0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Mateusz Mirys/OKO.pressMateusz Mirys/OKO.pr...

– Wyobraź sobie, środek kryzysu migracyjnego na granicy z Białorusią, a tu szesnaścioro Latynosów maszeruje przez Gryfice – uśmiecha się Ángel z Meksyku. – Codziennie to samo: ulica Niepodległości, mijamy most na Redzie, po lewej psi fryzjer, po prawej pizzeria Lucyfer, razem dwa kilometry do firmy. Ktoś to połączył, ciemna karnacja, inne rysy, no i zadzwonił po Straż Graniczną.

Podjechali, poprosili o paszporty.

– Nie mamy, pośrednik nam zabrał.

Nie mogli się nadziwić. Ale mieliśmy zdjęcia z pracy. Zerknęli, puścili nas, poszliśmy do roboty. Coś im się jednak nie zgadzało i kilka dni później weszli do naszego domu i zabrali nas na komendę w Świnoujściu.

Zadzwoniłem do pracodawcy. „Nie martwcie się. Przebywacie legalnie jako turyści, macie 90 dni na wyrobienie pozwoleń na pracę, nikt was nie deportuje” – usłyszałem.

Złożyliśmy zeznania. A strażnicy mówią, że możemy być ofiarami handlu ludźmi. Zapytałem ich: „Czy ludzie z naszej firmy to kryminaliści, czy nie? Coś mi grozi?”.

Nie byli pewni. „Nie wyglądacie na niewolników. Nie jesteście uwięzieni. Pracujecie. Płacą wam. Nie widzimy zagrożenia”. I puścili nas.

Rozumiem to tak: przyjechałem do Polski jako turysta, prawda? To nic nielegalnego. Potem czekałem na pozwolenie na pracę. Też zgodnie z prawem. Zabrali mi paszport. Podejrzane, ale da się wytłumaczyć. Spłacam swój dług, ale on i tak ciągle rośnie. Sam się na to zgodziłem, podpisując tamtą umowę. Zrozumiałem, że w polskim prawie jest tak wiele luk, że nigdy nie będę tu legalny. Że mnie oszukali. I że nikt ich nie weźmie za dupę. Skończył się mój miesiąc miodowy w Polsce.

Wpadają w sieci rekruterów i przyjeżdżają do Polski spłacać swój dług. Ofiary handlu ludźmi i pracy przymusowej coraz częściej pochodzą z Ameryki Łacińskiej – publikujemy drugi odcinek śledztwa Szymona Opryszka. Jutro dokończenie cyklu.

Przeczytaj także:

Angel dostaje zaświadczenie, że jest ofiarą handlu ludźmi

Kilka tygodni później Ángel dostał zaświadczenie, że jest domniemaną ofiarą handlu ludźmi. Pokazuje mi dokument z 16 grudnia 2021 roku wydany przez Straż Graniczną w Świnoujściu. Dzięki temu przez trzy miesiące mógł przebywać na terytorium Polski legalnie.

Jak wyjaśnia Anna Michalska, rzeczniczka prasowa Straży Granicznej, osoba z takim zaświadczeniem nie może podjąć pracy zarobkowej. Ale może starać się o zezwolenia na pobyt czasowy z prawem do pracy (karta pobytu zawiera wówczas adnotację „dostęp do rynku pracy” – red.). Jako ofiara handlu ludźmi po upływie roku może też ubiegać się o pobyt stały.

Według Michalskiej cudzoziemiec, który otrzymuje zaświadczenie, że jest domniemaną ofiarą, może także przystąpić do programu wsparcia i ochrony ofiar lub świadka handlu ludźmi. Trafia pod opiekę organizacji pozarządowej. Od lat zajmuje się tym fundacja La Strada.

Michalska: – Dzięki temu ofiara ma zapewnione wsparcie psychologiczne, pomoc medyczną, zakwaterowanie w bezpiecznym miejscu, wyżywienie, konsultacje prawne, pomoc tłumacza, a w przypadku chęci powrotu do kraju pochodzenia organizację bezpiecznego powrotu przy współpracy z Międzynarodową Organizacją ds. Migracji (IOM).

Rzeczywistość nie wygląda aż tak różowo. Warunkiem tego wszystkiego jest współpraca z organami ścigania, decyzja trudna dla wielu zgnębionych ludzi. A na zezwolenie na pobyt czasowy czeka się minimum kilka miesięcy. Jak się mają utrzymać w tym czasie osoby „spłukane"? Pozostaje praca na czarno z całym stresem i ryzykiem, jakie się z tym wiąże.

Osoba z branży agencji pośrednictwa pracy dla obcokrajowców: – To gehenna dla migrantów. Niby są legalni, ale nie mogą pracować, więc nie mają za co żyć. Koło się zamyka, a chory system sprawia, że bezpieczniej jest się nie wychylać i spłacać niewolnicze długi w agencjach.

Skalę problemu pokazują dane Straży Granicznej. W 2022 roku SG wydała 110 takich zaświadczeń cudzoziemcom, wobec których istniało domniemanie, że są ofiarami handlu ludźmi. 106 pochodziło z Ameryki Łacińskiej. A mowa tylko o ludziach, którymi zajęły się służby graniczne i którzy zdecydowali się na złożenie zeznań.

Profesor Zbigniew Lasocik z Ośrodka Badań Handlu Ludźmi: – Międzynarodowe szacunki mówią, że obecnie w Polsce jest 128 tys. ofiar rozmaitych form zniewolenia: prostytucji, żebrania, pracy przymusowej. Nie wierzy pan? To podzielmy te statystyki przez pół, czyli kilkadziesiąt tysięcy ludzi. A teraz zestawmy to z danymi SG, kilkunastoma wszczętymi postępowaniami przez policję albo ze zidentyfikowanymi ofiarami, których rocznie jest od 30-70. Widzi pan? Państwo nie jest skuteczne, zapewne widzi problem, ale nie chce z nim walczyć.

Jarosław Kończyk, p.o. naczelnika Wydziału do Walki z Handlem Ludźmi Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji w Warszawie: – Ofiarami są najczęściej sąsiedzi zza wschodniej granicy, ale też Bułgarzy i Rumuni. Ostatnio widzimy, że praca przymusowa zaczyna wyprzedzać najczęstsze do tej pory wykorzystywanie seksualne.

Kończyk potwierdza nowy trend w geografii pracy przymusowej: coraz więcej ofiar z Ameryki Łacińskiej, głównie z Kolumbii i Wenezueli.

Zgodnie z art. 115 Kodeksu Karnego, handel ludźmi to "udzielenia albo przyjęcia korzyści majątkowej lub osobistej osobie sprawującej opiekę lub nadzór nad inną osobą – w celu jej wykorzystania, nawet za jej zgodą w szczególności w prostytucji, pornografii lub innych formach seksualnego wykorzystania, w pracy lub usługach o charakterze przymusowym, w żebractwie, w niewolnictwie lub innych formach wykorzystania poniżających godność człowieka albo w celu pozyskania komórek, tkanek lub narządów" (podkr. - red.).

Art. 115, par. 22 Handel ludźmi

Handlem ludźmi jest werbowanie, transport, dostarczanie, przekazywanie, przechowywanie lub przyjmowanie osoby z zastosowaniem:

1) przemocy lub groźby bezprawnej,

2) uprowadzenia,

3) podstępu,

4) wprowadzenia w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania,

5) nadużycia stosunku zależności, wykorzystania krytycznego położenia lub stanu bezradności,

6) udzielenia albo przyjęcia korzyści majątkowej lub osobistej albo jej obietnicy osobie sprawującej opiekę lub nadzór nad inną osobą – w celu jej wykorzystania, nawet za jej zgodą, w szczególności w prostytucji, pornografii lub innych formach seksualnego wykorzystania, w pracy lub usługach o charakterze przymusowym, w żebractwie, w niewolnictwie lub innych formach wykorzystania poniżających godność człowieka albo w celu pozyskania komórek, tkanek lub narządów wbrew przepisom ustawy. Jeżeli zachowanie sprawcy dotyczy małoletniego, stanowi ono handel ludźmi, nawet gdy nie zostały użyte metody lub środki wymienione w pkt 1–6."

Pandemia pomogła rekruterom

– Wówczas, na początku 2021 roku, nic nie wiedziałem o handlu ludźmi i pracy przymusowej – mówi Angel. – Zobaczyłem ogłoszenie na Facebooku, zadzwoniłem, zostawiłem imię i nazwisko, numer telefonu i zapomniałem o sprawie. Po czterech miesiącach pośredniczka oddzwoniła i zaproponowała pracę.

Spadła mu z nieba. Szalejąca pandemia koronawirusa niszczyła gospodarkę 130-milionowego Meksyku, podobnie jak innych krajów Ameryki Łacińskiej z nieporównywalną do krajów UE siłą. W ciągu roku w Meksyku około 2 mln ludzi straciło pracę, kolejne ​​32 mln (66 proc. zatrudnionych) nie osiągało dochodów zapewniających tzw. podstawowy koszyk żywnościowy.

Liczba rodaków Angela żyjących w ubóstwie wzrosła do 55,7 mln, z czego co dziesiąty żył w skrajnym ubóstwie. Stan Puebla był jednym z trzech z najwyższych wskaźników ubóstwa (62,4 proc.). Rozwiązaniem było szukanie pracy nieformalnej (najczęściej fatalnie płatnej) lub migracja. A do Polski można było jechać na wizie turystycznej na trzy miesiące. To dawało nadzieję.

Angel: – Moje pierwsze pytanie brzmiało, jak nazywa się ich firma. A ona, że właścicielką jest Katarzyna z Polski. Zacząłem prywatne śledztwo. Wpisałem jej imię i nazwę firmy do internetu i zobaczyłem krótki program TV o Meksykanach okantowanych w Polsce.

W połowie 2021 roku sprawę oszustw „firmy Katarzyny", czyli Euro Mexico Job nagłośniły meksykańskie media. Wkrótce potem ambasada Meksyku w Polsce wydała ostrzeżenie, w którym przestrzegała przed oszukańczymi praktykami firm. Wyróżniła m.in. Euro Mexico Job i JK Global Work.

Szefową tej pierwszej była Katarzyna S., która przedstawia się też jako Katarzyna Alicja H., z żeńską końcówką -ska lub męską -ski. Z jej profilu na LinkedIn wynika, że jest odpowiedzialna „za rekrutację jak największej liczby pracowników dla firm zlokalizowanych w USA, Polsce, Czechach”. Najpewniej także ona prowadziła JK Global Work.

„Postanowiliśmy zatrzymać się w Meksyku, bo to kraj pełen światła, ludzi pracowitych i przedsiębiorczych” – czytamy w reklamie firmy Euro Mexico Job, która od tego czasu kilka razy zdążyła zmienić logo i nazwę.

Osobom zaskoczonym takimi metamorfozami wyjaśniam, że zarówno Euro Mexico Job, jak JK Global Work mogły nawet być niezarejestrowane w Meksyku i pozostawać „bytem Facebookowym".

Polskie długi Katarzyny i Janusza S.

Według wielu ofiar to Polacy prowadzą obecnie firmę JK Global Work, choć trudno wskazać jej właściciela.

Pewne jest, że mąż Katarzyny Janusz S. tytułuje się prezesem firmy JK Consulting. Na zdjęciu na LinkedIn pozuje w kowbojskim kapeluszu. Można się dowiedzieć, że „całe swoje aktywne życie” zajmował się sprzedażą. Zaczynał jako dyrektor prywatnej szkoły, sprzedawał kursy ekonomiczne, komputery, oprogramowanie, ryby, fundusze emerytalne i jako właściciel hotelu w górach także pokoje. Ostatnio S. też rekrutuje pracowników z Ameryki Łacińskiej i „zapewnił pracę ponad tysiącowi osób”.

„Sukces! Jeden wyjazd! – 40 osób do pracy już w Polsce!!! (1 weekend), 3 kontynenty, 2 kraje wylotu, tranzyt przez 3 kolejne, 3 linie lotnicze, 3 autokary .... 2 zawalone nocki :-)” – chwali się w jednym z wpisów.

Udało mi się ustalić, że państwo S. mieszkają w Meksyku. Być może dlatego, że w Polsce

ścigają ich komornicy: Janusz S. zalega z ponad pół milionem złotych, a długi Katarzyny sięgają 160 tys. złotych.

Małżeństwo przez lata prowadziło hurtownię farmaceutyczną w Jeleniej Górze. Według danych KRS firma została założona w 2012 roku, a wykreślona z rejestru w grudniu 2020 roku. Na stronie allbiz wciąż można znaleźć produkty, które sprzedawali. To m.in. środek dezynfekujący oraz konserwujący do wszystkich typów urządzeń ssących, zegarki Casio i kolumbijska kawa.

– Firma zajmowała się telefoniczną sprzedażą narzędzi dla lekarzy ginekologów, stomatologów i weterynarzy. Był bardzo duży nacisk na sprzedaż, wręcz wciskanie sprzętów, których nie potrzebują. To było „polowanie" na klienta marzenie, czyli na jednorazową sprzedaż na wysoką kwotę, która gwarantowała premie tygodniową. A że sprzęt był sprowadzany z Azji, często wadliwy, najczęściej dochodziło do zwrotów – opowiada były pracownik firmy.

Była pracowniczka: – Wystarczy poczytać opinie na forach. Pamiętam stres i dużą rotację pracowników.

Oboje mówią, że z biegiem czasu firma zaczęła podupadać z powodu ograniczonej liczby klientów.

– Ciekawe były techniki motywacyjne. Kierownik wręczał 100 zł każdemu pracownikowi, narzucano cel do realizacji np. siedem zamówień lub kwota sprzedaży np. 1500 zł na dzień. Jeśli nie zrealizowano sprzedaży, pieniądze wracały do przełożonych – dodaje były pracownik. – Ale nie powiem, wypłata zawsze była na czas.

W międzyczasie powstała też inna firma, szefową była już Katarzyna S. W 2016 roku założyła także fundację w Jeleniej Górze (formalnie nigdy nie została zamknięta ani zawieszona), której jednym z dwunastu celów jest „prowadzenie szeroko zakrojonej działalności w obszarze edukacji, wychowania oraz przeciwdziałania uzależnieniom i patologiom społecznym”.

Państwo S. już wcześniej próbowali pracować za granicą. Widnieją jako założyciele spółki z adresem w biznesowej dzielnicy indyjskiego miasta Koczin, która według rejestru miała zajmować się handlem detalicznym. A w czerwcu 2022 roku – już po wybuchu afery z Meksykanami, Janusz S. zarejestrował firmę JK Consulting w Houston w stanie Teksas.

Przeglądam umowy oszukanych Meksykanów i Kolumbijczyków

– Miałeś dużo sygnałów, że to może być oszustwo. A mimo to wyjechałeś? – nie dowierzam Angelowi.

– Zobaczyłem ten program TV. A w nim moi rodacy narzekali, że dostali pracę, ale nie taką, jak im obiecano. I że żyli w ścisku. Że było im zimno. Wyglądało to jak zwykłe narzekanie. Wiele lat pracowałem w USA, poznałem ten typ migranta, co zabija czas marudzeniem.

Ale i w Euro Mexico Job byli na takich przygotowani. Poprosiłem kilkanaście osób pokrzywdzonych z Meksyku i Kolumbii o udostępnienie mi umów, jakie podpisywali. Pełno w nich zabezpieczeń, które powinny zaniepokoić klienta, zapisanych po polsku i hiszpańsku (pisownia oryginalna):

„Nie ponosimy odpowiedzialności, jeśli nie podoba ci się mieszkanie, nie smakuje jedzenie, nie lubisz pogody lub współpracowników”.

„W przypadku rezygnacji z oferty ze strony kandydata Euro Mexico Job nie ponosi odpowiedzialności i nie zwraca opłaty”.

„Porzucenie pracy będzie skutkowało skasowaniem twojego zezwolenia na prace. Od tego momentu twój pobyt jest nielegalny".

Ángel puszcza mi wiadomość głosową, którą dostał od pośredniczki, gdy podzielił się z nią wątpliwościami. „Jeśli nam nie ufasz, to możesz zrezygnować. Mamy wielu innych chętnych” – mówiła mu z meksykańskim akcentem Catalina, współpracowniczka Katarzyny S.

– Głupio to brzmi, ale tak zdobyli moje zaufanie – grymas pojawia się na twarzy Angela. – Jak nie masz kasy, to twoja czujność jest uśpiona. A oni nie chcieli ode mnie pieniędzy. Nie ukrywali też, że będę spłacał dług. Pomyślałem: będę już w Europie, to praca się znajdzie sama. Byleby dostać pozwolenie.

8 września 2021 wylądował w Polsce i wkrótce zaczął pracę w Gryficach w firmie produkującej armaturę łazienkową.

– I wtedy poczułem, że wpadłem w sam środek dziwnej sieci. Zostałem zrekrutowany przez Katarzynę, ale po przyjeździe podpisałem całkiem nową umowę z firmą Carden. Wysłali mnie do pracy do producenta armatury w Gryficach. Potem zabrali nam paszporty, by wyrobić numery PESEL, konto bankowe i pozwolenia na pracę. Wszystko wyglądało profesjonalnie.

– Gdzie był haczyk? – dopytuję.

– Gdy podpisywaliśmy umowy, powiedzieli nam, że będą potrącać pieniądze, które wydali na nasze bilety lotnicze. Uznałem, że to dziwne, ale mnie nie dotyczyło, bo sam zapłaciłem za lot. Wkurzyli się ci, którzy przelali pieniądze Katarzynie. Dopytywali: „Czemu musimy płacić jeszcze raz?”

– I co na to pracodawca?

– W firmie powiedzieli, że to ich nie interesuje, bo oficjalnie jesteśmy pracownikami agencji pośrednictwa. A ludzie z agencji stwierdzili, że nie mają z tym nic wspólnego, że to sprawa Katarzyny. Jedni i drudzy umywali ręce.

Meksykański prokurator oferuje mi usługę na wynajem

Czy Katarzyna z premedytacją oszukiwała ludzi? A może migranci i pracodawcy z Polski chcieli zrobić z niej kozła ofiarnego? Próbowałem ją odnaleźć, by zadać te pytania.

Liczyłem na pomoc Prokuratury Generalnej Meksyku, która zajmowała się sprawą Euro Mexico Job. Udało mi się zdobyć numer do prokuratora, który przesłuchiwał jedną z ofiar. Potwierdził, że zajmował się sprawą. – Za wszelkie informacje musisz zapłacić 20 tys. pesos (ok. 5 tys. zł po oficjalnym kursie). A jeśli chcesz, żebym ustalił miejsce pobytu sprawczyni to już 80 tysięcy – powiedział.

Następnego dnia kilkakrotnie powtórzył, że chodziło mu o indywidualne śledztwo, czyli w roli prywatnego detektywa, a nie prokuratora. Przez kilka dni ciągnęliśmy konwersację: ja chciałem dowodów„polskiego” przekrętu, on chciał pieniędzy. W końcu zablokował mój numer.

Ricardo dzwoni do Euro Mexico Job

W Polsce niektóre ofiary też zeznawały przed prokuratorem. Sprawą zajmuje się Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Lublinie. – Z uwagi na dobro postępowania przygotowawczego oraz wykonywane i planowane czynności procesowe, na obecnym etapie nie udzielamy bliższych informacji, co do przedmiotu i zakresu prowadzonych czynności – informuje Prokuratura Krajowa.

Gdy przeglądałem umowy, które Meksykanie podpisywali z firmą Euro Mexico Job lub JK Global Work zaskoczyło mnie, że na jednej z ofert współpracy z polską agencją Katarzyna figuruje jako dyrektor fundacji Crescenciano España. To rodzinna fundacja założona w 2003 roku przez siostry Rachel i Glorię España po śmierci ich ojca, senatora Crescenciano España Moralesa. Cele statutowe? „Oferowanie kobietom kursów, szkoleń i innego wsparcia, aby mogły się rozwijać i mieć dodatkowe dochody”. Siedziba znajduje się dziesięć kilometrów od centrum Puebli, w miejscowości San Francisco Totimehuacán. – Nie znam żadnej Polki, która miałaby pracować w naszej fundacji – ucina Rachel Espana.

W końcu dostałem aktualny numer Katarzyny od jednej z ostatnich ofiar. Napisałem po hiszpańsku z kilku różnych numerów, przedstawiając się jako osoba zainteresowana pracą w Polsce. W odpowiedzi odzywała się już z innego numeru niejaka Martha, pracownica firmy Euro Mexico Job (a może także JK Global Work). Zaproponowała pracę od 8 do 12 godzin przy pakowaniu za polską pensję minimalną, wysłała oferty dostępne na stronach konkretnych firm. Opowiadała, że w Polsce jest tanio, a pracownicy wysłani do Polski są zadowoleni.

Poprosiłem Ricarda, artystę z Kolumbii, o pomoc w prowokacji. Też udawał zainteresowanego pracą. Napisał do Katarzyny, ta znów odesłała go do Marthy. Oto fragment ich rozmowy telefonicznej:

Ricardo: – Wyrabiacie wizę pracowniczą, prawda?

Martha: – W Polsce nie potrzebujesz wizy pracowniczej, jedynie kontrakt i pozwolenie na pracę ze strony firmy.

– Świetnie. A możesz powiedzieć coś więcej o waszej firmie?

– Jesteśmy agencją zlokalizowaną w Meksyku. Właściciele są Polakami. Szukają ludzi, którzy będą pracować w ich kraju. Kontraktują ludzi na rok, gwarantują noclegi dzielone, transfer i zarobki 760 dolarów miesięcznie. Pracujemy z różnymi polskimi pośrednikami, między innymi AP Solano i FlyMaster (wspomniane firmy nie odpowiedziały na nasze pytania – red.), zależnie od tego, gdzie zostaniesz zatrudniony. Wszystkie oferty, jakie mamy, są dla pracowników przy krojeniu i pakowaniu mięsa.

– Kiedy mógłbym wyjechać?

– Najpierw musisz wysłać mi paszport. Później załatwiamy pozwolenie na pracę. To koszt 7 tysięcy pesos (370-380 dolarów - red.).

Potem Ricardo opowiedział o krewnym kolegi, który mieszka w Meksyku i też chciałby wyjechać do Polski. Tyle że nie ufa pośrednikom i najchętniej spotkałby się w Puebli. – Mamy biura, ale obecnie z powodów sanitarnych nie przyjmujemy wizyt – odpowiedziała Martha, co było kolejnym kłamstwem, bo biznes w Meksyku działał nieprzerwanie przez całą pandemię i nawet w kluczowych momentach był to jeden z krajów o najniższym poziomie restrykcji.

Ricardo: – Ostatnia sprawa. Czytam różne komentarze na waszej stronie na Facebooku, niektóre są trochę negatywne.

Martha: – W mediach społecznościowych można napisać różne rzeczy, pozytywne i negatywne. Nasi pracownicy w Polsce są zawsze zadowoleni.

Janusz S. odpowiada na maila: legalne dokumenty, legalna praca

Mimo wielu prób nie udało mi się skontaktować z Katarzyną S. Ale odpisał mi na platformie LinkedIn jej mąż Janusz S.

„Jak znam życie, to ma być artykuł o handlu ludźmi i wyzyskiwaniu Latynosów w Polsce. To raczej podziękuję” – odpowiedział. Ale nie przestał pisać: zarzucił mi zainteresowanie sensacją i pieniędzmi, które dostanę za reportaż. Dodał, że nie ma zamiaru udowadniać, że „nie jest wielbłądem”.

„Pracujemy tylko legalnie i wszyscy muszą mieć odpowiednie dokumenty wymagane w Polsce i mają (co potwierdziły wielokrotne kontrole Straży Granicznej w firmach, z którymi współpracujemy). Jakbyśmy tutaj na miejscu robili jakieś przekręty, to bym miał zaraz u siebie całą rodzinę takiego człowieka i spluwę przy głowie. A o broń w Meksyku nie jest tak trudno. Dlatego my tylko legalnie. A za innych nie odpowiadam” – napisał.

Dopytywałem, czy zeznania osób, które zarzuciły firmom oszustwo, są prawdziwe.

„Wszyscy przyjechali z legalnymi dokumentami, do legalnej pracy, w legalnych firmach. Zniknęli następnego dnia po przyjeździe do Polski, a firma żądała od nas zwrotu pieniędzy za zasponsorowane im bilety lotnicze. Następni trzykrotnie odmówili pracy. Część z tej grupy pracuje do dzisiaj w Polsce i już mają karty pobytu” – odpowiedział.

S. rozpisywał się też o Meksyku. Że to niebezpieczny kraj, że statystyki zabójstw w Meksyku (33 tysiące rocznie) są wyższe niż w Polsce (600), że „prowadzenie biznesu nie jest takie same jak w Polsce”. Wysłał nawet link do artykułu o Polaku zamordowanym w Meksyku w 2020 roku.

Dalej pisał: „Przemytem i handlem ludźmi zajmują się tutaj wszechmocne kartele i niedobrze im wchodzić w paradę, naiwnie myśląc, że można zrobić rekrutację legalnie. Oni mają swoich ludzi w polityce, wojsku, sądach, policji i w mediach też. Zrozumieliśmy ostrzeżenie.

Przekazano nam informację od „pewnych ludzi", żeby zaprzestać działalności rekrutacyjnej w Meksyku.

Posłuchaliśmy „dobrej rady" i cieszymy się, że tylko tak to się skończyło.

„To mały świat, chyba się domyślam, kto sprowadził ludzi nielegalnie i bez dokumentów, już od dawna z nimi nie współpracuję i dlatego próbowali „iść na skróty" bez naszej pomocy. Na rynku jest sporo pośredników, którzy oferują wyjazdy bez dokumentów do firm (czasem nawet dużych) do Polski, które później nie płacą ludziom, a ci ludzie później proszą nas o pomoc” – kontynuował.

Dopytywałem o ofiary, to określenie wyraźnie oburzyło pana S.

„W jednej z firm SG zgarnęła ludzi bez dokumentów i byli zagrożeni, że ich deportują za nielegalny pobyt i pracę. Mówią, że to ktoś z SG im powiedział, aby powiedzieli, że są „ofiarami handlu ludźmi" i w związku z tym nie dostali nakazu opuszczenia Polski i UE. Ciekawe czy każdy nielegalnie pracujący może w ten sposób zalegalizować swój pobyt?” – zakończył pytaniem.

„Katarzyna to czubek góry lodowej"

Opowiedziałem o tej rozmowie mojemu informatorowi z branży pośrednictwa pracy.

– Wygodne tłumaczenie. Winni są wszyscy: pracownicy, firmy w Polsce, a nawet Straż Graniczna – uśmiecha się informator. – Z jednym się zgadzam z tym panem. Na skróty poszło wiele agencji. Katarzyna to tylko czubek góry lodowej: zobaczyła lukę w systemie, inni to podpatrzyli i dziś mamy narastający problem z Latynosami na rynku pracy. Zadziałał efekt kuli śniegowej.

Irena Dawid-Olczyk, prezeska fundacji La Strada, która przeciwdziała handlowi ludźmi i niewolnictwu: – Rozpoznajemy dziś kilkanaście agencji, które sprowadzają osoby z Ameryki Łacińskiej i je na różne sposoby oszukują. A przecież nie do wszystkich ofiar docieramy.

Ángel: – Jeśli dziś spojrzysz na Facebooka czy oferty na grupach dla Latynosów, to zobaczysz setki ogłoszeń. Wielu pośredników żeruje na ludzkiej naiwności. A to przecież pierwszy krok, by uczynić z kogoś ofiarą pracy przymusowej. Jeśli chcesz poznać ten biznes, to po prostu zostań migrantem i poszukaj pracy.

Imię głównego bohatera zostało zmienione na jego prośbę.

Materiały meksykańskie

Strona firmy Euro Mexico Job na FB

Strona fundacji La Strada

Ostrzeżenie SG

Ostrzeżenie na stronach rządowych:

Ostrzeżenie ambasady

;

Udostępnij:

Szymon Opryszek

Szymon Opryszek - niezależny reporter, wspólnie z Marią Hawranek wydał książki "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (2016) oraz "Wyhoduj sobie wolność" (2018). Specjalizuje się w Ameryce Łacińskiej. Obecnie pracuje nad książką na temat kryzysu wodnego. Autor reporterskiego cyklu "Moja zbrodnia to mój paszport" nominowanego do nagrody Grand Press i nagrodzonego Piórem Nadziei Amnesty International.

Komentarze