Na ulicach Gruzji od dwóch tygodni protestuje po kilkadziesiąt tysięcy osób. Czy energia aktywistów i aktywistek może przekuć się w nową polityczną siłę? Wybory parlamentarne odbędą się za rok. Podobnie jak w Polsce ogromna część elektoratu dwóch największych partii głosuje przeciwko tej drugiej. A trzeciej siły poza tym duopolem nie ma

Masowe, przyciągające kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy osób demonstracje przed gruzińskim parlamentem trwają już drugi tydzień. Protestujący domagają się głowy szefa MSW Giorgiego Gacharii, ale tak naprawdę zmęczonemu gruzińskiemu społeczeństwu chodzi o coś więcej: o godne życie w demokratycznym kraju.

Wszystko zaczęło się w czwartek 20 czerwca 2019, kiedy poseł rosyjskiej Dumy Siergiej Gawriłow, zasiadł w fotelu marszałka gruzińskiego parlamentu jako przewodniczący Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławnego. Gruzini potraktowali to jako policzek: Rosja wspiera „niepodległość” dwóch separatystycznych regionów, Abchazji i Osetii Południowej, które wcześniej należały do Gruzji. Od wojny o tę ostatnią w 2008 roku, Rosja i Gruzja nie utrzymują stosunków dyplomatycznych.

Jeszcze tego samego dnia na reprezentacyjnej alei Rustawelego w Tbilisi zgromadził się tłum, domagając się dymisji osób odpowiedzialnych za to zaproszenie. Atmosfera zagęściła się, kiedy część protestujących próbowała wedrzeć się do budynku parlamentu, rozbrajając kordon specjalnych oddziałów policji. W powietrzu fruwały tarcze, hełmy, a nawet policyjne buty. Policja odpowiedziała gazem łzawiącym, armatkami wodnymi i gumowymi kulami. Zamieszki trwały do rana.

Bilans to 240 osób rannych (w tym demonstranci, policjanci i dziennikarze), trzy osoby straciły oko, niektórzy do tej pory są w szpitalu. A ponad 300 protestujących zostało aresztowanych. 

Takiej brutalności ze strony policji Gruzja nie doświadczyła od dawna. I to dało paliwo kolejnym demonstracjom. Które nie słabną, mimo że niektóre postulaty ulicy zostały już  spełnione:

  • ustąpił marszałek parlamentu odpowiedzialny za ugoszczenie rosyjskiego posła,
  • obiecano zmianę ordynacji wyborczej na proporcjonalną (obecna – mieszana – uprzywilejowuje największe partie)
  • i zniesienie progu wyborczego.

Prokurator generalny poprosił też protestujących o dostarczanie dokumentacji przekraczania uprawnień przez policję.

Rządy mniejszego zła i brak perspektyw

Protestujący chcą głowy ministra Gacharii, ale na transparentach i w mediach społecznościowych formułują cały szereg pretensji do władzy.

Partia rządząca Gruzińskie Marzenie doszła do władzy w 2012 roku u kresu ery Micheila Saakaszwilego, który z symbolu demokratycznych nadziei przeistoczył się w autorytarnego watażkę. Rząd kontynuuje prozachodnią politykę Saakaszwilego (oczekuje tego ogromna większość Gruzinów), ale gra też na normalizację stosunków z Rosją. Dokonał również korekty skrajnie wolnorynkowego kursu swoich poprzedników (wprowadzono np. zręby publicznej ochrony zdrowia, o czym wcześniej nie było mowy). Ale poza tym zrobił niewiele i trudno mu ukryć, że sytuacja ekonomiczna Gruzji jest beznadziejna.

I nic nie wskazuje na to, by miała się polepszyć. Poradzieckim gospodarkom bardzo trudno uniezależnić się od Rosji, a w obecnej sytuacji geopolitycznej o członkostwie w wymarzonej Unii Europejskiej Gruzja może zapomnieć. Na to nakładają się zawirowania ekonomiczne w regionie: na Ukrainie, w Rosji, w Turcji czy Iranie. Jedyne, co pozwala Gruzinom przetrwać, to kwitnąca turystyka.

Przez siedem lat Gruzińskie Marzenie jechało na pamięci o błędach Saakaszwilego. Jeśli na nas nie zagłosujecie, Zjednoczony Ruch Narodowy – a wraz z nim Misza – wróci do władzy. W ostatnich wyborach parlamentarnych w 2016 roku pozwoliło im to uzyskać aż 48,68 proc. głosów (ZRN zajął drugie miejsce z wynikiem 27,11 proc.).

Ale Gruzinom to już nie wystarcza, szczególnie że nie widać żadnych perspektyw, dla których warto byłoby dalej zaciskać pasa. W mediach słychać o kolejnych skandalach korupcyjnych, a krajem rządzi z tylnego siedzenia oligarcha Bidzina Iwaniszwili, najbogatszy Gruzin, który formalnie pozostaje jedynie prezesem partii rządzącej.

Na ulicach głównie młodzi

Gruzińskie Marzenie po czerwcowych zamieszkach wytrąciło sobie z ręki ostatni argument: brutalność policji za czasów Saakaszwilego. Ale to nie znaczy, że w efekcie zapunktuje związana z Miszą opozycja, a sam Saakaszwili wróci do kraju na białym koniu (obecnie nie może do niego wjechać, bo ścigany jest listem gończym). Politycy Zjednoczonego Ruchu Narodowego i bliskiej mu Europejskiej Gruzji próbują jak mogą, ale protestujący niechętnie wpuszczają ich na mównicę.

Pod parlamentem gromadzą się głównie młodzi: studenci, aktywiści, szeroko pojęte społeczeństwo obywatelskie. To oni organizują protesty, na których pojawia się cały przekrój społeczeństwa, zjednoczony w złości na Kreml i rząd.

Większość jest zbyt młoda, by pamiętać Miszę-demokratę, Miszę-brutala pamiętają jak przez mgłę, a najlepiej pamiętają obecne rządy, czyli „mniejsze zło”.

Polityczne różnice między GM a ZRN nie są zbyt duże: to centroprawicowe partie lawirujące między oczekiwaniami Zachodu a silną Cerkwią, mniej lub bardziej konsekwentnie prozachodnie.

Podobnie jak w Polsce ogromna część elektoratu dwóch największych partii głosuje przeciwko tej drugiej. A trzeciej siły poza tym duopolem nie ma.

Część gruzińskich komentatorów ma nadzieję, że energia aktywistów i aktywistek może przekuć się w przyszłości na nową polityczną siłę – wybory parlamentarne odbędą się za rok. To będzie jednak trudne – nie tylko dlatego, że ciężko im konkurować z zasiedziałymi, skoligaconymi z biznesem strukturami, ale również dlatego, że tbiliska młodzież jest raczej zbyt progresywna, by pociągnąć za sobą konserwatywny i coraz bardziej spolaryzowany kulturowo kraj. Protestów raczej na pewno nie skapitalizuje skrajna prawica, która się od nich dystansuje ze względu na swój niejednoznaczny stosunek do Rosji i niechęć do tzw. „europejskich wartości”, o których nieustannie krzyczy się na demonstracjach.

Gruzja straci, zyska Putin

Tymczasem w odpowiedzi na wydarzenia w Gruzji Władimir Putin zawiesił loty z Rosji do Gruzji i „zalecił” rosyjskim biurom podróży wycofanie ofert wycieczek na Kaukaz. Zapowiedział też „ścisłe kontrole” importu gruzińskiego wina (60 proc. eksportu gruzińskiego wina trafiało do Rosji). Z pewnością uderzy to w lokalną gospodarkę: w tym roku Rosjanie stanowili największą grupę turystów odwiedzających Gruzję [1,7 mln w 2018 roku], a ich liczba wciąż rosła.

A skąd się wziął rosyjski poseł na fotelu marszałka? Oficjalnie był to „błąd protokołu”. A nieoficjalnie – mnożą się teorie spiskowe.

Jedna dotyczy oczywiście Rosji, która miała sprowokować całą sytuację, by zdestabilizować kraj. Na jej korzyść przemawia fakt, że 9 dni przed demonstracjami premier Gruzji Mamuka Bachtadze gościł w Stanach, gdzie wraz z sekretarzem stanu Mikiem Pompeo świętował 10-lecie zawarcia strategicznego amerykańsko-gruzińskiego sojuszu w sprawach obronnych. Obie strony zapewniły o dalszych krokach na drodze do gruzińskiej akcesji do NATO.

Druga z kolei związana jest z pierwszą gruzińską paradą równości, która miała się odbyć 22 czerwca. Jej zapowiedź zmobilizowała skrajną prawicę, która przy nieoficjalnym poparciu Cerkwi zapowiedziała stworzenie antygejowskich bojówek. Rząd naciskał na organizatorów, by odwołali imprezę. Spodziewano się brutalnej, masowej i atrakcyjnej dla zachodnich mediów kontrdemonstracji. Ostatecznie paradę przełożono na później, a jej organizatorzy – przynajmniej ci, którzy nie boją się jeszcze wychodzić z domu – dołączyli do demonstracji przed parlamentem.

Prawdy nie dowiemy się pewnie nigdy. Nawet jeśli szef MSW ustąpi, a Gruzini zmęczą się zbieraniem się na ulicach co wieczór, jesienią rządowi ciężko będzie wrócić do normalnego funkcjonowania, tym bardziej, że Gruzini odczują zapewne skutki ograniczenia ruchu turystycznego. Przeciwdziałać temu ma uruchomiona przez aktywistów kampania Spend your Summer in Georgia (Spędź lato w Gruzji). Do czego i Państwa zachęcam.


Kaja Puto (ur. 1990) – dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.

OKO pilnuje,
żeby Polska nie wyszła z Europy.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press