Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Fabrice COFFRINI / AFPPhoto by Fabrice COF...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

Wieczorem 26 lutego 2026 omański minister spraw zagranicznych Badr Albusadi ogłosił:

„Zakończyliśmy dzisiejszy dzień po znaczącym postępie w negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Wznowimy rozmowy wkrótce po tym, jak strony skonsultują się w swoich stolicach. W przyszłym tygodniu w Wiedniu odbędą się dyskusje na poziomie technicznym. Jestem wdzięczny wszystkim zaangażowanym za ich wysiłki: negocjatorom, Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej oraz naszym gospodarzom – rządowi Szwajcarii”.

To omańska delegacja pośredniczy w rozmowach między Iranem a USA.

Tym razem rozmowy odbyły się w dwóch turach – trzygodzinnej rano i nieco krótszej późnym popołudniem. Przed ich rozpoczęciem „New York Times” pisał, że Irańczycy mają dziś zaproponować wstrzymanie wzbogacania uranu na trzy do pięciu lat. A później utrzymają wzbogacanie na niskim poziomie 1,5 proc., pozwalającym na badania medyczne. Czy dokładnie tak było, nie wiemy, bo delegacje nie komentują rozmów tak szczegółowo.

Postęp czy nie?

Ale według dziennikarza Axios Baraka Ravida Amerykanie byli rozczarowani tym, co usłyszeli przed południem. Według Al Dżaziry Irańczycy odrzucili wszelkie propozycje, które na stałe powstrzymują wzbogacanie uranu i rozmontowanie instalacji związanych z programem atomowym. Są też sygnały, że popołudniowa sesja trwała krócej niż planowano. A to sugerowałoby brak postępów.

Na oświadczenia ze strony przedstawicieli USA wciąż czekamy. Na razie mamy jedną lakoniczną, nieoficjalną wypowiedź anonimowego amerykańskiego dyplomaty, że rozmowy były „pozytywne”. To samo początkowo mówiono tydzień temu.

Swoje powiedział natomiast irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi. W wypowiedzi dla irańskich mediów przekazał, że rozmowy były konstruktywne i dotknięto tematów ograniczenia programu atomowego oraz zniesienia części sankcji na Iran. Dodał też, że w Wiedniu spotkają się eksperci od programu atomowego, by porozmawiać o szczegółach technicznych.

Wypowiedź Arakcziego jest najpoważniejszym sygnałem, że rozmowy mogły przynieść jakiś postęp. Wciąż nie wiemy jednak, co sądzi o postępach tych negocjacji najważniejsza osoba decyzyjna, czyli Donald Trump.

A wciąż jest wiele sygnałów, że o umowę zadowalającą obie strony może być trudno.

Styczniowe protesty

Tegoroczne rozmowy od samego początku toczone były pod ogromnym napięciem. Nie można zapominać, że do negocjacji Irańczyków przymusiły groźby Donalda Trumpa. A przyczyną gróźb było krwawe stłumienie protestów antyrządowych przez irańskie władze w pierwszej połowie stycznia tego roku.

25 lutego „New York Times” opublikował interaktywny artykuł, napisany na podstawie rozmów z 40 pracownikami medycznymi z Iranu, którzy mieli styczność z ofiarami rządowego ataku na obywateli. Z tekstu wyłania się obraz masakry. Mamy w nim dziesiątki relacji o ranach, które były zadawane po to, by zabić – w wielu przypadkach skutecznie. Lekarki, pielęgniarki, pracownicy medyczni dają świadectwo kilku trudnych dni, w których do ich placówek spływały dziesiątki, setki osób, którym często nie można było pomóc. Mówią o próbach uciszenia ich przez służby bezpieczeństwa i poszukiwaniach danych pacjentów, by móc dalej ich prześladować, jeśli przeżyli.

W styczniu, gdy spływały z Iranu niejasne doniesienia o pacyfikowaniu protestów (władze wyłączyły dostęp do Internetu w całym kraju) Trump zagroził, że przyjdzie protestującym z pomocą. Nie podjął jednak żadnych natychmiastowych działań, choć stopniowo zwiększał amerykańską obecność wojskową w okolicy Iranu.

Publicznie amerykański prezydent mówi o różnych powodach nacisku na Iran. Że Iran nie powinien mieć bomby atomowej, że nie powinien mieć rakiet balistycznych dalekiego zasięgu, powinien zaprzestać wsparcia dla różnych niepaństwowych sił w regionie, jak Hezbollah i Hamas.

Głuchy telefon

Dziś w Genewie delegacje dyplomatyczne Iranu i USA spotkały się po raz trzeci w tym roku. Łącznie z zeszłorocznymi negocjacjami – po raz ósmy. Dzisiejsza runda teoretycznie ponownie była toczona w formule rozmów niebezpośrednich. Czyli – delegacje – przynajmniej oficjalnie – nie spotykają się twarzą w twarz, a przekazują sobie wiadomości za pośrednictwem omańskich dyplomatów, którzy muszą dwoić się i troić, by wymiana ta nie zamieniła się w głuchy telefon.

Nieoficjalnie mówi się, że przynajmniej amerykański wysłannik Steve Witkoff i irański minister spraw zagranicznych Abbas Arakczi spotkali się podczas ostatnich rozmów przynajmniej raz. Najprawdopodobniej dzieje się to jednak częściej, a Omańczycy dają Irańczykom przykrywkę, by ci mogli efektywniej wymieniać myśli. Nawet irańska agencja prasowa Tasnim przyznała dziś, że Arakczi i Witkoff wymienili dziś uprzejmości i podali sobie ręce. Do rozmawiania twarzą w twarz nie można się jednak przyznać, bo oficjalnie Irańczycy z Amerykanami nie rozmawiają.

To pokazuje, w jak innej sytuacji jesteśmy dziś niż nieco ponad dekadę temu.

Inny Iran niż dekadę temu

W latach 2013-2015 Irańczycy otwarcie prowadzili rozmowy o ograniczeniu swojego programu atomowego. Dziś znajdziemy wiele wspólnych zdjęć irańskiego ministra spraw zagranicznym Mohammada Dżawada Zarifa i jego amerykańskiego odpowiednika, Johna Kerry’ego. W Genewie najważniejszymi osobami w amerykańskiej delegacji są zięć Trumpa Jared Kushner i kumpel prezydenta Steve Witkoff, który mówił ostatnio, że Putin zawsze jest z nim szczery i publicznie ogłaszał, że Trump się dziwi, dlaczego Iran jeszcze nie skapitulował.

Wówczas mieliśmy do czynienia z faktyczną chęcią odwilży w stosunkach po obu stronach, minęło kilka lat od tłumienia protestów z 2009 roku w Iranie, mandat irańskiej ekipy dyplomatycznej do rozmów był silniejszy. Wówczas też rozmowy trwały prawie dwa lata. Dziś wszystko dzieje się szybciej.

Prezydentem Iranu jest najsłabszy na tym stanowisku w historii Republiki Islamskiej Masud Pezeszkian, kraj zmaga się z wielopiętrowym kryzysem polityczno-gospodarczym, a znaczna część obywateli doświadczyła w tym roku państwowej przemocy. Protesty zostały stłumione, ale wściekłość społeczeństwa będzie się tliła – co pokazują choćby protesty na uniwersytetach w końcówce lutego.

Innymi słowy – Iran jest słaby, pod ciągłą presją, gotujący się na wojnę. To trudna pozycja do skutecznych negocjacji dotyczących fundamentalnych dla państwa kwestii.

Gorąca głowa

Z drugiej strony mamy Trumpa, jego gorącą głowę i jego niedoświadczoną międzynarodową ekipę. W razie niepowodzenia rozmów Trump ma rozważać ograniczone uderzenie, które w jego przekonaniu ma zmusić Iran do dalszych ustępstw. A jeśli nie – w dalszej kolejności otwartą, intensywną wojnę. To fundamentalne niezrozumienie działania i motywacji dzisiejszych władz Iranu. Chamenei wyklucza taką kapitulację. A on i jego otoczenie ryzyko amerykańskiego ataku od dawna uważali za wysokie i się na nie przygotowują. Wolą podjąć walkę niż ulec amerykańskim żądaniom, które uważają za oddanie suwerenności.

Amerykanie zaczęli rozgłaszać, że chociaż praktycznie zniszczyli irański program atomowy w czerwcu 2025 roku, to Irańczycy znów pracują nad bombą. Dowody, jakimi dysponujemy, sugerują, że aktywność wokół najważniejszych instalacji związanych z programem atomowym jest niska.

Doradcy wojskowi Trumpa starają się mu wytłumaczyć, że taka wojna jest trudniejsza niż porwanie Nicolasa Maduro i nie gwarantuje sukcesu ani zmiany władzy w Teheranie na przyjaźniejszą Stanom Zjednoczonym. Ostrzega go przed tym choćby najważniejszy amerykański dowódca wojskowy, generał Dan Caine.

Jednocześnie jednak Amerykanie wymierzyli w Iran więcej dział niż kiedykolwiek wcześniej.

I w takiej atmosferze toczą się dzisiejsze rozmowy. Wszyscy zachowują się tak, jakby wojna była nieunikniona. Dalej nie widać szybkiej ścieżki, na której obie strony mogłyby zbliżyć swoje stanowiska do siebie. Jeśli ma się to zmienić, kolejna szansa w przyszłym tygodniu w Wiedniu (jeśli Trump w międzyczasie nie zmieni zdania i nie zarządzi ataków). W międzyczasie znów pozostaje nam w napięciu śledzić kolejne dwuznaczne sygnały z jednej i drugiej strony.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze