co dzisiaj nazwalibyśmy erotyką. Erotyka, zwłaszcza połączona z psychoedukacją, może mieć pozytywny wpływ, ale współczesna pornografia nie ma z tym nic wspólnego.

Dzieci korzystają z pornografii coraz wcześniej.

W Polsce ogląda ją co czwarte dziecko przed 10. rokiem życia.

Zwykle na smartfonie, co jest o tyle ważne, że telefon jest bardziej uzależniający niż laptop, trudniej od niego uciec i częściej pozostaje poza radarem dorosłych.

Przez większość pisanej, a konkretnie rysowanej historii ludzkości, pornografia była niszą przetrwalnikową na czas erotycznej posuchy. Dzisiaj porno coraz częściej jest opcją preferowaną, opóźnia, a czasami blokuje rozwój psychoseksualny. 10 proc. użytkowników wprost przyznaje, że obniża to ich zainteresowanie prawdziwymi kobietami.

To są dane dla chłopaków? Czy z dziewczynami jest podobnie?

W grupie codziennych porno użytkowników chłopców jest 5-10 razy więcej niż dziewcząt.

Rośnie odsetek młodych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, którzy nie mają doświadczeń seksualnych w realu. W USA w ciągu kilkunastu lat potroiła się liczba mężczyzn w wieku 18-30 lat, którzy nie uprawiali seksu z nikim od co najmniej roku – z 12 do 35 proc. W Polsce w grupie 18-24 lata jest ich już 38 proc.

Moim porno we wczesnej podstawówce była „Mitologia grecka”, razem z kolegą wgapialiśmy się w gołe boginie na niewyraźnych ilustracjach. A na podwórku zerkaliśmy na dziewczynki, które ćwiczyły obroty na trzepaku. Do dzisiaj wydaje mi się, że w seksie pociągająca jest tajemnica, stopniowe odsłanianie. A pornografia daje wszystko na tacy.

Twoje doświadczenia byśmy zakwalifikowali jako erotykę, która może mieć pozytywny wpływ na seksualność. W rozwoju seksualnym można iść w głąb, pracując nad poszerzaniem pola odczuwania. Tutaj potencjał jest nieskończony jak odsłanianie kotar u Marcela Prousta. Pod warunkiem, że masz koło siebie osobę, z którą łączy cię zaufanie, zaangażowanie i motywacja do nauczenia się jej ciała.

Ale dziś idziemy wszerz, korzystając z pornograficznej substytucji: musimy sięgać po coraz mocniejszy bodziec, żeby osiągnąć ten sam efekt.

Tomasz Szlendak cytował amerykańskie badania: 30 proc. mężczyzn do 30-tki, nie przeżyło nie tylko stosunku seksualnego, ale jakichkolwiek form erotycznego zbliżenia: przytulenia, pocałunku, czułości. Upiorna samotność.

W badaniach CBOS z 2024 roku najbardziej osamotnioną grupą są ludzie w wieku 18-24 lata. Do tej pory taką grupą były wdowy, osoby dotknięte chorobą albo niepełnosprawnością. W moim czy twoim pokoleniu okres studencki, to był czas intensywnej socjalizacji, wyjścia z rodzinnego domu, nowych kontaktów, przygód. Dziś abstynencja seksualna jest ponadprzeciętnie częsta wśród uczniów i studentów (43 proc.), co jest kluczowe, bo system edukacji był jedną z najskuteczniejszych swatek.

Dochodzi do tego intensywna redefinicja kontraktu między płciami. Akcja „Me Too” była potrzebna – dobrze, że wyciągamy na światło dzienne przykłady nadużycia władzy. Ale równolegle zachodzi drugi proces, np. 17 procent Amerykanek i Amerykanów w wieku od 18 do 29 lat uważa, że zaproszenie kobiety na drinka stanowi molestowanie seksualne. Dla porównania: wśród twoich rówieśników tylko 2 proc. ma takie pomysły. Odcinamy sobie drogę do kontaktu z drugim człowiekiem.

Ludzie sięgają z jednej strony po coraz ostrzejszą pornografię, a z drugiej powiedzenie „cześć” do nieznajomego staje się aktem wysokiego ryzyka.

To jak zawrzeć znajomość?

To wszystko blokuje najskuteczniejszą swatkę, czyli aktywizowanie się w realnym życiu. Z badań CBOS z 2025 roku wiemy, że jedna czwarta poważnych par (24 proc.) poznała się na spotkaniu organizowanym przez wspólnych znajomych. Na drugim miejscu (17 proc.) jest wciąż szkoła czy studia, na trzecim miejsce pracy (15 proc.). Aplikacje i portale randkowe wymienia tylko 9 proc osób.

(3) Aplikacje randkowe, czyli szukanie bez końca

Zaskakujące, bo każde z nas zna jakiś dobry związek z Tindera. Mogłoby się wydawać, że portale randkowe będą kompensować zanik form kulturowych, które umożliwiały zawieranie znajomości czy zakochiwanie się.

Tak nie jest. Większość aplikacji randkowych, w tym wszystkie dostępne dzisiaj w Polsce,

są zalgorytmizowane tak, żeby partnera szukać, a nie znaleźć.

Taki jest model biznesowy, do którego otwarcie się przyznają. Chodzi o to, żeby podekscytować się nowo poznaną osobą, być zajaranym przez trzy, cztery miesiące, ale potem wykryć gruntowną niekompatybilność z oczekiwaniami, która sprawi, że ten skrzydlaty rydwan nie odleci.

Klienci mają wrócić do poszukiwań po kwartale. Oczywiście są wyjątki, ale aplikacja z zasady nie wspiera poważnych relacji. Są też koszty, złomowiska ludzi, których intymność została tak poraniona po doświadczeniach na aplikacjach randkowych, że w ogóle wycofują się z poszukiwań.

Podawałaś, że 70 proc. młodych osób korzysta z portali randkowych.

Nie korzysta, tylko spróbowało. Prawie trzy czwarte młodych choć raz obstawiło numer w tej ruletce, ale z poważnych związków osób w wieku 18-44 lat tylko 9 proc. pochodzi z tego kasyna. Z innych badań wiemy, że są tu nadreprezentowane mniejszości seksualne – jedna z grup, w przypadku których aplikacje mogą mieć sens.

Miałaś jakieś własne doświadczenia z portalami randkowymi?

Umyślnie nie miałam, ale rozumiem pokusę. Gdy po kilkunastu latach wraca się dziś na rynek randkowy, na chwilę przed 40-tką, nie ma tylu naturalnych swatek, jak szkoła czy grupy towarzyskie. Po pandemii wiele osób pracuje zdalnie – można mieć wrażenie, że atrakcyjni single, jeśli w ogóle istnieją, ukryli się gdzieś po lasach. Trudno zrozumieć reguły tej nowej gry, jak w filmie „Goodbye Lenin” – zasypiasz w NRD, budzisz się w dzikim kapitalizmie i pytasz, gdzie są moje kartki na mięso.

Nie, nie sięgałam po aplikacje randkowe. Moją miłość poznałam dzięki wspólnym znajomym.

Zgodnie z najskuteczniejszą według badań metodą.

W tradycyjnych formach nawiązywania relacji wszystko się toczy powoli. Wiele razy widzisz w pracy tego faceta albo tę dziewczynę na siłowni i dopiero po jakimś czasie nagle odkrywasz w nim, w niej, tę porywającą cechę, staje się tak atrakcyjna, że aż strach. Tymczasem media społecznościowe i aplikacje randkowe jakby...

... skracały czas ekspozycji. I dlatego promują typ pięknisiów-debeściaków. Według badań amerykańskich w latach 1950. najważniejszą cechą potencjalnego partnera było to, że możesz na niego liczyć. Miłość znajdywano we wspólnocie sąsiedzkiej czy religijnej, w rozmaitych stowarzyszeniach. Dlaczego to ważne? Bo masz możliwość obserwacji czyjegoś charakteru w czasie. Często najbardziej wartościowe osoby nie są stachanowcami autopromocji. Ich zalety odkrywasz stopniowo.

Według badań w USA dominują dziś trzy bożki: uroda, status społeczny oraz intelekt, wszystkie są przereklamowane.

Z punktu widzenia dobrych związków o niebo lepszymi predyktorami są lojalność, serdeczność i stabilność emocjonalna.

(4) Psychoterapia i wojna płci

Kiedy mówisz o mediach społecznościowych, pornografii i aplikacjach randkowych krążymy wokół głównej tezy, że utrudniają tworzenie relacji. Ale psychoterapia? Przecież korzystamy z niej, by sobie pomóc, np. w nawiązaniu czy utrzymaniu związku.

Jestem fanką psychoterapii prowadzonej przez wykwalifikowanych specjalistów i definiowanej jako ograniczony w czasie proces zmiany wzorców myślenia i działania, którymi krzywdzimy siebie lub innych.

Nie jestem fanką wentylowania się z każdego dyskomfortu życia, które ciągnie się jak fabuła „Klanu”.

W grupie 22 proc. Polek i Polaków, którzy położyli się na kozetce w ostatnich pięciu latach, dominują młode, niezamężne kobiety. To one są skłonne do pracy nad sobą, szukania sensu w związku, nowych formatów bycia razem. Stają się uważne na swoje potrzeby i granice. I to byłoby super, gdyby nie fakt, że mężczyźni są w innym miejscu geograficznie, społecznie, mentalnie.

Gdy wyłącznie jedna strona się dynamicznie zmienia, raczej nie rokuje to dobrze dla związku. Dlatego część terapeutów zachęca, by oboje partnerów pracowało równolegle.

Nadal zdecydowana większość młodych Polek chciałaby mieć dzieci. Ale niekoniecznie przez pójście na kompromis w jakości relacji. Jak mawia amerykańska terapeutka i autorka Esther Perel, od partnera romantycznego oczekujemy dzisiaj tego, czego kiedyś dostarczała nam cała wioska: bądź mi przyjacielem, kochankiem, wsparciem, ojcem moich dzieci, a przede wszystkim kimś, kto pozwoli mi być najlepszą wersją siebie. Perel, która pracuje od 40 lat z parami na całym świecie, powiedziała mi, że

nigdzie nie czuje takiej wojny płci jak w Polsce.

W żadnym innym kraju dziennikarki i dziennikarze nie zadają jej tyle pytań o gender.

Ja bym powiedziała, że wojna płci jest ostrzejsza w Korei Południowej. Ciekawe zresztą, że Korea i Polska mają ze sobą wiele wspólnego: oba kraje, biedne i konserwatywne, zlokalizowane na frontach wielkich konfliktów, w jakimś punkcie XX wieku – z pomocą hegemona, który korzysta na ich wolcie geopolitycznej – są katapultowane w nowoczesność i rosną w piorunującym tempie. W Korei PKB na osobę wzrosło w pół wieku z 600 dolarów do 35 tysięcy.

Rozwój psychospołeczny nie nadążył za gospodarczym, w odróżnieniu od krajów, które rozwijały się miarowo, gdzie zmiany społeczne, ekonomiczne, psychologiczne mogły się zazębiać i spokojnie ewoluować: trochę większa partycypacja kobiet na rynku pracy, większa akceptacja nowych ról płciowych, zmiana w prawie, zmiana w obyczaju, zmiana w języku... Przypomnę, że definicją konserwatyzmu np. w brytyjskiej politologii nie jest brak zmiany, tylko zmiana w tempie, w jakim może być absorbowana.

W krajach katapultowanych w nowoczesność jedne grupy szybko zyskują, inne tracą. Grupa, która zyskuje, np. kobiety, ma motywację, żeby szybko wskoczyć do tramwaju postępu.

Mniej wykształceni mężczyźni nagle tracą zarówno miejsca pracy dające godność, jak i szanse na znalezienie partnerki.

I mają powody do resentymentu. To nie przypadek, że tak niska dzietność jest właśnie w Polsce – 1,1 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym w 2024 roku i w Korei – uwaga! – 0,7.

Używasz słowa „wojna”, ale to raczej przegrana przez mężczyzn bitwa za bitwą, bo kobiety stają się silniejszą stroną relacji, lepiej wyedukowaną, dojrzalszą psychologicznie.

Użyłam tradycyjnego w literaturze terminu gender wars, ale można też mówić o konflikcie, niekompatybilności, nierównowadze płci. Rzecz w tym, że algorytmy aplikacji randkowych wyostrzają ten konflikt, a odarcie ze wspólnotowości, sprawia, że pole do nadużyć i nieufności się powiększa. Do tego dochodzą różnice znane z biologii ewolucyjnej: statystyczna kobieta jest o wiele bardziej selektywna niż statystyczny mężczyzna. W aplikacjach randkowych objawia się to w ten sposób, że kobieta akceptuje średnio jednego na 16 mężczyzn, a mężczyzna jedną na dwie do trzech kobiet.

Niesamowite, tak duże są te różnice?

Tak. Aplikacje są jak sokowirówki, w których większość mężczyzn niskiego wzrostu i niskiego statusu opada na dno rynku matrymonialnego. Większość kobiet w USA zaznacza, żeby algorytm nie wyświetlał kandydatów poniżej 6 stóp wzrostu, czyli 183 cm. Tymczasem 85 proc. mężczyzn w USA ma mniej niż 6 stóp. Przegrywają na starcie, a w dalszej grze zostają niezbyt liczne egzemplarze, które genetycznym przypadkiem wpisują się w algorytm i mogą mieć asumpt do nieetycznych zachowań.

Dla mnie to wszystko ukazuje perwersyjną stronę konsumpcjonizmu, w której

parametryzujesz partnera jak szafę w Ikei czy hotel i myślisz, że dany ci jest nieskończony wybór.

Muszę znaleźć najlepszą opcję – myślisz – ale to cię oddala od celu, jakim jest znalezienie dobrej relacji. Nie ma czegoś takiego jak najlepsza możliwa opcja. Jest za to dobra opcja, którą dzięki wspólnej pracy możemy uczynić znakomitą.

Pokazał to John Gottman, który od lat 1970. bada szczęśliwe związki i ma ogromne bazy danych. Okazuje się, że nawet jak mi opiszesz kilkadziesiąt cech wymarzonej partnerki i ja ci w bazie znajdę taką kobietę, a ona zechce się z tobą spotkać, to i tak prawdopodobieństwo, że wam się uda w realnym życiu, jest niskie.

Czyli brakuje dzieci, bo brakuje ojców? Szybka emancypacja kobiet sprawiła, że macie zbyt duże wymagania?

Tak, kobiety są bardziej selektywne. To również skutek wyborów życiowych, których dokonują obie płcie. Od lat 80., kobiety dominują na uczelniach wyższych, dzisiaj zdobywają dwa na trzy dyplomy studiów wyższych.

To także kwestia migracji. W największych miastach typu Gdańsk, Kraków, Warszawa na 100 mężczyzn przypada 116 kobiet. W grupie 20-40 lat, czyli w szczycie reprodukcji, dwóch na trzech krajowych migrantów i migrantek to kobiety.

Nie chodzi tylko o przemieszczenie geograficzne, ale też mentalne. Wyjazd w okresie formacyjnym to odłączenie się od zasobów rodziny, próba życia na własnych warunkach, pojechanie tam, gdzie nie masz znajomych z podstawówki i musisz o wszystko zawalczyć. To zdeponowana w naszej kulturze historia dojrzewania: podróż i powrót, exodos i nostos, opuszczenie domu i stworzenie domu. Budowa siebie od nowa, swojej sprawczości i poczucia wartości.

Znacznie mniej mężczyzn ma doświadczenie takiej podróży życiowej i to także sprawia, że nie są w innym miejscu mentalnie niż kobiety.

Podróż zmienia bowiem ludzi, migrantki są bardziej liberalne, otwarte, aktywne.

Dziecko jako ciężar i wypalenie rodzicielskie

W moim pokoleniu baby boomersów decyzje o dziecku były z pewnością mniej refleksyjne, łatwiejsze, choć dzisiaj widzę, że nasze żony płaciły za nie wyższą cenę.

Część refleksji, czy i kiedy mieć dziecko, jest związana z poprawą praw dziecka. Polacy zaczęli się zastanawiać, jakie wzorce przekażą swoim dzieciom. Jeszcze w latach 1990. i 2000. połowa osób w badaniach CBOS uważała np., że „lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło”. Teraz to kilkanaście procent, głównie osób starszych. Z rozmów z terapeutami wiem, że część osób idzie na terapię, z pytaniem, co mają zrobić, żeby nie krzyczeć czy nie bić dzieci.

Ale drugą stroną świadomego rodzicielstwa jest niejasność, czym ono ma być i obawa, czy się sprawdzę w tej roli. Wielu młodych ludzi jest sparaliżowanych pytaniem, jakim mają być rodzicem, wiedzą tylko, że „na pewno nie takim jak mój własny ojciec czy matka”.

Z jednej strony to wzruszające, ilu rodziców chce dać swoim dzieciom to, czego sami nie mieli. Z drugiej,

wśród 42 badanych krajów mamy najwyższy wskaźnik wypalenia rodzicielskiego.

Może robimy to zbyt dużym kosztem, wożąc dzieci na ósme zajęcia w tygodniu, zamiast posłuchać Simone Weil, że „uwaga to najczystsza i najrzadsza forma hojności”?

W społeczeństwach rosnących nierówności rodzice robią wszystko, by temu wychuchanemu jedynakowi czy jedynaczce dać, co tylko możliwe, żeby wygrał na konkurencyjnym rynku. Znów powołam się na Koreę. Wśród tych ocaleńców, którym udało się założyć związek i mają dziecko, 27 proc. mówi, że nie będzie mieć drugiego z powodu kosztów edukacji. Tam większość sześciolatków po lekcjach w szkole publicznej, idzie na drugi etat do hagwon – szkoły prywatnej.

Katastrofa?

Żyjemy w epoce katastrof: ekologicznej, kapitalizmu, demokracji, ładu międzynarodowego. Do tego katastrofa demograficzna. Można coś na nią poradzić?

Staram się nie operować językiem katastrof, by nie potęgować neurozy. Na razie nie widzę realnego scenariusza, który przywróciłby w Polsce zastępowalność pokoleń. Jeśli spojrzymy na kobiety urodzone w Polsce w latach sześćdziesiątych, to 10 procent z nich było definitywnie bezdzietnych. Wśród tych z lat 1970. – już 20 procent. A wśród tych urodzonych na początku lat osiemdziesiątych, które dziś mają czterdzieści kilka lat, to 30 procent.

W 2025 roku w całej Polsce urodziło się 238 tys. dzieci – tyle jest mniej więcej mieszkańców warszawskiego Mokotowa – a zmarło nas ponad 400 tys.

W 2015 roku doradzałaś w Kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego, jak zachęcić do decyzji prokreacyjnych.

W tamtym czasie w związkach było bez porównania więcej osób w wieku reprodukcyjnym, miało pierwsze dziecko i – przynajmniej deklaratywnie – było otwarte na drugie. Można im było pomóc, ułatwiając posiadanie własnego mieszkania, zapewniając stabilne zatrudnienie obojga partnerów oraz zapewniając wsparcie w wychowaniu dzieci przez państwo (żłobki, zasiłki). Te czynniki nadal mogą zadziałać prokreacyjnie w grupie osób w poważnych związkach, głównie 30-40 latków.

W międzyczasie nastąpiła jednak

pełzająca rewolucja w klimacie jak z filmów Bergmana:

trudność w dotarciu do drugiego człowieka i budowaniu zaangażowanych związków, w których mogłyby pojawić się dzieci. Żłobek, praca zdalna i 800 plus nie pomogą, jeśli nie masz z kim mieć dziecka.

Polityki państwa mają jednak rezerwy. Kobiety wciąż się boją, że macierzyństwo utrudni im karierę. Można by stworzyć – jakby to nie brzmiało niepoprawnie – fundusz typu PFRON, dzięki któremu ciąża i macierzyństwo pracowniczki, by się pracodawcy opłacało. Można by dawać 200 tys. zł jednorazowego wsparcia za urodzenie drugiego dziecka, koszt byłby wielokrotnie mniejszy niż 800 plus, które dostają także ludzie bogaci.

Nie jestem pewna co do PFRONu, ale chętnie widziałabym reformy polegające na poprawie sytuacji dolnej połowy zamożności. Z ok. 100 mld zł rocznie, które Polska wydaje na wszystkie formy socjalu, do najbiedniejszych 20 proc. społeczeństwa – ludzi, którzy naprawdę tego potrzebują – trafiają tylko 23 mld.

To dlatego, że drogie programy – jak 800 plus – nie mają progów dochodowych. Zaś tanie programy – jak świadczenia rodzinne – mają tak niskie progi, że nie załapie się na nie nawet sprzątaczka na płacy minimalnej samotnie wychowująca dwójkę dzieci.

Co do utrudniania kariery: musimy szukać więcej rozwiań wspólnotowych. We Francji jest instytucja żłobka rodzinnego (Crèche Familiale), gdy rodzice zatrudniają profesjonalną opiekunkę, która zajmuje się pięciorgiem dzieci w prywatnych mieszkaniach z rotacyjną pomocą każdego z rodziców. Państwo finansuje jej składki i umożliwia dostęp np. do infrastruktury żłobków publicznych.

Opisałaś, jak uleczyć społeczeństwo z epidemii samotności walcząc ze smartfonozą, pornografią, aplikacjami randkowymi. Trudne, prawda?

Trudne, ale homo sapiens pokazał nie raz, że jest gatunkiem zdolnym do adaptacji do niemal każdych warunków. W swoich tekstach powtarzam, że najważniejsze jest aktywizowanie się w prawdziwym życiu, budowanie wspólnot, poszukiwanie kontaktów, wyjście z domu w realny świat.

*Dr Anna Gromadakierowniczka zespołu badawczego WELLMOD (Dobrostan Przyszłości) w IFiS PAN w konsorcjum, które zbudowała z London School of Economics, Paris School of Economics i Uniwersytetem w Luksemburgu. Stypendystka m.in. Cambridge, Yale, Sciences Po Paris, Uniwersytetu w Oslo i Uniwersytetu w Tokio. Doradzała m.in. ONZ-owi, OECD, Parlamentowi Europejskiemu, Prezydentowi Polski i rządowi Francji w sprawach związanych z polityką społeczno-ekonomiczną. Projektuje badania dla organizacji broniących praw dzieci (UNICEF, Save the Children, Plan International). Pisze felietony m.in. do The Guardian. Mieszka z rodziną na warszawskiej Ochocie

;
Na zdjęciu Piotr Pacewicz
Piotr Pacewicz

Założyciel i redaktor naczelny OKO.press (2016-2024), od czerwca 2024 redaktor i prezes zarządu Fundacji Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze