Pan Sławomir Cenckiewicz po raz kolejny zabawił się w prokuratora i wysmażył akt oskarżenia przeciw Lechowi Wałęsie w 14 punktach. Wyprowadza swoje rojenia z wybranych dokumentów, omijając inne oraz szukając takich świadków, którzy poprą prokurowane przez niego zarzuty. Mało rozumie z dziejów i ducha „Solidarności”


Poprosiliśmy wybitnego historyka prof. Andrzeja Friszke o odpowiedź na tekst dr hab. Sławomira Cenckiewicza „14 mitów”, który w sugestywny sposób przedstawia Lecha Wałęsę jako pionka w rękach komunistycznych władz i esbeków.

To ich polecenia czy oczekiwania miały decydować o tym, co Wałęsa mówi i robił w czasie Sierpnia 80, gdy kierował „Solidarnością” w latach 1980-81, a także w stanie wojennym, aż do zwolnienia z Arłamowa, gdzie był przetrzymywany do listopada 1982.

Prof Friszke, wybitny historyk najnowszych dziejów Polski, autor monografii „Rewolucja Solidarności”, napisał porywająca polemikę, gorącą i rzeczową zarazem, z odwołaniem do faktów i zasad warsztatu historyka.


Artykuł Cenckiewicza – de facto akt oskarżenia – oparty jest na dokumentach selektywnie dobranych i wyrwanych z kontekstów, tak aby wyglądało to wiarygodnie dla znajdującego się pod wrażeniem licznych cytatów i szczegółów czytelnika.

W istocie jednak pan Cenckiewicz od lat powtarza to samo, nie przyjmując do wiadomości istnienia dokumentów, które przeczą jego tezom, oraz ignorując ustalenia innych historyków.

Przemawia z właściwym sobie tupetem zarzucając m. in. niżej podpisanemu, że należy do „zideologizowanych historyków”, a obrona Wałęsy oparta jest na „odmowie wiedzy źródłowej”, „próbie narzucenia obowiązującej interpretacji”, „swoistej »odporności« na wciąż odnajdywane archiwalia”.

Pan Cenckiewicz wyraźnie napisał o sobie, tak właśnie postępuje, nie stroniąc też czasami od inwektyw.

Cenckiewicz nie lubi czytać

Do tych cech Cenckiewicza należy dodać kolejne – brak zdolności korzystania z ustaleń innych historyków, ustaleń opartych o solidne badania archiwalne.

Pan Cenckiewicz najwyraźniej nie lubi czytać, skoro nie zauważył pracy Grzegorza Majchrzaka „Solidarność na celowniku. Wybrane operacje SB przeciwko związkowi i jego działaczom” (Zysk i s-ka, 2016 r.), czy mojej monografii „Rewolucja Solidarności 1980-1981” (Znak, 2015 r.).

Pan Cenckiewicz może nas nie lubić, czemu wiele razy dawał wyraz, ale obie publikacje oparte są na archiwaliach IPN i jeśli nawet nie wierzy w naszą uczciwość, powinien zajrzeć do akt, których sygnatury są podawane.

Woli tego jednak nie robić, wygodniej jest nie wiedzieć, udawać, że nie ma tego, co nie pasuje do tezy. I wyprowadzać swoje rojenia z wybranych dokumentów, omijając inne oraz szukając takich świadków, którzy poprą prokurowany przez niego akt oskarżenia.

Odpowiedź na wszystkie 14 punktów Cenckiewicza wymagałaby całego traktatu, którego nie ma potrzeby pisać, wystarczy odesłać do odpowiednich fragmentów wymienionych książek i stojących za nimi akt IPN. Na kilku przykładach manipulacji warto się jednak zatrzymać, by pokazać metodę pisania pana Cenckiewicza.

Skok przez płot

Początek strajku sierpniowego 1980 r. – Cenckiewicz twierdzi, że Lech Wałęsa został wysłany przez władze (dostarczony motorówką), by kontrolować wydarzenia. Powraca sprawa skoku Wałęsy przez płot (nie było) i jego domniemanej agenturalności, na co pośrednim dowodem mają być pisane wiele lat potem wspomnienia I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka i Pawła Bożyka [jego wieloletniego doradcy].

Świadkowie z tego szczebla władzy robią na czytelniku wrażenie. Wygodnie zatem jest ominąć dokumenty z epoki, zwłaszcza zapisy posiedzeń Biura Politycznego, czyli najwyższego kierownictwa partii-państwa.

Tymczasem, gdy strajk wybuchł 14 sierpnia 1980 r. Sekretarz KC Stanisław Kania informuje towarzyszy po rozmowie z kierownictwem PZPR w Gdańsku:

„komitet strajkowy rozmawia z dyrektorem. Próbują wyłączyć z rozmów Wałęsę.” Wyłączyć, a nie włączyć.

Następnego dnia Kania przyznaje się do niewiedzy:

„Nie było sygnałów o przygotowaniach do strajku. Zostali zaskoczeni.” Gierek w podsumowaniu mówił, że sytuacja może „zmusić do użycia siły. Dziś już o tym nie dyskutujemy, ale jutro trzeba do tego wrócić.”

16 sierpnia Józef Pińkowski (wkrótce premier) mówił: „Nowym elementem jest powołanie »wolnego związku zawodowego«, to sukces KOR.”

Te wzmianki można kontynuować, ale wystarczy odesłać czytelnika do mojej „Rewolucji Solidarności”, czy wznowionego przez IPN tomu protokołów Biura Politycznego „PZPR a Solidarność 1980-1981”. Nie ma wątpliwości, że kierownictwo PZPR czyli państwa, było zaskoczone strajkiem.

W żadnym z dokumentów nie ma sugestii, że Wałęsa to „nasz człowiek”. Przywoływanie na dowód wynurzeń jednego z wicepremierów Aleksandra Kopcia, pisanych już po 1989 r., jest zabawne.

Cenckiewicz powinien wiedzieć, że wicepremier od przemysłu maszynowego nie mógł mieć wiedzy tak tajnej, jak operacyjne dokumenty SB. A negocjacje prowadził ze strajkującymi na Śląsku (czego S.C. nie zauważa), więc tym bardziej nie było powodu, by znał takie tajemnice dotyczące Gdańska. Cały wywód Cenckiewicza oparty jest więc na niczym.

Dodajmy: Edward Gierek, podobnie jak Aleksander Kopeć, mieli poczucie klęski politycznej, której przyczyną był strajk sierpniowy, powstanie „Solidarności”, no i Lech Wałęsa. Chętnie snuli wizje spisków, które ich odsunęły od władzy, szukali racjonalizacji swojej porażki.

Z pewnością byliby zaskoczeni, że stali się inspiracją dla antykomunisty Cenckiewicza.

Czego Cenckiewicz nie zauważa

Najważniejszym dokumentem dotyczącym przebiegu sierpniowego strajku i roli w nim Wałęsy jest stenogram negocjacji z dyrektorem Stoczni, opublikowany przez Andrzeja Drzycimskiego i Tadeusza Skutnika w książce pt. „Gdańsk. Sierpień ’80. Rozmowy” (Editions Spotkania, Paryż 1986, Gdańsk 1990).

Na ponad 400 stronach można śledzić sposób negocjowania przez Wałęsę punktu po punkcie. I nie można mieć wątpliwości, że Wałęsa negocjuje nieustępliwie, umiejętnie, uparcie.

Niewygodne? A zatem w rozumowaniu pana Cenckiewicza ten stenogram nie istnieje, nie jest przywoływany. Czytelnik wtłaczanej wizji nie powinien mieć wątpliwości, lepiej go o tym nie informować.

Z całego kontekstu zostaje wyrwane oświadczenie Wałęsy o zakończeniu strajku 16 sierpnia, jako kolejny dowód na realizowanie poleceń władz.

Dlaczego Wałęsa ogłosił koniec strajku? Bo wynegocjował porozumienie we wszystkich punktach. Dopiero wówczas dowiedział się, że trwania strajku żądają też inne zakłady Trójmiasta i przyłączył się do dążących do kontynuowania strajku.

Wymagało to odwagi przeciwstawienia się ogromnej części dotąd strajkujących, którzy po uzyskaniu podwyżki i gwarancji bezpieczeństwa chcieli jak najszybciej iść do domów.

Świadectwa z epoki i notatki SB dotyczące tego z pewnością dramatycznego momentu Cenckiewicza nie interesują. Zaburzałyby jednoznaczność obrazu. Woli cytować późniejsze wspomnienia ludzi, którzy w następnych miesiącach nabyli niechęci, czasem wrogości do Wałęsy.

Dalszy ciąg strajku, w którym były także dramatyczne zwroty, już pana Cenckiewicza nie interesuje. Nie pisze więc o próbie rozbicia MKS [Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego] i jednoznacznej postawie Wałęsy, ani o jego roli w podtrzymywaniu ducha strajkujących (esbecy zwracali na to uwagę), ani o negocjacjach z wicepremierem Mieczysławem Jagielskim, ani o podpisaniu porozumienia w sytuacji do końca dramatycznej.

A to wszystko budowało pozycję Wałęsy, jego legendę przywódcy, lidera, głosu ludu.

Nie zauważa więc Cenckiewicz charakterystyki Wałęsy sporządzonej przez SB 23 sierpnia 1980 r., w której czytamy: „Cieszy się dużym uznaniem i autorytetem wśród strajkujących stoczniowców.

Posiada zdolność podporządkowania sobie współpracowników. (…) Zwolennik twardej dyscypliny i porządku w działaniach (…) Aktywnie realizuje dążenia grup antysocjalistycznych do stworzenia poza partią tzw. Niezależnych przedstawicielstw środowiskowych” („Rewolucja Solidarności”, s. 83).

Czy to przeczy wyznaniu Wałęsy, cytowanemu przez Cenckiewicza, że „przyszedł do mnie esbek i zaproponował spotkanie z Gierkiem w Pruszczu”? Nie przeczy.

Trwał ogromny strajk, ogarniał kolejne ośrodki przemysłowe. Władze próbowały różnych sposobów, by strajk złamać lub zneutralizować jego przywódców. Nic z tego nie wyszło, jak wskazują protokoły Biura Politycznego i notatki sporządzane w MSW, które jeszcze 30 sierpnia brało pod uwagę uderzenie na stocznię.

Zadecydowały jednak rozmowy, negocjacje, w których Wałęsa był bardzo aktywny. Zapisy tych negocjacji są w cytowanej książce Drzycimskiego i Skutnika, fragmenty w słynnym filmie „Robotnicy ‘80”.

Niewygodne źródła dla wizji Cenckiewicza.

Spór Wałęsa-Kuroń. „Rewelacje” Wyszkowskiego służą Cenckiewiczowi

Sławomir Cenckiewicz jak sensację opowiada czytelnikom o konflikcie Wałęsy z Jackiem Kuroniem i innymi korowcami jesienią 1980 r. Powtarza tezę, że Kuroń przyjechał do Gdańska „z gotowym projektem politycznym, który zakładał podporządkowanie związków zawodowych radom zakładowym…”

Zapomina tylko dodać, że autorem tego projektu, już wypracowanego w Gdańsku był Lech Kaczyński, co obszernie uzasadniam w swojej książce.

Twierdzi też, że Kuroń chciał oskarżyć Wałęsę o to, że jest agentem SB i usunąć ze stanowiska przewodniczącego powstającego Związku.

Te rewelacje pochodzą od Krzysztofa Wyszkowskiego, który o niecnych zamiarach Kuronia informował agenta SB o pseudonimie „Ronson”, czyli dziennikarza Jerzego Brodzkiego, formalnie pracującego dla Amerykanów, w istocie dla SB.

Raporty z tych rozmów są w archiwum IPN, cytuję je w swojej książce i podaję sygnaturę (s. 97).

Wyszkowski nie cierpiał już wtedy Kuronia, ale grał na Wałęsę. I swoimi mniemaniami i obsesjami karmił Brodzkiego.

Kuroniowi nie można zarzucić, że był głupcem pozbawionym wyobraźni, a musiałby nim być, gdyby chciał wyrzucić robotnika Wałęsę i zasiąść na jego fotelu. Trzeba rozumieć, że był to ruch robotniczy i tylko robotnik mógł być jego przywódcą. Nie inteligent, nie zawodowy opozycjonista.

Pan Cenckiewicz nie chce tego rozumieć, bo mało rozumie z dziejów i ducha „Solidarności.” Widzi pojedynczych ludzi, drzewka, a nie widzi lasu.

Widzi wybrane dokumenty, ale nie umie ich odczytać w kontekście innych, choćby stenogramów z wieców, wystąpień, narad, treści biuletynów, które pokazują klimat wewnętrzny w „Solidarności”.

O tym, że Kuroń z Wałęsą toczył spór, wiadomo od początku, od jesieni 1980 roku. Kuroń sam to opisał we wspomnieniach (do takich wspomnień pan C. jednak nie zagląda). Prawdą jest, że „bezpieka odnotowywała niemal każdą dyskusję oponentów Wałęsy”, ale nic nie wiadomo o tym, by Wałęsę o tym informowano, jak by chciał Cenckiewicz.

Zwrot w stronę Kościoła, czyli pominięte tło konfliktu z Kuroniem

Nie miejsce tu na omawianie dziejów sporu Kuroń-Wałęsa, uczyniłem to obszernie w swojej książce. Nie sposób jednak nie zauważyć – a Cenckiewicz w ogóle tego nie widzi – że Wałęsa szukał od września 1980 r. oparcia o Kościół, był przyjęty przez kardynała Wyszyńskiego, we wszystkich istotnych kwestiach radził się Kościoła.

W całym rozumowaniu pana Cenckiewicza konflikt Wałęsy z Kuroniem to wynik nacisków władz i SB-ków, którzy żądali, by Wałęsa pozbył się „ekstremy”. Kościoła w tekście Cenckiewicza po prostu nie ma, choć od lat dostępne są dokumenty dotyczące tych spraw, opublikowane przez Petera Rainę (w tym fragmenty diariusza prymasa Stefana Wyszyńskiego) i ks. Bp. Orszulika.

Otóż, Kościół nalegał na Wałęsę, by odsunął korowców, nie ufał Kuroniowi, i było to zbieżne z oczekiwaniami władz PRL. W ocenie i władz, i Kościoła, „Solidarność” powinna być tylko związkiem zawodowym, unikać akcentów politycznych, nie podniecać, nie radykalizować.

Ofiarą tych nacisków padła Anna Walentynowicz, którą odsunięto, ale i tego Cenckiewicz konsekwentnie nie zauważa, mimo opublikowanych źródeł, winę składając wyłącznie na zły charakter Wałęsy.

Władze istotnie obawiały się obalenia Wałęsy, bo wyobrażały sobie, że na jego miejsce przyjdzie radykał, najpewniej od Kuronia, np. Andrzej Gwiazda. A tego nie chciała ani władza, ani Kościół.

Wałęsa więc manewrował, trzymał się blisko Kościoła, długo trzymał na dystans Kuronia, wyrzekał na korowców, łudził partię, że „Solidarność” nie będzie wszczynać nowych konfliktów, że poskromi radykałów, ale nie dał władzy tego, czego chciała – zgody na aresztowanie Kuronia i Michnika.

To jest ten kontekst, ten las, którego Cenckiewicz nie widzi. I w tej ślepocie jest konsekwentny.

Kryzys bydgoski. Cenckiewicz oskarża Wałęsę, bo nie widzi kontekstu

Kolejny punkt aktu oskarżenia to zachowanie Wałęsy w czasie kryzysu bydgoskiego (marzec 1981 r.), czyli niechęć do wszczęcia strajku generalnego i dążenie do wynegocjowania porozumienia, które spowoduje, że strajku nie będzie. I znów, jak to u Cenckiewicza, brakuje kontekstu, dobrze przecież opisanego.

„Archiwum Solidarności” wydało stenogramy wszystkich posiedzeń Krajowej Komisji Porozumiewawczej, gdzie można odnaleźć wszystkie argumenty, a także zapis negocjacji z komisją rządową.

Znane i opublikowane są protokoły obrad Biura Politycznego, znamy też zapis rozmów Jurija Andropowa [wtedy szef KGB, potem I sekretarz KC KPZR] i Dmitrija Ustinowa [wtedy sowiecki minister obrony] ze Stanisławem Kanią [I sekretarzem KC PZPR] i Wojcechem Jaruzelskim, zapis sporządzony w Moskwie.

Cenckiewicz tego wszystkiego nie widzi, a może w ogóle nie czytał? Przedstawia Wałęsę jako kapitulanta, w dodatku skupionego na walce ze swym konkurentem Gwiazdą.

Autor antywałęsowskich pamfletów nie chce zapoznać się z tak ważnym dokumentem, wynalezionym przez Tomasza Mianowicza w archiwach byłej NRD, jakim jest zapis narady wschodnioniemieckich generałów z dowódcą Układu Warszawskiego Wiktorem Kulikowem na początku kwietnia 1981.

Sowiecki marszałek nie krył irytacji, że w Polsce nie doszło do pożądanego zwarcia i wprowadzenia stanu wojennego. Czy eskalacji tamtego konfliktu wymaga dziś od Wałęsy Cenckiewicz?

Owszem, Wałęsa zapłacił wtedy wysoką cenę za upór i zdecydowanie, za konflikt z wieloma działaczami, którzy chcieli przesądzić walkę wzorem Sierpnia. Wtedy właśnie zaczęto walczyć z nim oskarżeniami o konszachty z bezpieką, odpowiednie wypowiedzi Cenckiewicz przywołuje. Wraz z doradcami Wałęsa uratował jednak trwanie „Solidarności” na dalszych 9 miesięcy.

I znów Cenckiewicz nie widzi lasu, a tylko pojedyncze drzewa. Cytuje esbeckie dokumenty na dowód, że władze chcą, by Wałęsa nie przegrał, by zarazem osłabił radykałów.

Tak, to prawda, władze nie były jeszcze zdecydowane na stan wojenny, choć przygotowania trwały. Chciały grać z „Solidarnością”, liczyły na jej pęknięcie, uznawały Wałęsę za lidera, z którym można negocjować, ścierać się, ale i zawierać kompromisy.

I tak było aż do późnej jesieni 1981 r. Czy Wałęsa spotkał się (raz?, dwa razy?) z gen. Adamem Krzysztoporskim, wiceministrem spraw wewnętrznych, szefem SB? Sprawę tę badał Grzegorz Majchrzak.

Być może spotkał się, ale czy to świadczy o czymś niegodnym, że przewodniczący dziesięciomilionowego Związku odbył rozmowę z wiceministrem spraw wewnętrznych?

Można nawet wyobrazić sobie jej przebieg na podstawie wcześniejszej rozmowy Wałęsy z premierem Jaruzelskim, opisanej przez generała. Ale trzymajmy się faktów.

Wybory przewodniczącego „S”. Cenckiewicz wsłuchany w notatki SB

Cenckiewicz próbuje od lat budować sensację wokół notatek bezpieki dotyczących wyborów na przewodniczącego „Solidarności” na zjeździe Związku we wrześniu i październiku 1981. Nie ma potrzeby kwestionować prawdziwości cytowanych dokumentów, uczciwość nakazuje jednak przypomnieć nazwiska kontrkandydatów do funkcji przewodniczącego – Mariana Jurczyka, Andrzeja Gwiazdy, Jana Rulewskiego.

Żaden z nich nie byłby w stanie zapanować nad wielką „Solidarnością”, w której zaczęły się już poważne konflikty. Gdyby pan Cenckiewicz przeczytał opublikowane przez IPN trzy tomy stenogramu Zjazdu, więcej by rozumiał.

W jego wywodach nie widać śladu tej lektury.

Interes władz, nadal jeszcze wahających się między wolą konfrontacji (beton wspierany przez Moskwę z Tadeuszem Grabskim i Stanisławem Kociołkiem, ale też stopniowo Kiszczak i Jaruzelski), a liczącymi jeszcze na wchłonięcie „Solidarności” przez system (Kania), nakazywał tym ostatnim stawiać na Wałęsę, a nie na radykałów, masowe wystąpienia i groźbę destabilizacji kraju.

Do uniknięcia zderzenia dążył też Kościół, nie chciał tego również Zachód. Wszyscy oni trzymali kciuki za Wałęsę i jego pozostanie na czele „Solidarności”. Zwycięstwo Wałęsy w wyborach na Zjeździe było więc sukcesem tych wszystkich sił, a nie efektem „starań SB”.

Cenckiewicz tego nie rozumie, bo w ogóle niewiele rozumie z polityki, którą wedle jego wyobrażeń mają zastąpić gromkie deklaracje wrogości i manifestowania ideologicznych pryncypiów, wygrażanie pięścią i rzucanie inwektyw.

Takich oczekiwań oczywiście Wałęsa nie zaspokajał, niewielkie też było na nie zapotrzebowanie w kraju, gdzie po kawałek mięsa na kartkę stało się godzinami, czasem od 6 rano. I często go brakowało. W oczy wielu rodzin zaglądał głód.

Tak było jesienią 1981 r. i o to poszły najpoważniejsze konflikty z władzami.

Wałęsa hamował, jak umiał, radykalizm narastający od dołu, i wraz ze swoją ekipą szukał do końca możliwości kompromisu, by Polska nie wpadła w anarchię lub wielkie rozruchy, nieuchronnie grożące sowiecką inwazją.

Zarazem próbował utrzymać jedność Związku, stąd jego zwrot ku radykałom na początku grudnia 1981 r. To jest ten las, którego Cenckiewicz nie widzi. Woli zająć się życiem prywatnym Wałęsy, jego domniemaną miłostką.

Wałęsa i stan wojenny. Oszczerstwa Cenckiewicza

Oszczerstwem jest zdanie: „Wałęsa nie znał d o k ł a d n e g o  terminu wprowadzenia stanu wojennego.” To zdanie sugeruje, że wiedział, iż stan wojenny będzie wprowadzony, nie znał tylko – czego – dnia? godziny?

Za tą insynuacją kryje się oskarżenie – widział, a nie powiedział innym. Oszczerstwo Cenckiewicza nie jest oparte na niczym, na żadnych źródłach.

Wszyscy uczestniczący w życiu politycznym ze strony „Solidarności” i Kościoła wiedzieli, że jest groźnie, może być konfrontacja, w Sejmie leży projekt o nadzwyczajnych pełnomocnictwach. Przywódcy Związku próbowali to zablokować w Sejmie, zarazem szykowali się do konfrontacji. Zapisy narad są opublikowane, ale Cenckiewicza nie interesują.

Oszczerstwem jest również zdanie, że Wałęsa „był gotowy na współpracę z komunistami pomimo zbrojnej napaści na Solidarność.” Rzekomo dlatego bez oporu dał się zawieźć do Warszawy. Pewnie bardziej by panu Cenckiewiczowi pasowało, gdyby rzucił się z nożem na milicjantów, którzy przyszli zabrać go z domu.

Od 13 grudnia Wałęsa nadal był osobą kluczową, od której zależało, co stanie się dalej. Mógł skapitulować i wystąpić w telewizji z apelem o respektowanie praw stanu wojennego. Byłby to koniec „Solidarności”. Nie uczynił tego.

Mógł wejść w próbę wznowienia „Solidarności” bez ekstremy, co mu sugerował Stanisław Ciosek (opisuję tę rozmowę w artykule opublikowanym w „Ale Historia”, 14 marca 2016 r., czego naturalnie Cenckiewicz nie czytał).

Odmówił, żądał spotkania z Komisją Krajową (nie wiedział jeszcze, że są internowani) i doradcami, zwłaszcza Bronisławem Geremkiem. Chciał wznowić negocjacje, ale władze chciały, by skapitulował i dał się wykorzystać jako szyld dla pseudo-solidarności kontrolowanej przez SB.

(Oczywistą bzdurą jest twierdzenie, że operacja „Renesans”, czyli stworzenia nowej „Solidarności” pod kontrolą SB, miała być ograniczona do Gdańska. Cenckiewicz, jak widać dobitnie, nie zna protokołów i notatek z posiedzeń kierownictwa MSW.)

Z dnia na dzień Wałęsa orientował się w sytuacji. Odmówił ustępstw, a nawet podjęcia rozmów w izolacji. Cenckiewicz tego nie widzi, podnieca się różnymi opiniami po stronie ludzi władzy, ale nawet nie zauważa, o co im chodziło.

Przywołuje fakt odwiedzenia Wałęsy przez płk. Władysława Iwańca [jego dowódcy z wojska z lat 60.], ale nie obchodzą go raporty z tych rozmów, kierowane do Jaruzelskiego. A zostały omówione i przeze mnie, i przez Majchrzaka. Zdumiewająca niechęć Cenckiewicza do czytania jest naprawdę irytująca.

Zauważa, że Wałęsę odwiedził esbek, który komunikował się z nim w stoczni przed 1976 r., co niewątpliwie było próbą szantażu ujawnieniem tych kontaktów, ale nie dodaje, że i w tej sytuacji Wałęsa nie uległ.

Cenckiewicz nie zauważył też oczywiście, że na naradzie ścisłego kierownictwa MSW 27 grudnia 1981 r. wiceminister MSW gen. Bogusław Stachura referując sprawę przyszłości ruchu związkowego powiedział: „muszą być branżowe, ale na czele ich federacji nie może stać Wałęsa” (odpowiedni dokument jest w IPN).

Opisując internowanie Wałęsy Cenckiewicz epatuje liczbą butelek wina i wódki, ale nie widzi istoty rzeczy. Wszystko służy poniżeniu Wałęsy, ośmieszeniu, wykazaniu, jakim rzekomo małym był człowiekiem.

Nie widzi zaś, że w izolacji od kolegów i doradców, mimo zachęt ludzi Kościoła do szukania kompromisu, Wałęsa nie uległ, nie poszedł na żaden kompromis.

A wiemy to z akt oficerów BOR pilnujących Wałęsy i ślących notatki do zwierzchników, które opublikowali Grzegorz Majchrzak i Tomasz Kozłowski („Kryptonim 333”, Chorzów 2012). Należy zalecić Cenckiewiczowi przeczytanie tej książki, a nie tylko zestawiania liczby butelek.

Powinien się też zapoznać z opracowaniami zamieszczonymi w ostatnim numerze półrocznika „Wolność i Solidarność”, gdzie Tomasz Kozłowski opisuje te sprawy, a niżej podpisany referuje okoliczności zwolnienia Wałęsy i nie dojścia do jego procesu, na co nalegała Naczelna Prokuratura Wojskowa.

By poznać okoliczności sprawy rozmowy braci, czy fałszowania dokumentów mających Wałęsę skompromitować, Cenckiewicz powinien przeczytać rekomendowaną już książkę Majchrzaka. Bez czytania nie da się uprawiać zawodu historyka! Nie wystarczą emocje i wizje.

Cenckiewicz nie odróżnia gry słowami od realnych zachowań

Polemizowanie ze Sławomirem Cenckiewiczem jest zadaniem trudnym nie tylko ze względu na jego agresywność, tupet i upór nieczytania. Zbyt często trzeba tłumaczyć okoliczności podstawowych faktów, co zamienia się w próbę pisania podręcznika.

Cenckiewicz nie rozumie najprostszych gier Wałęsy – półobietnic składanych po to, by sondować przeciwnika, ale zaraz się z nich wycofać.

Tak rozmawiał z płk Władysławem Kucą [szef Biura Studiów MSW, które rozpracowywało Solidarność], Kiszczakiem, płk. Bolesławem Klisiem z Prokuratury Wojskowej i płk. Hipolitem Starszakiem z SB. Łudził, zapalał światełko, ale nic dalej nie robił.

Cenckiewicz nie odróżnia gry słowami od realnych zachowań i działań. I co z tego, że Wałęsa mówił, iż „skłonny jest” działać w PRON [Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, fasadowa organizacja powołana przez władze stanu wojennego], skoro nie uczynił nawet kroku, by coś takiego zrobić?

Lech Wałęsa zawsze i w każdych okolicznościach mówił, że polskich spraw nie da się rozwiązać inaczej, niż w drodze porozumienia. A to porozumienie musi być oparte na uznaniu partnerstwa i na niezależności „Solidarności”.

Był w tym zgodny ze stanowiskiem Kościoła i Jana Pawła II, który – przypomnijmy – wymusił zgodę władz na spotkanie z Wałęsą w czasie pielgrzymki do Polski w czerwcu 1983 roku.

Wałęsa walczył bez wzywania do przemocy, do gwałtu, do rozlewu krwi. Taka była zasada działania całej „Solidarności”, także w stanie wojennym. Nie wzywał do nienawiści, ale – mimo szykan i represji – stale podkreślał potrzebę dialogu i kompromisu. Dzięki temu „Solidarność” była czym była i odegrała taką rolę w dziejach Polski i świata, jaką odegrała.

Pan Cenckiewicz tego nie rozumie, jest ulepiony z innej gliny, zamiast dialogu i kompromisu stawia na ideologiczną krucjatę i niszczenie przeciwników. Niewiele rozumie z tamtych czasów.


Opłać abonament na wolność słowa


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym