Ewa Siedlecka, dziennikarka "Polityki", a wcześniej "Wyborczej", została jako druga w kolejności zniesiona przez policję ze zorganizowanej przez Obywateli RP blokady miesięcznicy smoleńskiej. Opowiada OKO.press o akcji policji. I, jak przystało na najsłynniejszą dziennikarkę prawną w Polsce, analizuje na gorąco działania policji i swoje szanse w sądzie

Tuż po tym, gdy policja ją wypuściła, o 22.30 (10 czerwca 2017), Ewa Siedlecka, znana dziennikarka prawna „Polityki” i „Wyborczej” opowiedziała OKO.press, jak przebiegło jej zatrzymanie od momentu, gdy została wyciągnięta z pierwszego rzędu protestujących na warszawskim Krakowskim Przedmieściu.

„Zabrali mnie jako drugą, zaraz po moim przyjacielu z Australii. Zapytali, czy pójdę sama. Odmówiłam. Niosło mnie czterech facetów, chwyt był mocny, ale nie byli brutalni. Po kolei zanosili nas jakieś 150 metrów, na taki podjazd pod kamienicę. Niedługo po mnie przynieśli Władysława Frasyniuka.

Policjanci byli w większości młodzi, spokojni, grzeczni. Najpierw każde z nas miało swojego policjanta, potem się to pomieszało. Konsultowali się między sobą, co im wolno, sprawdzali w jakiś notesikach.

Sytuacja była dziwna.

Poinformowali  nas, że nie zostaliśmy zatrzymani, ale nie oddali mi dowodu i nie mogliśmy sobie pójść. Czyli była to sytuacja pozaprawna.

Chyba chodziło o to, byśmy nie mogli dołączyć z naszymi różami do smoleńskiego pochodu, ale mówili, że powodem tego „nie zatrzymania” była konieczność sprawdzenia, czy nie jesteśmy poszukiwani. Trwało to dwie godziny.

Nie dopuszczali do nas adwokatów, a gdy przyjechał mec. Krzysztof Stępiński, nie pozwolili mu podejść, co było bezprawne, bo mecenas ma prawo być przy procedurach, a trwała procedura sprawdzania naszych danych. Adwokat był potrzebny o tyle, że mój przyjaciel Australijczyk odmówił zapłacenia mandatu i policjanci grozili, że go zawiozą na dołek.

Oczywiście ja także odmówiłam zapłacenia mandatu w wysokości 500 zł. Chyba nikt go nie przyjął. Wyjaśniłam policjantowi, że korzystałam ze swoich praw obywatelskich.

Usłyszałam, że przeszkadzałam w legalnym zgromadzeniu.

(OKO.press: zgodnie z art. 52. Kodeksu wykroczeń, § 1. Kto przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia (…) podlega karze aresztu do 14 dni, karze ograniczenia wolności albo karze grzywny).

Wyjaśniłam policjantowi, że niczego nikomu nie utrudniałam, bo pochód smoleński nie wyszedł nawet z kościoła, gdy nas zwinęli.

Gdy minęło pierwsze zdenerwowanie, atmosfera zrobiła się trochę piknikowa. Tylko jedna pani, bardzo szczupła, miała mocno spuchniętą rękę. Mówiła, że uścisk policjanta był zbyt silny.

Skoro odmówiłam przyjęcia mandatu, dostanę zapewne sądowy wyrok nakazowy, by go zapłacić. I wtedy mam tydzień na odwołanie się. Odbędzie się rozprawa w sądzie i sąd oceni, czy złamałam prawo czy nie.

Sądzę, że tak postąpią wszyscy. Czyli będziemy litygować, dążyć do tego, by wyrok na naszą korzyść pokazał, że władza nie ma prawa ograniczać praw obywatelskich”.


Pomóż nam prowadzić śledztwa dziennikarskie


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym