Minister Morawiecki zapowiadał, że nie będzie budował w Polsce "tanich montowni". Właśnie uroczyście otworzył budowę "montowni" silników do Mercedesa. Polska dopłaci do inwestycji bezpośrednio, w ulgach podatkowych i gruntach. W przeliczeniu na jedno miejsce pracy - nawet 300 tys. zł z publicznych pieniędzy

W dolnośląskim Jaworze powstaje fabryka silników Mercedes Benz. 19 czerwca 2017 roku z wielką pompą odbyła się uroczystość wmurowania kamienia węgielnego. W uroczystości, oprócz premiera Morawieckiego, udział wzięli także minister kancelarii premier Elżbieta Witek i dolnośląski marszałek Cezary Przybylski.

Morawiecki tak opowiadał o znaczeniu fabryki:

„Wierzę, że będziemy budować fabrykę dla obopólnej korzyści Mercedesa i Polski oraz razem odkryjemy przyszłość sektora motoryzacyjnego”.

„Cieszę się, że budujemy razem tę polsko-niemiecką markę, polsko-niemiecką jakość i stąd wyjadą silniki Mercedesa, a może kiedyś całe mercedesy, ale od czegoś trzeba zacząć, zrobione w Polsce, made in Poland”.

Później, w Radiu Maryja powiedział jeszcze:

„Bardzo wysokiej jakości, bardzo dokładne, bardzo dobrze skonstruowane przez polskich inżynierów, oczywiście też we współpracy z inżynierami koncernu Daimler. (…) Jestem zbudowany tym, że takie firmy, które mają doświadczenia na całym świecie, które szukają najlepszego rynku, talentów, starają się też z nami porozumieć”.

Porównał koncern Daimler (właściciela Mercedesa) do spóźnionych niemieckich posiłków, które miały wesprzeć Polaków w przegranej bitwie przeciwko wojskom mongolskiego władcy Batu-chana pod Legnicą w 1241 roku. Morawiecki cieszył się, że „dzisiaj się nie spóźnili”.

Wszystko po staremu

A teraz fakty, które warto zestawić ze słowami premiera.

  • Fabryka dostała 18,75 mln euro dofinansowania od polskiego rządu. Przy obecnym kursie, to jakieś 80 mln zł.
  • Powstanie na terenie Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Oznacza to, że przez lata otrzymywać będzie bardzo atrakcyjne ulgi podatkowe – ministerstwo nie pochwaliło się jeszcze jak duże.
  • Teren pod fabrykę koncern dostał od Agencji Nieruchomości Rolnej – musiano do tego celu zmienić przeznaczenie gruntu.

Pomagała w tym Elżbieta Witek, za co Morawiecki podczas uroczystości jej podziękował. Normalny przedsiębiorca na taką pomoc liczyć nie może – w związku z wprowadzoną przez PiS ustawą o ziemi samorządy obawiają się zmian przeznaczenia gruntów.

Co za to dostaniemy?

Rząd przedstawia tę inwestycję, jako niebywałą korzyść i szansę na zwiększenie innowacyjności polskiej gospodarki przemysłowej. Ale ani przemysł, ani innowacyjność nie będą polskie.

Fabryka zatrudni 500 osób. Z tego jakieś 80 proc. ma pracować przy taśmie – to znaczy, że z innowacjami nie będą mieli niemal nic wspólnego – będą to niskopłatne i odtwórcze prace. Nie jest tajemnicą, że światowy przemysł samochodowy ciągnie do naszego regionu Europy kuszony m.in. niskimi kosztami pracy w porównaniu z zachodnimi gospodarkami i trudno spodziewać się, że inaczej będzie w tym przypadku.

Pozostałe sto osób to inżynierowie i kadra kierownicza, którzy będą uczestniczyć w pracach koncepcyjnych i czegoś będą mogli się nauczyć. Ale pomoże to najwyżej w rozwijaniu ich indywidualnych karier, nie gospodarki. Cały know-how i patenty przyjdą z laboratoriów Daimlera. Koncern nie zakłada tu fabryki, żeby silniki wymyślać, a po to, żeby tanio je budować. Nie dojdzie do sytuacji, w której rozwiązania stosowane w fabryce będą mogły zostać wykorzystane w innych gałęziach polskiego przemysłu – na większość z nich firma ma wyłączność.

Nie mówiąc już o tym, że silniki te będą produkowane na eksport. Mercedes to półka marek samochodowych, na którą przeciętny Polak nie może sobie pozwolić.

Kosmiczne koszty

Podsumowując, płacimy 80 mln zł za 500 miejsc pracy, w większości niskiej jakości. To 160 tys. złotych za osobę. Czyli dość, by wypłacać średnią pensję (4635 zł) przez prawie trzy lata.

Fundacja Kaleckiego wyliczyła, że w przeliczeniu na jedno miejsce pracy w Specjalnej Strefie Ekonomicznej, budżet państwa tracił w latach 2010-2012 w ulgach podatkowych około 139 tys. zł.

Zakładając, że taki sam poziom strat utrzymuje się obecnie, oznacza to, że jedno miejsce pracy w fabryce Mercedesa będzie kosztować budżet państwa aż 300 tys. zł. To już ponad pięć lat wypłacania średniej pensji.

Przypominamy, że średnią lub wyższą płacę otrzymuje w Polsce, w zależności od szacunków, od jednej czwartej do jednej trzeciej Polaków.

„Nie chcemy być – jak to się mówi – wyłącznie montownią, (…) ale chcemy iść do góry na drabinie wartości dodanej i chcemy zdobywać międzynarodowe rynki” – mówił wicepremier Mateusz Morawiecki na targach w Hannowerze w kwietniu 2017 roku. I to nie po raz pierwszy. Rok wcześniej zapowiadał: „Nie chcemy być montownią azjatyckich śrubek. Chcemy tworzyć większą wartość dodaną”.

Rzeczywistość weryfikuje jednak plany ministra rozwoju.

Fabryka Mercedesa z pewnością wykorzystywać będzie najbardziej zaawansowane technologie. W związku z tym wytworzy dużą wartość dodaną. Ale niemal wszystkie jej owoce będą trafiały do jej zachodnich właścicieli. I to przy sporych dopłatach polskiego podatnika.

Specjalne strefy ekonomiczne – pozorne zyski

Fabryka Mercedesa to nie pierwsza tego rodzaju inwestycja w Polsce – zagraniczne koncerny często budują w nich swoje „montownie”.

Specjalne Strefy Ekonomiczne zaczęto tworzyć od 1994 roku, by zachęcić kapitał prywatny do inwestowania w polską gospodarkę po transformacji. Inwestycje w SSE cieszą się daleko idącymi ułatwieniami, dotacjami i ulgami podatkowymi.

Mają jednak sporo wad. Do 2013 roku jedynie 19 proc. ulg przyznawanych w ramach SSE trafiało do polskich przedsiębiorców. Wspomagają więc niemal wyłącznie zagraniczny kapitał.

To, jak drogim przedsięwzięciem dla państwa są SSE widać w liczbach. W latach 1998-2013 budżet stracił z tytułu ulg podatkowych dla firm w SSE 14,6 mld zł. W samym tylko 2013 r. aż 2,6 mld zł, czyli 11 proc. całości przychodów z CIT uzyskanych w całym roku.

Miejsca pracy tworzone w SSE to często wydmuszki. Nie jest ich tak wiele, są z reguły niskopłatne, niewymagające kwalifikacji, często w oparciu o umowy śmieciowe. Wiele firm korzysta z biur pośrednictwa pracy i agencji pracy tymczasowej. Pracownicy często są zwalniani zaraz po tym, jak skończy się przysługujący firmie okres ulg podatkowych – mówił w wywiadzie dla „Wyborczej” dr Iwo Augustyński, ekspert ds. pomocy publicznej dla przedsiębiorców z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.


OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press