0:00
Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...
29 października 2021

Inflacja w październiku 6,8 proc. Ekspert: konflikt z UE może jeszcze pogorszyć sytuację

Inflacja zbliża się już do 7 proc., jest najwyższa od 20 lat. Na efekty podwyżki stóp procentowych jeszcze poczekamy. Tymczasem na horyzoncie są nowe problemy - część z nich władza tworzy sama

Wydrukuj

Szybki szacunek inflacji według GUS wynosi w październiku 6,8 proc. To najwyższy miesięczny odczyt od maja 2001, czyli od ponad 20 lat. To też drugi najwyższy wzrost w tym roku, po skoku z 3,2 proc. na 4,3 proc. w kwietniu. To bardzo wysoki skok, ale nie zaskakuje. Konsensus analityków na październik oscylował w okolicy 6,5 proc., ekonomiści mBanku przewidywali 6,7 proc.

Wykres: GUS

W szybkim szacunku dodatkowych informacji jest mało. GUS wyszczególnia w nim jedynie trzy kategorie:

  • Żywność i napoje bezalkoholowe – 4,9 proc.;
  • Nośniki energii – 10,2 proc.;
  • Paliwa do prywatnych środków transportu – 33,9 proc.

Drogie paliwa

Przypomnijmy. Każda z tych wartości mówi nam, o ile wzrosły ceny w stosunku do października 2020. Wzrost cen paliw jest olbrzymi. Ale to po części wynik niskich cen rok temu. W połowie października 2020 średnie ceny na polskich stacjach benzynowych wynosiły:

  • Benzyna Pb98 - 4,68-4,79 zł za litr,
  • Pb95 - 4,35-4,46 zł za litr,
  • olej napędowy ON za 4,27-4,38 zł za litr

Dziś wszystkie utrzymują się w okolicach sześciu złotych. W połowie 2020 roku cena ropy gwałtownie spadła przez zmniejszony popyt z powodu lockdownów na całym świecie. Popyt stopniowo wracał, rosła też cena. W tych wysokich i czasem przerażających liczbach jest też dobra wiadomość.

Ceny ropy na światowych rynkach się stabilizują. To samo stanie się więc w najbliższych miesiącach z cenami paliw. Gdy ceny paliw przestaną rosnąć, wpłynie to na ogólny wskaźnik inflacji.

Bo inflacja 6,8 proc. nie oznacza – jak widać już choćby w trzech wspomnianych wyżej kategoriach – że ceny wszystkich usług i towarów rosną o właśnie tę wartość.

GUS oblicza jeden wskaźnik na podstawie określonego koszyka dóbr, który ma odzwierciedlać przeciętne wydatki Polaków. Największą częścią tego koszyka jest żywność – obejmuje 27,7 proc. Na drugim miejscu jest kategoria „użytkowanie mieszkania lub domu i nośniki energii” – 19,1 proc. Razem stanowią prawie połowę koszyka inflacyjnego. Transport to 8,9 proc., a jego ważną częścią są właśnie ceny paliw. Gdy te się ustabilizują, ich wpływ na inflację (dziś bardzo duży) będzie minimalny.

Osiągnęliśmy już moment, w którym ponad połowa dóbr z koszyka inflacyjnego rośnie w tempie szybszym niż 3,5 proc.

autor wykresu: Marcin Klucznik, twitter.com/MarcinKlucznik

Firmy podnoszą ceny

Nadchodząca stabilizacja cen paliw nie oznacza oczywiście, że nadchodzi koniec wzrostów cen. Firmy deklarują jednoznacznie: w najbliższym czasie podniesiemy ceny. Według badania firmy audytorsko-doradczej Grant Thorton aż 71 proc. z nich deklaruje, że zrobi to w przeciągu kolejnych 12 miesięcy. Badanie prowadzone jest regularnie od 11 lat, wynik zawsze mieścił się w przedziale 19-41 proc.

Nie jest to próba reprezentatywna – przebadani są właściciele i członkowie zarządu stu średnich i dużych przedsiębiorstw. Z pewnością jednak różnica między wynikami z poprzednich lat i wynikiem tegorocznym jest wskazówką, że wzrosty cen różnych produktów i usług w najbliższych miesiącach nie znikną.

„Istnieje jednak ryzyko, że doszliśmy już do sytuacji, w której inflacja na tyle mocno weszła do świadomości konsumentów i przedsiębiorców, że zacznie nakręcać się typowa spirala inflacyjna. Ludzie pogodzili się z tym, że ceny rosną, więc akceptują kolejne podwyżki cen oraz żądają od pracodawców podwyżek płac. A to z kolei zachęca przedsiębiorców do dalszego podnoszenia cen. Nasze badanie sugeruje, że ten scenariusz błędnego koła niestety zaczyna być coraz bardziej realny” – mówi cytowany w badaniu Mateusz Maik z Grant Thorton.

Pętla oczekiwań?

W rozmowie z OKO.press dr Wojciech Paczos z Cardiff University mówi, że nie ma dobrych narzędzi do badania oczekiwań inflacyjnych, ale obawia się, że możemy już w tej chwili mieć do czynienia z pętlą oczekiwań. Czyli sytuacją, gdzie firmy podnoszą ceny ze względu na inflację, więc podnosi się inflacja i mamy do czynienia z samonapędzającym się mechanizmem. Szczęśliwie, nie jest to jedyny czynnik i ryzyko, że w ten sposób inflacja zupełnie wymknie się spod kontroli, jest niskie.

„Oczekiwaniami można zarządzać tylko poprzez dobra komunikacje i budowanie zaufania do niezależności i kompetencji banku centralnego” – mówi dr Paczos. „Podwyżki mają na celu te pętle powstrzymać. Tutaj bardzo poprawiła się komunikacja NBP i myślę, że stale się będzie poprawiać. Po ostatniej podwyżce prezes Glapiński powiedział, że ona nie ma na celu obniżenia bieżących odczytów tylko właśnie obniżenie oczekiwań inflacyjnych”.

Co dalej ze stopami procentowymi

Po październikowej podwyżce stóp procentowych, prezes NBP Adam Glapiński nie zapowiadał jej na listopad. Ale po dzisiejszym odczycie oczekiwanie jest jasne – analitycy spodziewają się podwyżek. Przypomnijmy: w uproszczeniu stopy procentowe to wskaźnik, który reguluje koszt kredytów. NBP decyduje, ile kosztuje pożyczka od banku centralnego do banków komercyjnych. A to wpływa na koszt kredytu, jaki każdy z nas może pobrać w dowolnym banku. NBP długo opierało się przed podniesieniem stóp i nasza stopa referencyjna do października wynosiła zaledwie 0,1 proc. W październiku wzrosła do 0,5 proc.

„Ale niecały miesiąc to za mało, by podwyżka wpłynęła już teraz na poziom inflacji. Podwyżka stóp z zeszłego miesiąca nie miała jeszcze szansy wpłynąć na ten odczyt - transmisja polityki pieniężnej, nawet jeśli w kryzysie Covid-19 jest szybsza niż zwykle - nie jest aż tak szybka. Normalnie zajmuje okres od 1 nawet do 8 kwartałów” – tłumaczy dr Paczos.

Analitycy są jednak zgodni w przewidywaniu, że po najnowszych danych czeka nas podwyżka stóp także w listopadzie. Jak wysoka – trudno przewidzieć. Tak samo, jak niełatwo jest powiedzieć, jak dokładnie będzie wyglądała sytuacja inflacyjna np. na koniec 2022 roku. Znowu możemy odwołać się do analityków gospodarczych. Większość z nich zapowiada obecnie średni poziom inflacji w przyszłym roku w okolicach 5 proc.

Splot szoków podażowych

Ale trzeba uczciwie przyznać, że nikt rok temu nie prognozował 7 proc. na koniec 2021 roku. Dlaczego? Bo ważną częścią obecnej inflacji są warunki międzynarodowe i szoki podażowe w globalnej gospodarce. To zjawiska, które – jak sama nazwa wskazuje – występują nagle.

W swojej analizie analitycy mBanku piszą o splocie trzech negatywnych szoków w gospodarce:

  • szok niedoborów surowców i materiałów;
  • niedobór surowców energetycznych przez wysoki popyt w całej gospodarce;
  • wysokie ceny żywności przez brak nawozów i niskie plony.

Unijne dane za październik jeszcze nie są pełne, ale najpewniej nie będziemy krajem z największym przyrostem inflacji. Eurostat korzysta z nieco innego koszyka dóbr, więc liczby mogą nieco się różnić. GUS za wrzesień podaje 5,9 proc., Eurostat dla Polski – 5,6 proc. Według wstępnego szacunku inflacja na Litwie podskoczyła w październiku z 6,4 proc. do 8,2 proc. Wysokie skoki notują też kraje „starej” Unii:

  • Belgia z 3,8 proc. na 5,4 proc.;
  • Hiszpania z 4 proc. na 5,5 proc.;
  • Luksemburg z 4 proc. na 5,3 proc.

Wszystko to składa się na najwyższą inflację strefie Euro od 13 lat.

Rynek pracy

A poza czynnikami globalnymi, mamy też czynniki lokalne. Na inflację może negatywnie wpłynąć sytuacja na rynku pracy.

„Rosnące trudności rekrutacyjne i wzrost liczby wakatów obrazują narastające napięcia na rynku pracy wynikające z przewyższającego popytu nad podażą. Miejsc pracy powstaje wyraźnie więcej, niż jest dostępnych kandydatów, przez co pozycja negocjacyjna tych drugich staje się coraz silniejsza. To z kolei przekłada się na coraz silniejszą presję płacową i wyższe oczekiwania związane z wynagrodzeniami zarówno ze strony obecnych pracowników, jak i kandydatów.

W efekcie koszty pracy na rynku rosną, a należy pamiętać, że jest to szczególnie ważny koszt wytwarzania usług, ale i części produktów. I to właśnie rosnące koszty pracy, docelowo i długoterminowo, mogą stymulować wzrost inflacji” – tłumaczy dla OKO.press Andrzej Kubisiak, zastępca Dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Dane NBP potwierdzają, że presja płacowa rośnie bardzo dynamicznie. Jest już na poziomie sprzed pandemii.

Andrzej Kubisiak: „Gdy mechanizm rosnących kosztów pracy połączy się z nasilającą się presją płacową, może tworzyć niebezpieczny mechanizm efektu drugiej rundy, w postaci spirali płacowo-cenowej. Ryzyko powstania takiego mechanizmu wraz z kolejnymi miesiącami niestety narasta i staje się scenariuszem, który musimy brać pod uwagę w kontekście 2022 roku”.

Konflikt z UE

Większość przyczyn obecnej inflacji nie zależy od polskiego rządu. Narzędzia do jej zbijania ma teoretycznie niezależne NBP. Ale jest jeden potencjalny czynnik, który jest już tylko i wyłącznie winą rządu PiS. Jego efektów na razie jeszcze nie widzimy. Chodzi o konflikt z Unią Europejską.

Dr Paczos: „Mam wrażenie, że rynki jeszcze nie wyceniły możliwego ryzyka tego konfliktu, w tym możliwości wstrzymania funduszy europejskich. Tutaj jest bardzo duży potencjał na osłabienie kursu złotego. A to będzie jeszcze podbijało inflację”.

Na razie więc jesteśmy wciąż w sieci globalnych zależności. Kiedy jednak efekty szoków podażowych będą w przyszłym roku wygasały, wiele zależy już od nas samych.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne