Prawa autorskie: AFPAFP
07 czerwca 2022

Francja: bardzo dziwne wybory. Lewica chce wrócić do gry i ma szanse

Niedzielne wybory mogą rozbudzić emocje nie tylko Francuzów. Przede wszystkim za sprawą szerokiej koalicji Jean-Luca Mélenchona i jego koalicji partii lewicowych, która chce wywalczyć większość w parlamencie i zablokować reformy Macrona

W najbliższe dwie niedziele – 12 i 19 czerwca – Francuzi wyłonią w powszechnych wyborach 577 członków Zgromadzenia Narodowego. Są tacy, którzy nazywają te wybory „trzecią turą” dopiero co zakończonych wyborów prezydenckich. Ale to gruba przesada.

Na zdjęciu: lider lewicowej koalicji NUPES (Nouvelle Union Populaire Ecologique et Sociale) Jean-Luc Melénchon na wiecu przedwyborczym w Villeurbanne, 4 czerwca 2022. Foto: OLIVIER CHASSIGNOLE / AFP

We Francji nie czuć w tej chwili politycznego uniesienia. Znajomi i sąsiedzi rozmawiają głównie o wakacyjnych planach – albo rosnących cenach benzyny i żywności, za co jednak trudno winić wyłącznie rządzących. Z kolei zagraniczne media, jeśli wspominają o Paryżu, to głównie w kontekście tenisowego turnieju Rollanda Garrosa albo finału piłkarskiej Ligi Mistrzów, który w tym roku odbył się na Stade de France.

Prezydent jest najważniejszy

Prawda jest taka, że wyborami parlamentarnymi we Francji nader trudno się ekscytować – z dwóch głównych przyczyn.

Po pierwsze, w ustroju politycznym tego kraju to prezydent gra pierwsze skrzypce. Parlament, owszem, bywał do niedawna kluczowym miejscem debaty politycznej nad projektami ustaw. Zdarzało się też, że partia opozycyjna względem prezydenta miała większość w Zgromadzeniu – a wówczas dochodziło do trudnej kohabitacji. W okresie tzw. V Republiki (czyli od 1958 roku) miało to miejsce trzykrotnie.

Ale w 2000 roku Francuzi zdecydowali w referendum o skróceniu kadencji prezydenta z 7 do 5 lat, dzięki czemu wybory prezydenckie i parlamentarne zostały z sobą zsynchronizowane – niwelując tym samym ryzyko, że prezydent zostanie przez wyborców ukarany w środku kadencji i skazany na kohabitację.

Gdy zaś chodzi o debatę polityczną w Zgromadzeniu, to straciła ona na znaczeniu w czasie pierwszej kadencji Emmanuela Macrona.

Zdominowany przez jego nowopowstałą partię parlament stał się w dużej mierze wierną prezydentowi maszynką do przyjmowania ustaw.

Niektórzy mogli wówczas zatęsknić za starymi dobrymi partiami politycznymi, które miały przynajmniej jasną linię i wchodziły z sobą w autentyczne spory. Jak pisze wytrawny obserwator miejscowej sceny politycznej, Marcel Gauchet, „nigdy w czasach V Republiki parlament nie był równie nieistniejący”.

Frustrująca ordynacja

Drugim powodem, dla którego wybory parlamentarne we Francji nie porywają tak, jak wyścig o fotel prezydencki, jest zawiła ordynacja wyborcza. Warto chwilę się nad nią pochylić – zwłaszcza jeśli ktoś jest fanem JOW-ów. Francuzi wybierają posłów w 577 jednomandatowych okręgach, w wyborach większościowych, rozłożonych na dwie tury.

Taki system niesie ze sobą kilka ważnych konsekwencji.

Najważniejszą z nich jest brak proporcjonalności. Każde miejsce w parlamencie musi być wygrane w danym okręgu. Dzięki temu nie ma w parlamencie miejsca dla kandydatów nikomu nieznanych i niezasłużonych, którzy (jak to bywa w wielu innych demokracjach) jedynie wykupili lub wychodzili sobie dobry numerek na liście.

Ale wielu wyborców ma powody czuć niesmak z powodu ostatecznego rezultatu. W ostatecznym kształcie parlamentu nie widać bowiem odwzorowania popularności różnych politycznych opcji.

Przykładowo: cóż z tego, że Marine Le Pen zdobyła w 2017 roku jedną trzecią głosów w drugiej turze wyborów prezydenckich – jeśli kandydaci jej partii zdołali później zwyciężyć jedynie w siedmiu okręgach? Tak, to nie pomyłka: jej Zjednoczenie Narodowe zajmowało przez ostatnie lata ledwie 1 proc. miejsc we francuskim parlamencie.

Partiom radykalnym nie sprzyja zwłaszcza to, że wybory toczą się w dwóch turach. Kandydat/ka skrajnej prawicy lub skrajnej lewicy może wybić się do przodu w pierwszej turze, ale później z reguły nie ma szans w starciu z kimś bliżej centrum. To oznacza, że – mimo popularności prawicowej Marine Le Pen i jeszcze bardziej prawicowego Erica Zemmoura – praktycznie niemożliwe jest, aby skrajna prawica kiedykolwiek zdobyła większość parlamentarną.

Zabezpiecza to system przed wywróceniem do góry nogami. Zarazem jednak zdaniem wielu obserwatorów to jedno z ważnych źródeł politycznej frustracji, z której słynie Francja (i której przykładem były protesty Żółtych Kamizelek).

Jak łatwo się domyślić, to wszystko z kolei przekłada się na stosunkowo małą frekwencję.

W 2017 roku prawie 77 proc. wyborców oddało głos w pierwszej turze wyborów prezydenckich – a tylko 49 proc. zagłosowało później w wyborach parlamentarnych.

Co więcej, uczestnictwo w wyborach parlamentarnych regularnie spada: jeszcze w latach 90. dwie trzecie wyborców oddawało w nich swój głos. W tym roku spodziewana jest frekwencja na poziomie ledwie 50 proc.

Wasz prezydent, nasz premier?

A jednak tegoroczne wybory mogą jeszcze rozbudzić emocje. Jeśli tak się stanie, to przede wszystkim za sprawą partii lewicowych, którym udało się dogadać w tym roku w sprawie utworzenia jednej szerokiej koalicji: NUPES (Nouvelle Union Populaire Ecologique et Sociale).

Ich ambicją jest wywalczenie parlamentarnej większości, która nie pozwoliłaby Macronowi na realizację co bardziej niepopularnych pomysłów (jak np. podniesienie wieku emerytalnego).

Bardzo dobry wynik lidera skrajnej lewicy, Jean-Luca Mélenchona, w pierwszej turze wyborów prezydenckich (22 proc. i trzecie miejsce, tuż za Le Pen) pokazał, kto jest obecnie faktycznym liderem francuskiej lewicy. Dzięki temu udało mu się zawiązać wyborczy sojusz z zielonymi, socjalistami, komunistami i kilkoma drobniejszymi partiami.

Gdy jeszcze Macron świętował zwycięstwo, Mélenchon już ogłaszał, że wybory parlamentarne będą „trzecią turą” wyścigu prezydenckiego. Na ulicach chwilę potem pojawiły się plakaty z hasłem „Mélenchon premierem” – w których pobrzmiewało echo polskiego „Wasz prezydent, nasz premier”.

Jest zatem w tych wyborach konflikt, który czyni je ciekawymi, mimo wszystkich wynikających z ordynacji przeszkód – a rezultat wcale nie tak pewnym. O ile wybory prezydenckie zdominowane były przez walkę dobra ze złem w wykonaniu Macrona i Le Pen, o tyle tym razem główna oś sporu przebiega pomiędzy lewicą a liberalnym centrum.

Niezmiernie trudno przy takiej ordynacji formułować prognozy i realizować sondaże. Póki co, dostępne analizy wskazują na to, że – choć lewica i centrum idą łeb w łeb – Macron nie powinien mieć problemu ze zbudowaniem większości w parlamencie. Jego centrowy blok ma szansę nadal rządzić samodzielnie.

Jeśli jednak sam większości nie zdobędzie, to powinien móc ją sobie zapewnić w parlamencie poprzez układ z prawicą lub częścią posłów z lewej strony; zwłaszcza jeśli program Macrona faktycznie, zgodnie z obietnicą, okaże się skupiony na klimacie.

Jednak bez względu na to, czy lewica zdobędzie większość, czy nie, wygląda na to, że te wybory i tak będą dla niej momentem odrodzenia – po sromotnej klęsce, jaką poniosła pięć lat temu.

Warto także obserwować, jak bardzo skrajna prawica powiększy swój stan posiadania: sondaże wskazują, że tym razem może liczyć na kilkadziesiąt miejsc w Zgromadzeniu.

No i trzeba śledzić konkretne okręgi wyborcze, gdzie toczą się pojedynki pomiędzy kandydatami z imienia i nazwiska: w tym z udziałem wielu ministrów z ostatnich lat, dla którym czasem – jak dla Clementa Beaune’a (byłego ministra ds. europejskich) czy Elisabeth Borne (obecnej premier) – będzie to pierwsza okazja do sprawdzenia swojej popularności w wyborach powszechnych.

Jeszcze może być ciekawie.

Udostępnij:

Paweł Zerka

Ekspert (Policy Fellow) w paryskim biurze Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) - https://ecfr.eu/profile/pawel_zerka/

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne