Izraelczycy uderzają w elektorów nowego Najwyższego Przywódcy. Media mówią, że Katar włączył się do ataków, Katar zaprzecza. Pogrzeb ponad setki zabitych dziewczynek był okazją do prorządowej demonstracji. Podsumowujemy czwarty dzień wojny w Iranie
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyCelem jednego z wielu dzisiejszych izraelskich ataków był budynek Zgromadzenia Ekspertów w Kom. To jedno z najważniejszym miast w kraju z perspektywy religijno-państwowej. Znajdują się tam najważniejsze uczelnie religijne, tam kształcili się i Ruhollah Chomeini, i Ali Chamenei.
Zgromadzenie Ekspertów to 88-osobowe ciało, którego najważniejszą, choć rzadką kompetencją, jest wybór kolejnego Najwyższego Przywódcy. Dotychczas zdarzyło się to tylko raz, 4 czerwca 1989 roku. Po śmierci Chameneiego przyszła pora na wybór trzeciego przywódcy.
Izrael nie zamierza do tego dopuścić.
Od początku było jasne, że wybór kolejnego przywódcy w warunkach wojennych może stanowić wyzwanie. Już wczoraj teherański budynek Zgromadzenia został uderzony. Dziś jednak według doniesień mediów irańskich w Kom rozpoczął się proces wyboru kolejnego przywódcy. Na razie nie jest jasne, czy elektorzy znajdowali się w budynku podczas uderzenia. Irańczycy za pośrednictwem agencji prasowej Mehr próbowali obniżyć rangę uderzenia, twierdząc, że to stary budynek, który nie był wykorzystywany do spotkań. Dotychczas brakuje jednak potwierdzenia losu członków Zgromadzenia.
Anonimowy urzędnik izraelski związany z izraelskimi siłami obronnymi powiedział amerykańskiemu serwisowi Axios jasno: chodziło o to, by uniemożliwić wybór następcy.
To kolejny sygnał, że Izrael jest zdeterminowany, by obalić system polityczny Republiki Islamskiej. Uderzenie może mieć potencjalnie bardzo daleko idące konsekwencje. Z pełną oceną musimy jednak poczekać na kolejne doniesienia o ofiarach.
Dziś zbombardowano też budynek innego rządowego ciała doradczego przywódcy:
Sprowokowana wybuchem wojny w Iranie konfrontacja Izraela z Hezbollahem postępuje. Izrael dalej bombarduje cele w całym Libanie, a izraelscy żołnierze wkroczyli też do południowego Libanu. Hezbollah ma dziś stosunkowo niskie poparcie w społeczeństwie, widać sygnały sugerujące, że odwracają się od niego również spore grupy szyitów. Dziś doszło też do pierwszych aresztowań w związku z wczorajszym zakazem działalności wojskowej przez libański rząd.
Wojna w Zatoce również nie zwalnia. Dziś wczesnym rankiem Iran uderzył w amerykańską ambasadę w Arabii Saudyjskiej. Trump szybko zapowiedział ostry odwet. Interesującej informacji na temat konsekwencji uderzeń w kraje Zatoki dostarczają nam dzisiaj międzynarodowe media. Dotychczas sądziliśmy, że kraje Zatoki nie odpowiadają Iranowi militarnie na jego ataki. Dziś jednak „Jerusalem Post” pisze, powołując się na zachodnie źródło dyplomatyczne, że Katar w ciągu ostatnich 24 godzin przeprowadził ataki na Iran. Katarczycy zdementowali jednak tę informację.
To znak, że dalsza eskalacja jest możliwa. Nie wiemy, czy to symboliczna odpowiedź, czy zapowiedź agresywniejszej polityki Katarczyków. Kraje Zatoki dalej mogą być niechętne, by aktywnie i otwarcie brać udział w wojnie – wiąże się to dla nich z wieloma ryzykami.
Jednocześnie w ostatnich czterech dniach widzieliśmy bardzo wiele dowodów wideo, że są one atakowane. Można nawet odnieść wrażenie, że miejscami więcej uwagi poświęcano aspektom wojny w Zatoce, niż w samym Iranie. Jest na to stosunkowo proste wytłumaczenie.
Dubaj czy Manama, pomimo tego, że znajdują się w autokratycznych monarciach, są jednocześnie pełne ludzi z całego świata, a dostęp do Internetu nie jest tam ograniczany. Każdy może zrobić zdjęcia wybuchu, jego następstw, zestrzeliwanych w powietrzu rakiet i znacznie mniej licznych rakiet, które trafiają w cele.
W Iranie jest to dziś znacznie trudniejsze. Według serwisu netblocks Iran od początku wojny jest pod niemal pełnym blackoutem internetowym. Stąd znacznie rzadziej docierają do nas filmy, na których widać skutki amerykańsko-izraelskich uderzeń, szczególnie spoza stolicy czy z mniejszych miejscowości.
Bez względu na to, skąd pochodzi nagranie – z Iranu czy spoza niego, jak np. z kraju Zatoki Perskiej – za każdym razem warto zachować czujność. Szczególnie jeśli widzimy nagranie w mediach społecznościowych, z dużym zasięgiem i sensacyjnym podpisem. Obserwując tę wojnę mierzymy się z zagrożeniem informacyjnym, którego nie było jeszcze kilka lat temu. Dziś bardzo łatwo wygenerować zdjęcie czy film, które na pierwszy rzut oka będzie wyglądało wiarygodnie. A częścią wojny jest wojna informacyjna, w której aktywna jest każda jej strona.
Stąd zawsze warto zadać sobie pytanie o źródło obrazu, który widzimy. Dobrą pracę w weryfikowaniu fejkowych filmików robi np. dziennikarz BBC Verify Shayan Sardarizadeh.
Poniżej jego post ze zdebunkowanym fejkami z 3 marca.
Miliony wyświetleń zdobyło dziś w mediach społecznościowych rzekome nagranie intensywnego nalotu na Tel Awiw, na którym widać kilkanaście wybuchających w centrum miasta rakiet. Było ono wygenerowane przy pomocy narzędzi korzystających z generatywnej AI.
Inna fałszywa informacja, która zdobyła popularność w ostatnich dniach dotyczy uderzenia w szkołę dla dziewczynek w miejscowości Minab na południu Iranu pierwszego dnia wojny.
Głosiła ona, że rakieta, która uderzyła w szkołę, została wystrzelona przez członków Gwardii Rewolucyjnej i bardzo szybko zbłądziła z kursu. Informacja ta bardzo szybko rozchodziła się m.in. na pro-monarchistycznych kanałach na Telegramie. Szczegółowo zdebunkowała ją dziennikarka Nilo Tabrizy na łamach „New Lines Magazine”.
Tabrizy, powołując się na swoje źródła, pisze, że była to najprawdopodobniej pomyłka podczas uderzenia na bazę Strażników Rewolucji tuż obok.
Nie mamy jednak twardych dowodów na to, co dokładnie stało się 28 lutego. Bez względu na dokładny przebieg wydarzeń, odpowiedzialność za śmierć niemal dwustu osób – w większości dziewczynek w wieku 7-12 lat – spoczywa na tych, którzy podjęli decyzję o rozpoczęciu wojny.
Dziś, 3 marca, w Minab odbył się pogrzeb ofiar tego uderzenia. Pogrzeb w kilkudziesięciotysięcznym mieście był też wielotysięczną demonstracją poparcia dla władz. Wielu żałobników nosiło zdjęcia zabitego również pierwszego dnia irańskiego przywódcy Alego Chameneiego.
Niezależnie od dokładnych przyczyn uderzenia w szkołę i tego, jak potoczy się wojna, wydarzenia w Minab poważnie obciążają amerykańsko-izraelską koalicję. Widzą o tym amerykańscy politycy i odmawiają odpowiedzi na pytania o Minab.
Najnowsze dane irańskiego Czerwonego Półksiężyca o liczbie ofiar izraelsko-amerykańskich ataków to 787 zabitych.
Nie można dziwić się demonstracjom poparcia dla reżimu. W żadnym razie nie oznaczają one, że władze Republiki Islamskiej cieszą się powszechnym poparciem. Rany w społeczeństwie po krwawym rozprawieniu się z protestami w styczniu są głębokie. Bardzo duża część społeczeństwa zna kogoś, kto przez dekady ucierpiał w represjach ze strony władzy czy niesłusznie trafił do więzienia.
Jednocześnie mamy do czynienia ze społeczeństwem różnorodnym, podzielonym. Obok szybko modernizujących się grup społecznych mamy do czynienia również z wciąż głęboko konserwatywnymi i religijnymi ludźmi. Chamenei był przywódcą nie tylko państwowym – tak jak jego poprzednik, kreował się na duchowego przywódcę wszystkich szyitów na świecie.
Dla części konserwatywnych, religijnych Irańczyków, Chamenei został w sobotę 28 lutego męczennikiem.
Nie jesteśmy dziś w stanie ocenić, jak duża część społeczeństwa popiera władze, a jak duża cieszy się, że Chamenei nie żyje. To wciąż reżim kontroluje sferę publiczną, organizuje demonstracje poparcia – jak wczoraj wieczorem w Teheranie – rejestruje je i rozpowszechnia takie obrazy. Stąd poparcie dla władz może wyglądać na większe, niż jest w rzeczywistości. Ale ono istnieje.
Jednocześnie izraelsko-amerykańskie pociski nie pytają swoich ofiar o ich poglądy polityczne. Zagrożeni nalotami są wszyscy, od najgłębiej konserwatywnych i religijnych mieszkańców mniejszych miast, po najbardziej progresywnych mieszkańców północnych dzielnic Teheranu.
„Dziś wieczorem ataki są jeszcze silniejsze […] eskplozja za eksplozją” – pisał w poniedziałek 2 marca dziennikarce „New York Times’a” mieszkaniec Teheranu.
W cytowanym tekście poza zdjęciami zniszczeń znajdziemy też krótki, przejmujący filmik. Widzimy na nim starszego mężczyznę w wieku około 70 lat, który ze zniszczonego budynku wynosi swoje rzeczy zapakowane w worki na śmieci.
Takie bowiem są realia amerykańsko-izraelskiej operacji. Połączone siły definiują dopuszczalne cele bardzo szeroko. A w gęsto zabudowanym Teheranie miejsca związane z władzami Republiki Islamskiej czy Gwardią Rewolucyjną mieszczą się na każdym kroku.
“Teheran to silnie splecione, pomieszane miasto. W jednej okolicy mamy szkołę, komendę policji, szpital, a dookoła budynki mieszkalne” – mówi w tekście „NYT” mieszkaniec irańskiej stolicy, Nasim.
Uderzając w nie, nieustannie uderza się też w zwykłe budynki mieszkalne. Izraelczycy czasem publikują w mediach społecznościowych apele o ewakuację. Na przykład dziś w ciągu dnia wydano takie komunikaty dla przynajmniej trzech miejsc: okolicy lotniska w mieście Karadż i w dwóch miejscach Teheranu.
Ale większość osób nie ma dostępu do Internetu. W takich warunkach prowadzenie wojny z maksymalną dbałością o los cywili jest iluzją, a liczba ofiar będzie rosła.
Na razie nie widać dowodów na to, by połączone siły amerykańsko-izraelskie z premedytacją uderzały w cele cywilne lub cywilną infrastrukturę. Szeroko atakowane są cele związane z władzami Iranu, jego armią i Gwardią Rewolucyjną. Pamiętajmy, że dziennie Amerykanie i Izraelczycy przeprowadzają sporą liczbę ataków, a tak jak wspominaliśmy, o sporej części z nich nie dowiadujemy się natychmiast, szczególnie gdy dotyczą celów wojskowych w miejscach odległych od największych ośrodków miejskich.
Jednym z takich celów według analizy Institute for the Study od War, była baza Gwardii Rewolucyjnej w Chorramabad we zachodniej prowincji Lorestan, uderzona bombami penetrującymi. Innym celem była baza rakietowa w Bid Ganeh niedaleko Teheranu. Dziś Amerykanie ogłosili, że od początku wojny przeprowadzili ponad 1700 uderzeń na terenie Iranu.
Z informacji, które można potwierdzić widać, że siły irańsko-amerykańskie operują z dużą swobodą w irańskiej przestrzeni powietrznej. I są w stanie osłabiać irańskie zdolności militarne. Czy działają zgodnie z założonym planem i czy wystarczy to, by w najbliższym czasie osiągnąć swoje cele? To zupełnie inna kwestia. Szczególnie, że jednym z tych celów jest przecież zmiana władzy w Teheranie. A to będzie trudne do osiągnięcia przy pomocy samego lotnictwa, nawet w wypadku najlepiej zaplanowanych i najskuteczniejszych nalotów.
Stąd już w pierwszych dniach wojny prezydent Trump czy też sekretarz wojny Pete Hegseth pytani, czy możliwe, że amerykańscy żołnierze postawią nogi na irańskiej ziemi, nie oferowali kategorycznego zaprzeczenia. Jednocześnie pojawiają się pierwsze jasne sygnały, że Izrael i Amerykanie będą chcieli wspierać lokalne siły antyrządowe, np. organizacje kurdyjskie.
To potencjalnie bardzo niebezpieczna droga. Sukcesywne osłabianie irańskiego państwa – a to robią dziś Amerykanie i Izraelczycy – w połączeniu ze wspieraniem sił separatystycznych to przepis na wielowarstwową destabilizację sytuacji nie tylko w Iranie, ale i w całym regionie. Nawet jeśli Izrael wyobraża sobie, że jest to droga do zniszczenia Republiki Islamskiej i większego poczucia bezpieczeństwa, to może to być wiara złudna i naiwna. Nie wiadomo, kto ostatecznie skonsolidowałby władzę w takim Iranie. Na dziś nie widać dobrze zorganizowanych sił prodemokratycznych, które mogłyby to zrobić. A jeśli byliby to dobrze zorganizowani generałowie Gwardii Rewolucyjnej, możemy znów skończyć z agresywnym reżimem w Teheranie.
W miarę realistyczny i znacznie bardziej bezpieczny scenariusz przemian opisuje pisarz i eseista Arash Azizi w swoim tekście dla „The Atlantic” z 1 marca. Jego zdaniem nie można wykluczyć sytuacji, w której po wyborze nowego Najwyższego Przywódcy, faktyczną władzę dalej sprawują – tak jak dzieje się to obecnie – dwaj kluczowi politycy establishmentowi – Ali Laridżani i Mohammad Bagher Ghalibaf. To wieloletni zaufani ludzie Chameneiego, ale mający również opinię pragmatyków.
Azizi powołuje się na rozmowę z osobą z otoczenia Ghalibafa. Jej zdaniem w establishmencie jest świadomość, że przy obecnych zasobach i możliwościach ekonomicznych, Iran nie może dalej iść ścieżką totalnej konfrontacji. I przewiduje, że w ciągu kilku miesięcy retoryka irańskich władz znacznie się zmieni, a jakiś rodzaj porozumienia z USA zostanie osiągnięty.
Do tego jednak konieczne jest najpierw zakończenie wojny. A tego na razie nie widać na horyzoncie. Obie strony – pomimo różnych pojawiających się problemów – są gotowe na dalszą konfrontację.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze