Izrael nakazuje setkom tysięcy Libańczyków ewakuację, a izraelski minister grozi zniszczeniami jak ze Strefy Gazy. Irańczycy uderzyli w Azerbejdżan. Izraelskie i Amerykańskie ataki na Iran nie zwalniają. Podsumowujemy kolejny dzień wojny
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyKolejne podsumowanie trzeba rozpocząć od podobnej konkluzji, co w ostatnich dniach: nie tylko nie widać żadnego uspokojenia na wielu frontach tej wojny, a kolejny dzień przyniósł sporo nowych niebezpiecznych incydentów.
Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że głównym celem wojny jest zniszczenie systemu Republiki Islamskiej. Zniszczenie systemu, a nie zmiana władzy. Bo przez niemal tydzień trwania wojny ani Izrael, ani Stany Zjednoczone nie przedstawiły nam nawet zalążków pomysłu na to, kto ich zdaniem miałby po zniszczeniu Republiki Islamskiej objąć w Iranie władzę. Można też podejrzewać, że istnieją tutaj różnice między dwoma krajami prowadzącymi wojnę. USA tego nie wiedzą, a Izraela to nie interesuje. Izrael zadowoli się Iranem zniszczonym, podzielonym, bez rakiet, które mogą dosięgnąć Jerozolimę i Tel Awiw.
Widać to też w celach, jakie obierają Izraelczycy. Bo to przede wszystkim oni odpowiadają za uderzenia w Teheran. Celem ich ataków jest prawdopodobnie każda placówka policji – na zdjęciach z Teheranu widać wiele zniszczonych posterunków. Izraelskie ataki doszczętnie zniszczyły dziś 5 marca 2026 też mogącą pomieścić 12 tys. widzów halę sportową Azadi („Wolność” po persku). Mecze w tej hali przeciwko reprezentacji Iranu rozgrywali m.in. Polscy siatkarze.
Tuż obok stoi niemal 80-tysięczny narodowy stadion lekkoatletyczny i piłkarski o tej samej nazwie. Na razie brak informacji, czy również ucierpiał w atakach.
Taka strategia Izraela to oczywiście działanie krótkowzroczne, które może prowadzić do nieprzewidzianych, długofalowych skutków, które ani Iranowi, ani całemu regionowi nie przyniosą stabilności i pokoju. Polityka Izraela wobec jego sąsiadów – w szczególności ta z ostatnich lat wobec Syrii czy Libanu – pokazuje jednak, że dla Izraela nie jest to istotne zmartwienie.
Polityka ta ma dzisiaj wyraz nie tylko w Iranie, ale również właśnie w Libanie.
Izraelczycy nakazali dziś ewakuację ogromnej części Bejrutu. Jednocześnie wykluczyli ewakuację na południe – podróż na południe według arabskojęzycznego komunikatu izraelskiej armii będzie oznaczać zagrożenie życia. Taka ewakuacja obejmuje sporą część miasta i oznacza przynajmniej setki tysięcy ewakuujących się osób. Trudno sobie wyobrazić, że wszyscy faktycznie się ewakuują. A nawet spora część ewakuujących się oznacza ogromny chaos.
Dodajmy, że spora część tych ludzi niekoniecznie popiera Hezbollah, ale może być jednocześnie bardzo niezadowolona z izraelskiej polityki ciągłej ingerencji w sprawy Libanu i powtarzających się kampanii militarnych.
Jednocześnie Hezbollah faktycznie jest dziś słaby. A jednym z dobitnych wyrazów tego są aresztowania członków tej organizacji przez libańskie państwo – czego wcześniej nie praktykowano. Rządzący Libanem podjęli też dziś kroki, by ograniczyć w kraju wpływy Iranu: przywrócono konieczność posiadania wiz dla Irańczyków, a także podjęto kroki, by ograniczyć działalność irańskich Strażników Rewolucji na terenie Libanu. Ci często wspierali i szkolili członków i bojowników Hezbollahu.
Tak czy inaczej – Izrael ewidentnie dopiero rozkręca się w swojej kampanii przeciwko libańskiemu sojusznikowi Iranu. Może to jednocześnie bardzo poważnie uderzyć w Liban i mieszkających tam ludzi. Izraelski minister finansów i religijny ekstremista Becalel Smotricz zapowiedział dzisiaj, że Dahija – południowa dzielnica Bejrutu, w której mieszka kilkaset tysięcy ludzi – będzie wkrótce wyglądać jak Chan Junus. Chan Junus to byłe miasto na południu Strefy Gazy, które zostało zrównane z ziemią przez izraelskie działania w ostatnich dwóch latach.
Prezydent Libanu Joseph Aoun zwrócił się do prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, z prośbą o powstrzymanie izraelskiego planu nalotów na południowy Bejrut. W dzisiejszej sytuacji trudno sobie jednak wyobrazić, by Macron mógł mieć taki wpływ na Benjamina Netanjahu i izraelską armię. Według libańskiego Ministerstwa Zdrowia, liczba ofiar śmiertelnych izraelskich uderzeń w Libanie od początku tej kampanii przekroczyła już tysiąc osób.
Kolejnym miejscem, w które uderza wojna w Iranie, jest sąsiedni Azerbejdżan.
Azerbejdżan odrzuca wersję Iranu, według której na lotnisku w Nachiczewaniu w Nachiczewańskiej Republice Autonomicznej, stanowiącej eksklawę azerskiego terytorium, miał eksplodować dron wysłany przez Izrael.
Azerowie oskarżają Iran o intencjonalny atak. I zapowiadają odwet. Azerski MON ogłosił, że „te akty agresji nie pozostaną bez odpowiedzi” i że armia „przygotuje i wdroży niezbędne środki odwetowe". „Islamska Republika Iranu ponosi pełną odpowiedzialność za ten incydent” – podkreśliło w swym oświadczeniu ministerstwo obrony narodowej Azerbejdżanu.
Prezydent Azerbejdżanu, Ilham Alijew również przyjął ostry ton: atak nazwał terrorystycznym, domaga się od Iranu wyjaśnień i przeprosin. I może ich nie dostać, bo Iran stoi na stanowisku, że za uderzenie odpowiedzialny jest Izrael. Niewykluczone, że Azerbejdżan – bliski sojusznik Izraela i Turcji – faktycznie odpowie na irańskie uderzenie. Dlaczego Iran uderzył w Azerbejdżan? Jednym z wyjaśnień może być chęć dalszego narzucania jak najwyższego kosztu wojny całemu światu – to bowiem w stronę Azerbejdżanu skierowana została znaczna część lotów z zachodu w stronę Azji. A Azerbejdżan w odpowiedzi na incydent zamknął dziś część swojej przestrzeni powietrznej. Tymczasem Kaukaz to dziś jedyne w okolicy przejście powietrzne omijające Iran i Zatokę Perską oraz Rosję i Ukrainę. Jeśli te ataki będą się powtarzały, ruch powietrzny w stronę Azji stanie się trudniejszy – i kosztowniejszy.
Rozprzestrzeniana szeroko wczoraj wieczorem informacja o ataku kurdyjskich bojowników na Iran z Iraku okazała się wpadką kilku międzynarodowych dziennikarzy. Bardzo szybko została zdementowana zarówno przez przedstawicieli Kurdów, jak i przez specjalistów i dziennikarzy ze źródłami wśród grup kurdyjskich.
To nie znaczy, że ryzyko uderzenia grup kurdyjskich na Iran nie istnieje. W ostatnich dniach Donald Trump miał kilkukrotnie rozmawiać z kurdyjskimi liderami politycznymi, przede wszystkim w Iraku. Według dziennikarzy „Washington Post” Bafel Talabani, lider jednej z najważniejszych partii irackich Kurdów – Patriotycznej Unii Kurdystanu – miał w rozmowie z Trumpem usłyszeć, że wybór jest prosty – Kurdowie mogą być albo za USA i Izraelem, albo za Iranem. Amerykanie mają proponować między innymi ochronę z powietrza.
Kurdyjski atak wciąż nie nastąpił, ale to sytuacja, którą należy monitorować w najbliższych dniach.
Donald Trump podzielił się dziś z dziennikarzami Axios kilkoma refleksjami na temat tego, co dalej z Iranem. Powiedział między innymi:
„[Irańczycy] tracą czas. Syn Chameneiego to cienias. Muszę mieć wpływ na wybór następcy jak w przypadku Delcy [Rodriguez] w Wenezueli”.
Trump nie wybierze przywódcy Iranu – Iran to zdecydowanie nie Wenezuela. Jego słowa wskazują jednak na to, że oczekuje, że jego zdanie zostanie wzięte pod uwagę przy wyborze nowego przywódcy. A ten będzie chętny, by z Amerykanami rozmawiać. I to najlepiej na zasadach, jakie ustali Trump.
Jego wypowiedź może też sugerować, że Trump chętnie zakończyłby szybko wojnę i dogadał się z Irańczykami. To byłoby spójne z jego dotychczasowym myśleniem o rozwiązywaniu konfliktów i np. tym, jak załatwił sprawę Wenezueli.
Oznaczałoby to też głębokie niezrozumienie dynamiki politycznej w Republice Islamskiej. Jeśli wybory przywódcy odbędą się w najbliższym czasie, z całą pewnością grupa dzisiejszych elektorów nie będzie brała pod uwagę kandydata, który będzie spolegliwy wobec Trumpa. Plotki, że najpoważniejszym kandydatem jest właśnie syn Alego Chameneiego, Modżtaba, uważany za kandydata kontynuacji tylko to potwierdzają.
Słowa Trumpa mogą mieć wręcz przeciwny skutek. Jeżeli Trump wskaże dogodnego dla siebie kandydata, część irańskiego establishmentu uzna to za zachętę do poparcia Modżtaby Chameneiego.
Samo Zgromadzenie Ekspertów przekazało dziś, że proces wyboru nowego lidera trwa. Nie wiemy jednak, czy wybór ma się dokonać dziś. A jeśli tak, to czy od razu poznamy jego nazwisko.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze