27 sierpnia 2021

"I Polska, i Białoruś używają teraz tych ludzi do wojny hybrydowej" [RELACJA z GRANICY]

Ks. prof. Alfred Wierzbicki w Usnarzu Górnym: "Jestem jako obywatel wstrząśnięty, że władze mojego kraju odmawiają im praw człowieka. A prawa człowieka nie są wymyślone przez żadną władzę. Nie są nadane przez nikogo, więc nikt ich nie może odebrać". Relacja z granicy polsko-białoruskiej

Osiem namiotów i sześć radiowozów

Policję od obozujących oddziela nieskoszony pas wysokiej trawy. Sześć radiowozów a przed każdym policjant lub policjantka w maseczce. Stoją prosto, twarzą do obozu aktywistów, jak przy grobie nieznanego żołnierza (chociaż nie na baczność).

Po drugiej stronie osiem namiotów i od 10 do 20 aktywistów - liczba się zmienia w ciągu dnia - niektórzy na noc jadą do miejsca z bieżącą wodą, żeby się umyć i wracają rano. Część zostaje i dyżuruje. Gdyby coś miało się stać. Czekają na sygnał od koczujących Afgańczyków i na informacje od nich. Patrzą na ręce Straży Granicznej i policji.

Obóz prowadzi Fundacja Ocalenie, ale są też przedstawiciele różnych organizacji m.in ekologicznych. Przyjechali prywatnie. Są też osoby bez żadnej afiliacji, które przyjechały z potrzeby serca. Jest m.in. psycholożka z Warszawy. Mówi, że skoro ma urlop, może sobie pozwolić na to, żeby tu być i pomóc.

Jest jeszcze trzeci punkt na mapie - "obóz" uchodźców, z którego wydobywa się dym. Jest zasłonięty przez namioty policji (która także rozłożyła się z obozem, ma nawet toi toie) i wozy Straży Granicznej. Niemal cały czas ktoś z aktywistów obserwuje miejsce, gdzie koczują uchodźcy przez lornetkę. Przy lornetkach są dyżury.

Jesteśmy głodni

Rytm życia obozu aktywistów - obywateli wyznaczają nawoływania tłumaczki. Co jakiś czas wszyscy podchodzą do pasa radiowozów, a tłumaczka zwraca się do uchodźców w języku dari, przez megafon. Woła do uchodźców, oni odpowiadają. Widać, jak machają rękami. Sami nie mają oczywiście żadnego sprzętu, słychać ich słabo.

Wszystkie wydarzenia są skrupulatnie zapisywane w dzienniku, łącznie z godziną. W dzienniku jest wszystko - przyjazd radiowozów, odgłos karetki, ruch w „obozie” policji. A także odpowiedzi uchodźców.

Najczęściej to: nie mamy co jeść, jest nam zimno, jesteśmy głodni.

27 sierpnia rano komunikat brzmiał: wszyscy jesteśmy chorzy. Stan 52-letniej kobiety nie poprawia się. "Ale dzisiaj coś się zmieniło", mówi Aleksandra Kretkowska z Fundacji Ocalenie. "Afgańczycy odezwali się pierwsi. To oznacza, że jest źle". Straż i policja ciągle nie pozwalają dotrzeć z jedzeniem do uwięzionych na skraju lasu.

W obozie jest kuchnia polowa, w której stoją pudła z suchym prowiantem. Gdy przyjechałam ok. 09:30 obozowicze właśnie jedli owsiankę, którą ktoś zrobił dla wszystkich. W wielkim termosie stoi kawa. Ciągle ktoś mnie czymś częstuje, ale nie chce wyjadać im zapasów. Ok. 15:00 ktoś z własnej woli zabrał się za robienie obiadu dla wszystkich. Kilkanaście porcji leżało na tekturowych talerzach.

Przy kuchni wisi regulamin obozu m.in. „Nie pijemy alkoholu i palimy tylko papierosy”, "Utrzymujemy porządek", "Służby zostawiamy w spokoju, jesteśmy uprzejmi".

Ok. 11:00 przychodzą dwie kobiety z jedzeniem. Jedna z nich uśmiecha się do mnie i mówi - na pewno chcesz pierogi, jeszcze ciepłe. Okazuje się, że kobiety przywożą jedzenie codziennie od wtorku - pierogi, zupy, frytki. Obie są z Warszawy, ale zatrzymały się tu, by wspomóc aktywistów. "Chociaż to możemy zrobić", mówią.

Aleksandra Kretkowska z Fundacji Ocalenie: "Liczymy na to, że władze Polski się opamiętają. Oba kraje i Polska i Białoruś używają teraz tych ludzi do wojny hybrydowej. Łukaszenka ich wykorzystuje, to jasne, ale polskie władze też. Ci ludzie są torturowani.

Znamy już ich personalia, to nie są podstawieni ludzie. Mieliśmy kontakt z ich rodzinami, wiemy skąd są. Mają też swoich reprezentantów prawnych".

Zakończcie ten horror!

Dzisiaj (27 sierpnie) jest poruszenie, bo ok. 12:00 ma przyjechać ks. Wierzbicki, prof. KUL, i przewodniczący gminy wyznaniowej muzułmańskiej Bronisław Talkowski. Zjeżdżają się też media - jest "Gazeta Wyborcza", która zorganizowała całe wydarzenie, TOK FM, jest onet.pl, Polsat News, TVN 24.

Nieopodal stoi też samochód TVP, ale dziennikarzy nie widać na wydarzeniu. W ogóle nie widać ich relacji.

Przyjechali Obywatele RP.

Apel obywateli i mediów odczytał Jerzy Wójcik, wydawca "Gazety Wyborczej":

„My, obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, protestujemy przeciwko nieludzkiemu traktowaniu przez władze naszego państwa grupy uchodźców w Usnarzu.

Od ponad dwóch tygodni kilkudziesięcioro głodnych, chorych, bezbronnych ludzi przetrzymywanych jest na granicy polsko-białoruskiej. Polskie władze, łamiąc międzynarodowe konwencje i zasady humanitaryzmu, odmawiają umieszczenia ich w ośrodkach azylowych, nie dopuszczają do nich lekarzy, ratowników pogotowia, prawników, organizacji humanitarnych i działaczy opozycji. Widząc to okrucieństwo, nie możemy milczeć. Każda godzina, w której państwo polskie bezprawnie przetrzymuje tych ludzi, każda godzina, w której odmawia się im pomocy, jest godziną wstydu dla nas jako obywateli Rzeczypospolitej.

Apelujemy do żołnierzy i funkcjonariuszy skierowanych przez władze na granicę. Każdy z Was ma swoje sumienie, wiedzę i rozum. Wydawane Wam rozkazy są niezgodne z prawem i dobrem naszego kraju. Polski mundur zobowiązuje. Zaprzestańcie represji wobec bezbronnych ludzi!

Domagamy się, aby polskie władze natychmiast umieściły tych uchodźców w odpowiednich ośrodkach, gdzie w cywilizowanych warunkach będą mogli czekać na rozpatrzenie swoich wniosków o azyl w Polsce. Żądamy anulowania bezprawnego rozporządzenia MSWiA o cofaniu do granicy uchodźców złapanych na terenie RP. Polska musi przestrzegać międzynarodowych praw, które nie pozwalają na taką procedurę. Żądamy zaprzestania oszczerczej propagandy przeciwko uchodźcom szerzonej przez media publiczne na czele z TVP.

Nie domagamy się otwarcia granic dla imigrantów. Zdajemy sobie sprawę, że granica polska jest granicą Unii Europejskiej. Wiemy też, że grupa uchodźców z Usnarza została tam skierowana przez reżim na Białorusi. Nie mieli na to wpływu.

Dlatego jedynym rozwiązaniem jest przeniesienie ich w odpowiednie miejsca, niedopuszczenie do dalszych prowokacji oraz granie ich losem w celach politycznych. Ta niewielka grupa nie może być zakładnikiem brudnej gry Łukaszenki. Polskę stać na przyjęcie kilkudziesięciorga ludzi mających prawo do życia i godnego traktowania. Wzywamy polskie władze: zakończcie ten horror, zachowajcie się wreszcie tak, jak należy".

Mówili także ks. Wierzbicki i przewodniczący Muzułmańskiej Gminy Wyznaniowej w Kruszynianach, Bronisław Talkowski.

Ks. Wierzbicki: "Każdy człowiek, który liczy się z dobrem innego człowieka powinien tu być. Nie znamy tych ludzi, ja też ich nie znam. Wiemy tyle: chcą lepszego świata, jakieś nieszczęście ich spotkało. To nie jest wycieczka turystyczna. Wiemy też, że są wyczerpani. Ktoś z nich może umrzeć. Jestem jako obywatel wstrząśnięty, że władze mojego kraju odmawiają im praw człowieka. A prawa człowieka nie są wymyślone przez żadną władzę. Nie są nadane przez nikogo, więc nikt ich nie może odebrać. My powiemy jako osoby wierzące, że te prawa są od Boga. A osoba niewierząca powie, że te prawa wypływają z godności ludzkiej. I dlatego to, co się tu dzieje to jest deptanie ludzkiej godności".

To miejsce, gdzie rozgrywa się największy ludzki dramat

Po odczytaniu apelu zapytałam ks. Wierzbickiego, co możemy zrobić w tej sytuacji. Odpowiedział: "Wydaje się, że sytuacja jest patowa, że nic nie można zrobić. Nie wolno się jednak poddawać. Przede wszystkim trzeba świadczyć. Przyjechałem, żeby przekonywać innych, że to nie są uchodźcy. To jest jakaś kategoria prawna. A to są przede wszystkim ludzie. Trzeba zobaczyć w nich człowieczeństwo.

Ale też trzeba zobaczyć człowieka w żołnierzu, w pograniczniku. Oni podlegają rozkazom, które nie powinny być wydawane. Najgłośniej jak można powinniśmy mówić, że te rozkazy trzeba zmienić. Polska nie zginie od 32 osób, które się osiedlą w naszym kraju. Jest nas tu dzisiaj garstka, ale otrzymuję informację, jak wiele ludzi czuje się w tej sytuacji bezradnych. To może wyglądać jak wołanie na puszczy, ale co gdyby nawet tego nie było...

Mnie najbardziej intryguje miejsce, skąd się dobywa się ten dym. To jest to koczowisko, to miejsce, gdzie się rozgrywa ten największy ludzki dramat".

Kretkowska: są na polskiej ziemi w 70 proc.

Chwile później głos zabiera posłanka SLD, Katarzyna Kretkowska, która od początku angażuje się w pomoc Afgańczykom na granicy razem z córką Aleksandrą, która jest aktywistką Fundacji Ocalenie:

"Jestem tu po to, by ustalić, co się kryje za przekazem medialnym. Ustalałam »afgańskość« ludzi, którzy tu są. Minister Wąsik cały czas utrzymuje, że to są osoby na wizach turystycznych, są zaopiekowane przez Białorusinów, karmione przez Białorusinów. Dowiadujemy się z mediów, że są wymieniane, rotują.

Widziałam ich dowody osobiste, tłumaczka rozmawia z nimi w języku dari, którym mówi się w Afganistanie, ustalono ich tożsamość, jest kontakt z ich rodzinami. Rząd utrzymuje, że nawet jeżeli to są Afgańczycy, to talibowie zdobyli Kabul po tym, gdy ci ludzie uciekli. Owszem, ale niektórzy z nich są w prowincji, które zajęto wcześniej. Przekazałam do MSWiA wszystko, co udało się ustalić o tych ludziach. To są osoby znane już dziś z imienia i nazwiska. Osoby te na kilka sposobów przekazały wnioski o ochronę. Ja sama przekazałam ich wnioski o polskie wizy. Tłumaczki znają głosy tych osób, to nie są osoby, które rotują".

Dyrektor biura posłanki, Bartosz Stroiński, przedstawił z kolei ustalenia dotyczące ziemi, na której koczują uchodźcy: "Na zdjęcie Google Earth z 15 i 16 sierpnia nałożyliśmy inne zdjęcie - warstwę geodezyjną z geoportalu, czyli rządowych źródeł, które pokazują dokładny przebieg granicy. Wyszło na to, że koczowisko ma średnicę ma ok. 5,5 m. 70 proc. jest po stronie polskiej. Oczywiście to był stan na 15-16 sierpnia".

Posłanka Kretkowska dla OKO.press: "To jest pokazówka, jak to będziemy chronić polskich granic przed zagrożeniem. Na razie największym zagrożeniem jest to, że Polska traci w oczach świata resztki człowieczeństwa".

Posłowie próbują kontroli poselskiej na granicy

Po konferencji posłanka Kretkowska i poseł Franek Sterczewski próbują kolejnego środka, by przedostać się do grupy uchodźców - kontroli poselskiej. Rozmawiają z funkcjonariuszem Straży Granicznej, który nie pozwala im przejść przez kordon. Z uporem odsyła do rzecznika prasowego. "Poproszę o podstawę prawną takiej decyzji, bo ja jej po prostu nie będę respektować", mówi Kretkowska. Strażnik odchodzi, by skonsultować prośbę z kimś przez telefon.

Wraca: "Podstawa prawną jest art. 65a Kodeksu Wykroczeń »Kto umyślnie, nie stosując się do wydawanych przez funkcjonariusza Policji lub Straży Granicznej, na podstawie prawa, poleceń określonego zachowania się, uniemożliwia lub istotnie utrudnia wykonanie czynności służbowych, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny«".

Pada pytanie, co ma do tego Kodeks Wykroczeń. Niestety, na terenie całego obozowiska nie ma internetu i nie można od razu sprawdzić, co to za artykuł.

"Ja tylko przekazuję informacje, nie jestem kompetentny", mówi strażnik. Poseł Sterczewski: "W takim razie poprosimy z dowódcą". "Dobrze", odpowiada strażnik i odchodzi. Wraca: "Niestety, odesłano mnie do rzecznika prasowego białostockiego oddziału Straży Granicznej".

"Kontrola poselska nie wymaga niczyjej zgody", mówi Kretkowska. "Ja nie jestem tu władny", powtarza strażnik. Po kolejnej wymianie zdań okazuje się, że osoba dowodząca nie będzie rozmawiała z posłami. Nie można także podać nazwiska dowódcy.

Gdy strażnik odchodzi Kretkowska tłumaczy: "Rząd twierdzi, że te osoby są zaopiekowane, chcemy to sprawdzić. Chcemy sprawdzić, jak realizowany jest nakaz ETPCz. Białoruś nie jest w Radzie Europy, więc jej to nie obowiązuje. Nas tak. Tu nie ma czego analizować, kwestionować, omijać. Trzeba wykonać. Jeżeli jest tak, że te osoby mają się dobrze, to chcemy to zobaczyć".

Na koniec Franek Sterczewski apeluje do parlamentarzystów: "Tu nie powinna być nas dwójka, ale 50, setka posłów i posłanek. Stanowczo apelujemy do wszystkich klubów i partii politycznych, żeby się tu pojawiły i wypracowały wspólne stanowisko. Ta sytuacja nie powinna trwać dwa tygodnie, ale dwie godziny. Ludzie powinni być skierowani do punktu granicznego, gdzie mogą złożyć odpowiednie wnioski. I tyle. Parlamentarzyści, pomóżcie nam zakończyć ten kryzys humanitarny".

Wyjeżdżam z Usnarza w poszukiwaniu zasięgu i trafiam w miejsce, gdzie służby "budują mur", czyli rozciągają drut. Na poniższym zdjęciu widać go niewyraźnie pod samym lasem po prawej stronie.

Udostępnij:

Magdalena Chrzczonowicz

Wicenaczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (ostatnio prawach uchodźców i uchodźczyń), prawach reprodukcyjnych, Kościele katolickim i polityce.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne