Igor studiuje, pracuje, jest szczęśliwy, aż zderza się z Urzędem. Dwa lata czeka na decyzję, wydzwaniana infolinię, by umówić termin. "Te próby dostać się do Pani Inspektor i jej Kierownika przypominały absurdalne próby bohatera Kafki dostać się do Zamku" - pisze po polsku. Dostał I nagrodę w konkursie OKO.press i Fundacji Ocalenie, pod patronatem RPO

„Nie przestałem czuć się Białorusinem, ale wzbogaciłem swoją tożsamość. Czuję, że Rzeczpospolita jest częścią mnie, a ja – jej częścią. Gdy palę porannego papierosa na moim balkonie, gdy patrzę na wschód, serce moje wypełnia nadzieja, że historia mojego życia w Rzeczpospolitej, utraconej Ojczyźnie moich białoruskich przodków, będzie miała długą i szczęśliwą kontynuację” – napisał Igor Matveev. Poniżej cała jego praca nadesłana na konkurs „Dziennik Migranta”.

W OKO.press często piszemy o sytuacji uchodźców i migrantów w Polsce. Tym razem chcieliśmy, żeby sami opowiedzieli swoje historie. Chcieliśmy usłyszeć ich głos. Razem z Fundacja Ocalenie i pod patronatem RPO ogłosiliśmy konkurs na dziennik dla migrantów i migrantek mieszkających w Polsce.

Otrzymaliśmy 16 tekstów oraz dwa filmy. Pozytywnie zaskoczyło nas to, że większość od osób mieszkających poza Warszawą. Dominowały oczywiście osoby z Białorusi i Ukrainy. Ale wziął też udział Syryjczyk, Meksykanin, Czeczenka i Wenezuelczyk.

Jury w składzie troje przedstawicieli redakcji OKO.press i dwóch przedstawicieli Fundacji Ocalenie podjęło decyzję o nagrodzeniu prac:

I nagroda w wysokości 800 zł: „Dziennik białoruskiego migranta”, Igor Matveev (Białoruś);

II nagroda w wysokości 650 zł: „Diary of a young brown man”// „Pamiętnik młodego brązowego mężczyzny”, nazwisko i kraj pochodzenia autora zastrzeżone do wiadomości redakcji;

III nagroda w wysokości 550 zł: „About Radwan”// „O Radwanie”, Radwan Al Johmani (Syria).

Wyróżnienia po 400 zł – „Ale Polska”, Gerardo Hernandez (Meksyk); Bez tytułu, nazwisko i kraj pochodzenia autora zastrzeżone do wiadomości redakcji; „Legenda miejska”, Irina Szewczenko (Ukraina).

Będziemy publikować po kolei wszystkie nagrodzone prace.

Dziś I nagroda.


Dziennik białoruskiego migranta

Igor Matveev

Historia ta zaczęła się od zatrzymania przez policję podczas akcji obywatelskiego protestu mroźną śnieżną nocą 19 grudnia 2010 roku. Całe moje dotychczasowe życie zostało w tym jednym momencie przekreślone. Wolne powietrze, którym oddychałem na ostatnim roku Uniwersytetu, zastąpił zaduch więziennej kamery. Marzenia o karierze naukowej na Uczelni uwięziono wraz ze mną za kratami.

Łańcuch żołnierzy wojsk wewnętrznych okrążył i rozbił tłum. Zwężający się pierścień uzbrojonych mężczyzn, grzmot setek pałek policyjnych o tarcze. Krzyk, kobieta powalona na śnieg. Dzwon Czerwonego Kościoła (katolicka świątynia w Mińsku) towarzyszył wyłapywaniu demonstrantów i pakowaniu ich do „pudła” – specjalnie zaprojektowanych więźniarek. Przygnębiające korytarze aresztu Akreścina, metalowe drzwi, ława, na której z trudem mieściło z 10 osób, portrety Dzierżyńskiego kłującego przenikliwym wzrokiem. Ten kalejdoskop wrażeń na zawsze wbił się w pamięć i odmienił mój los.

Śledczy wrzeszczał na zatrzymanego studenta pierwszego roku, który śmiał odezwać się w języku białoruskim: „Głowę Ci do mikrofali wsadzę, żeby całą twoją białoruskość wytępić”. Komentarze policjantów: „Przeciwko komu się stawiacie? Nie rozumiecie, że to tutaj nigdy nie przejdzie”.

Właśnie wtedy umarła nadzieja na zmiany, nadzieja na wyleczenie kraju z nowotworu dyktatury. Przyszła natomiast świadomość, że żyję w kraju okupowanym.

Na uczelni, po wyjściu z aresztu, pytano mnie czy żałuję. Nie żałowałem ani chwili. Głos sumienia nie pozwolił nie wyjść na protest tej nocy. I taki wybór miał swoje konsekwencje. Na rozmowie z dziekanem Wydziału Psychologii profesor przemówił: „Rozumiesz, że z twoimi wynikami w nauce bez problemu ukończysz studia magisterskie, ale obronić pracy i tak Ci nikt nie da, a o studiach doktoranckich możesz zapomnieć”.

To było jednoznaczną blokadą dalszej kariery. Odparłem, że nie zamierzam należeć do instytucji, która urządza represje polityczne.

W taki oto sposób dołączyłem się do drugiej fali białoruskiej emigracji. Wybór Polski był oczywisty. Kraj, do którego zawsze miałem sentyment. Polska była odbierana jak wyspa wolności, jak kraj, któremu się udało. Język polski brzmiał znajomo i budził same dobre skojarzenia. A historia walki z komunizmem i historia wyzwolenia w 1989 roku echem odbijała się w Mińsku w 2010 roku.

We wrześniu 2014 roku wsiadłem do autobusu do Wrocławia, mając twarde przekonanie, że przeprowadzam się do domu, od którego byłem przez całe życie odcięty. Nie myliłem się. Zakochałem się we Wrocławiu od pierwszego wejrzenia.

Od pierwszego dnia zanurzyłem się w polskie życie, zdobywając nowe znajomości. Nie podtrzymywałem kontaktów ze środowiskiem emigrantów ze Wschodu. Nie czułem po prostu takiej potrzeby. Wynajmowałem mieszkanie z polskimi studentami. Łapczywie wchłaniałem wiedzę o tutejszym życiu. Chciałem zobaczyć Polskę od środka. Chyba ta ciekawość stałą się idealnym przepisem na skuteczną integrację w społeczeństwie.

Nie żałowałem swojej decyzji przeprowadzki ani chwilę. Chociaż rozumiałem, że były ku temu podstawy. A mianowicie odcięcie od pasji życiowej – psychologii. Mając za plecami 5 lat studiów, dyplom psychologa, uczestnictwo w konferencjach naukowych w Moskwie i Sankt Petersburgu, dwuletnią pracę jako psycholog w szkole średniej i pół roku pracy na uczelni, trudno było się pogodzić, że wykonywać swojego zawodu w Polsce nie mogę.

Wybór studiów w Polsce, który oferował program: „Teraz Wrocław”, padł na kierunek socjologiczny. Psychologia była tylko płatna i na jednolitych studiach magisterskich, które już ukończyłem w Mińsku. Potraktowałem więc te studia socjologiczne jako okólną drogę do psychologii w Polsce.

Musiałem zarabiać na życie, na utrzymanie się. Właściwie w pierwszy miesiąc pobytu w Polsce zacząłem pracować na śmieciowej umowie. Catering, szatnie, dorywcza praca w Żabce, korepetycje z języka rosyjskiego. Na wszystkim szło zarobić. Pracy we Wrocławiu jest pełno i leży na wyciągnięcie ręki.

Musiałem jeszcze łączyć tę pracę ze studiami. Uczyłem się zaradności. Na szczęście czułem się na Uniwersytecie Wrocławskim jak ryba w wodzie.

Pod koniec 2015 roku poznałem swoją Miłość. Związałem się z nią, i to jeszcze bardziej mnie odmieniło. Nadało skrzydeł i pewności. Nie zdawałem sobie sprawy, że tak naprawdę do tej pory nie kochałem. W końcu, gdzie jak nie w Polsce się zakochać. To jest kraj o kształcie serca.

Znalazłem stałą pracę w biurze

Kolejnym dowodem na to, że w Polsce całkiem nieźle mi idzie stało się znalezienie pracy biurowej we wrocławskiej spółce akcyjnej. Praca w biurze o określonych godzinach mocno kolidowała z planami zajęć. Ale poddawać się nie zamierzałem. Złożyłem wniosek o eksternistyczne zaliczenie wszystkich przedmiotów.

Na niektóre zajęcia chodziłem wraz z grupą zaoczną. Zacząłem pisać pracę magisterską. Tylko z jednego z przedmiotów nie dało rady się porozumieć na temat zaliczenia eksternistycznego. Cóż, statystyka jest przedmiotem, który wymaga obecności na zajęciach laboratoryjnych.

Studia musiałem tymczasowo pożegnać. Wmówiłem sobie, że ukończę zaocznie, a w międzyczasie zbuduję sobie zaplecze finansowe, żeby dało się utrzymać i opłacić studia. Nie traciłem nadziei na nostryfikację dyplomu. Ale wniosek zaginął w otchłani biurokracji.

Teraz jest problem z ukończeniem tego ostatniego semestru. Przynajmniej dopóty, dopóki nie dostanę karty pobytu.

Wniosek kompletny, ale trzeba czekać…

Oczekiwanie na dokument legalizujący mój pobyt w Polsce jest najbardziej dramatycznym momentem mojej historii w Polsce. Złożyłem wniosek o udzielenie zezwolenia na pobyt 13.07.2016. Mamy sierpień 2018 roku a ja wciąż jestem zawieszony w oczekiwaniu, w niepewności, pozbawiony możliwości przez te dwa lata odwiedzić mamę w Mińsku czy zabrać ukochaną osobę nad Morze Śródziemne, czy nawet zmienić pracę.

Latem 2017 roku podczas wizyty w Urzędzie dowiaduję się, że wniosek jest kompletny i teraz mam jedynie czekać na decyzję. Czekałem do września 2017 na odpowiedź. Nie dostałem żadnego odzewu. Podczas kolejnej wizyty zastępca Pana Kierownika poinformował, że wniosek jest jednak niekompletny.

Co ciekawe, nie miał pojęcia jakich dokumentów brakuje i polecił udać się bezpośrednio do Pani Inspektor. Po uzupełnieniu dokumentów dostałem od niej list, w którym był podany termin podjęcia decyzji – 30 listopada 2017 roku.

Czekałem na odpowiedź przed świętami. Czekanie było marne. Całe święta w Poznaniu były omroczone myślami o karcie pobytu, które podobno drapieżnym ptakom żerowały na moim umyśle.

Przez trzy tygodnie próbowałem się dodzwonić na numer infolinii w celu umówienia się na wizytę do Kierownika. Zawsze telefon był zajęty albo nikt nie odbierał. Uzyskałem bezpośrednie numery do Pani Inspektor. Po kilkakrotnych próbach dodzwonienia się pod te numery, oba telefony zostały wyłączone.

Udało się zarezerwować wizytę u Kierownika dopiero w czerwcu 2018 roku. W dniu wizyty dowiaduję się, że nie ma w pracy Pani Inspektor ani Kierownika. Wizyta odbywała się nie w gabinecie, a w korytarzu. Teczka z moją sprawą była otwarta w punkcie ksero, do którego podchodziły drukować dokumenty osoby trzecie.

Niedługo po nieudanej wizycie w Urzędzie dostałem kolejny list od Pani Inspektor, w którym był podany termin podjęcia decyzji – nie później niż do dnia 22 lipca 2018 roku.

Po raz drugi Pani Inspektor nie wywiązała się ze swoich zobowiązań w terminie, który sama określiła listownie, po ponad dwuletniej zwłoce.

Ta walka z biurokracją doprowadziła do poczucia utraty gruntu pod nogami. Te próby dostać się do Pani Inspektor i jej Kierownika coraz bardziej zaczęły przypominać absurdalne próby bohatera F. Kafki dostać się do Zamku. Każda myśl o Urzędzie jakby wyrywała mnie z korzeniami z tej ziemi. Ale procesu mojego zakorzenienia tu, na tej ziemi już nie cofnąć.

Dom i przyjaciele

Grono przyjaciół, założenie rodziny (chociaż i bez rejestracji formalnej), więzy oparte na bezwarunkowej akceptacji i prawdziwym partnerstwie stworzyły przestrzeń domu, do którego chce się wracać po ciężkim dniu w pracy. Dorosłem tu, ukształtowałem się na nowo.

Wyzbyłem się szkodliwych sowieckich pozostałości w myśleniu. Przez 4 lata w Polsce wypełniałem polską kulturą i językiem wewnętrzną próżnie, odziedziczoną po dorastaniu w białoruskich realiach. Spędzone w gronie rodziny Święta, marzenia senne w języku polskim, słowa „Kocham Cię” utrwaliły moją więź z tym krajem.

Przyjaciele z Mińska, przyjeżdżające tutaj w gości, pokazują niczym papierek lakmusowy jakie zmiany zeszły w mojej osobowości i tożsamości. Nie przestałem czuć się Białorusinem, ale wzbogaciłem swoją tożsamość. Czuję, że Rzeczpospolita jest częścią mnie, a ja – jej częścią. Żartuję sobie czasami, że mam polskie serce i polską duszę.

Boję się jednak, że w pewnym momencie mój pobyt w Polsce zostanie przerwany przez nieudolną pracę Urzędu. Ale ten strach rozpływa się w kłębie dymu porannego papierosa na moim balkonie, gdy patrzę na wschód, prosto w kierunku obracania się Ziemi, i serce moje wypełnia nadzieja, że historia mojego życia w Rzeczpospolitej, utraconej Ojczyźnie moich białoruskich przodków, będzie miała długą i szczęśliwą kontynuację.

Igor Matveev nadesłał pracę po polsku. Robi wrażenie, mimo niektórych nieporadności, czy zapożyczeń z białoruskiego. Nie poprawialiśmy ich, zachowując autentyczność jego opowieści.


OKO walczy z ksenofobią.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Masz cynk?