Komentarz do wystąpienia Jacka Czaputowicza w Sejmie należy zacząć od wyrazów współczucia. Należą się one samemu ministrowi, lecz przede wszystkim pracującym w jego resorcie dyplomatom. Wszyscy oni, z szefem dyplomacji na czele, są statystami w spektaklu, na którego bieg nie tylko nie mają żadnego wpływu, lecz nawet nie znają w pełni jego scenariusza

„Chyba jeszcze nigdy, łącznie z początkowym okresem rządu PiS, polska dyplomacja nie była tak bardzo pozbawiona znaczenia i tak bardzo zależna od czynników pozostających całkowicie poza zasięgiem jej oddziaływania” – pisze dla OKO.press Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations.

Nowa wizja PiS

Po objęciu władzy jesienią 2015 roku, rząd PiS przystąpił do dzieła w zakresie polityki zagranicznej kierując się pewną wizją polityki międzynarodowej i miejsca w niej naszego kraju. Ta wizja była przez wielu krytykowana (łącznie z niżej podpisanym), niemniej stanowiła jakąś próbę redefinicji parametrów polskiej polityki zagranicznej, oparta zarówno na przesłankach ideologicznych partii rządzącej, jak i na analizie sytuacji międzynarodowej.

Składało się na nią

  • przekonanie o egzystencjalnym kryzysie Unii Europejskiej, za sprawą którego to eurosceptyczny PiS, a nie zwolennicy pogłębienia integracji, stanowiłby nowy mainstream Unii;
  • stawka na Wielką Brytanię zamiast tradycyjnego partnerstwa z Niemcami;
  • budowanie podmiotowości Polski („wstawanie z kolan”) poprzez regionalne przywództwo.

Ta wizja legła w gruzach, bo jej przesłanki okazały się fałszywe. Nasz nowy główny sojusznik zza kanału La Manche postanowił opuścić UE, zwycięstwa wyborcze Macrona i Merkel odbudowały rdzeń UE na przekór szturmowi populistów, zaś regionalne przywództwo Warszawy okazało się całkowitą fikcją (czy ktoś pamięta jeszcze o Trójmorzu?).

Zamiast budować „inną” Unię Polska pogrążyła się w sporze z Komisją Europejską i państwami członkowskimi o rządy prawa.

Przemówienie ministra Jacka Czaputowicza jest cichym przyznaniem się do tego fiaska: „Niemcy są naszym głównym partnerem politycznym i gospodarczym w Unii Europejskiej” – byłaby to oczywistość, gdyby nie fakt, że te słowa ministra oznaczają po prostu powrót do podstawowego wektora polityki zagranicznej III RP, potępianej w czambuł przez PiS za uległość i niesuwerenność.

Owszem, minister próbuje robić dobrą minę do złej gry podkreślając, że „pozycja międzynarodowa Polski wynika z silnej pozycji, jaką posiada ona w Europie”, zaś źródłem tej silnej pozycji jest „zdolność do artykułowania  interesów państw naszego regionu i działania  w roli ich adwokata”.

Problem z tą oceną, stanowiącą punkt wyjścia do całego przemówienia ministra, nie polega tylko na tym, że zawarta w niej obraza zdrowego rozsądku może dezawuować resztę przemyśleń zawartych w  wystąpieniu nowego szefa MSZ.

Prawdziwy dramat, stąd odruch współczucia, polega na tym, że ministrowi nie pozostaje nic innego, jak zaklinać rzeczywistość (czytaj: stan relacji Polski z jej otoczeniem międzynarodowym), bo na jej kształt nie ma w istocie żadnego wpływu.

To, w jaki sposób układać się będą relacje zewnętrzne naszego kraju w nadchodzących dwunastu miesiącach (a tego dotyczy informacja ministra przedstawiona w Sejmie), zależeć będzie w ogromnej mierze od trzech kwestii:

  • losu ustawy o IPN, która rzuciła cień na kluczowe dla Polski relacje z USA;
  • problemu praworządności (artykuł 7) w relacjach z Komisją i państwami członkowskimi UE
  • oraz kwestii reparacji z Niemcami, której podniesienie zniweczyłoby zadeklarowaną przez Czaputowicza „wolę wypełnienia tego partnerstwa [z Berlinem] konkretną treścią”.

Na żadną z tych kwestii polska dyplomacja nie ma najmniejszego wpływu.

Interesy Polski w świecie stały się na przestrzeni ostatnich dwóch lat zakładnikami rozstrzygnięć w polityce wewnętrznej w stopniu pozbawionym precedensu.

MSZ wykluczony

Trudno robić zarzut ministrowi z tego, że nie wspomniał w swoim przemówieniu o tym, co będzie z ustawą o IPN. Albo, że nie powiedział (poza deklaracją, że będziemy niezmordowanie przekonywać o słuszności naszej reformy sądownictwa,, co już okazało się klapą) w jaki sposób Polska zamierza w ciągu kilku tygodniu zakończyć procedurę dialogu o praworządności  z Komisją UE.

Czy też, że w sprawie reparacji rozpaczliwie szukał ogólnikowej formuły („będziemy poszukiwać możliwości prawnych, politycznych i finansowych należnej rekompensaty za doznane krzywdy”).

Najpewniej sam minister nie ma pojęcia, jakie decyzje zapadną w tych sprawach, od których zależy ogromna większość słusznych celów sformułowanych w jego wystąpieniu.

Funkcją bądź rezultatem tej bezradności polskiej dyplomacji jest brak jej wiarygodności w oczach partnerów:

Polska nie jest uważana za kraj obliczalny, z którym można planować długofalową współpracę.

Można oczywiście pocieszać się, że Warszawa nie jest izolowana, bo minister spraw zagranicznych i kanclerz Niemiec nie omijają jej szerokim łukiem (czego nie można już jednak powiedzieć o wysokich przedstawicielach Francji).

Nie zmieni to jednak faktu, że niepewność co do rozwoju sytuacji w Polsce i świadomość wysokiej zdolności elit rządzących do instrumentalizacji polityki zagranicznej do celów wewnętrznych dramatycznie ogranicza możliwości współpracy z partnerami.

Kryzys aksjologiczny Unii?

Ale być może najważniejsze sformułowanie w przemówieniu ministra Czaputowicza zawiera się w rzuconym niejako mimochodem pojęciu kryzysu aksjologicznego Unii Europejskiej.

To zresztą nic nowego w dyskursie PiS – przekonanie o tym, że Unię Europejską ufundować należałoby na innych niż dominujące w niej dzisiaj wartości (uznawane za zbyt lewicowe i liberalne), jest obecne we wszystkich wypowiedziach obozu rządzącego począwszy od słynnych słów ministra Waszczykowskiego o „cyklistach i wegetarianach” (jako symbolu kultury zachodniej) aż po książkę „Utopia europejska” Krzysztofa Szczerskiego, szefa Kancelarii Prezydenta.

O to, czy Unia Europejska przechodzi kryzys wartości, można się spierać. Nie ulega natomiast wątpliwości, że

spór o wartości staje się fundamentalnym tematem i kluczową linią podziału w Europie, a także w społeczeństwach europejskich.

Przez lata integracja europejska postępowała poprzez zacieśnianie współpracy w różnych obszarach polityki, od węgla i stali poczynając na digitalizacji kończąc. Ten model się wyczerpuje, a przekonanie, że UE potrzebuje konsensusu wokół wartości staje się tym silniejsze, im bardziej fundamenty, na których się opiera, są kwestionowane przez część elit politycznych w Europie.

PiS przeciw modelowi liberalno-demokratycznemu

Rząd PiS tę potrzebę konsensusu w sprawach wartości (w tym zwłaszcza rządów prawa, modelu demokracji) podważa – twierdzi, że model liberalno-demokratyczny nie powinien być powszechnie obowiązującym  w Unii Europejskiej.

To poważne wyzwanie rzucone dotychczasowej idei zjednoczonej Europy, której głównym celem było zapewnienie nie tylko pokoju, lecz także trwałości porządku liberalno-demokratycznego w Europie.

Jeśli jest jakiś kryzys aksjologiczny w Europie, to jego źródłem jest właśnie pytanie, czy to założenie integracji powinno zostać utrzymane.

Spór wokół wartości już dzisiaj silnie dzieli Europę, a w wielu stolicach panuje przekonanie, że główna linia podziału przebiega w nim znowu między Wschodem a Zachodem.

Ale dla zwolenników nie tylko UE, ale i liberalnej demokracji, zwłaszcza w Polsce, ten powrót polityki wartości powinien być ważnym sygnałem:

w sporze o UE nie chodzi wcale tylko o fundusze i wpływy, lecz o interes nadrzędny, jaki zawiera się w pytaniu, w jakim społeczeństwie i w jakim porządku politycznym chcemy żyć.

Jeśli minister Czaputowicz swoim przemówieniem skierowałby naszą dyskusję o Europie na te tory, to oprócz wyrazów współczucia zasłużyłby także na słowa podziękowania.


OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press