Nie rzucaliśmy w ludzi, tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny. Chyba miałabym problem z rzucaniem jajkiem nawet w prezesa - mówi OKO.press Klementyna Suchanow ze Strajku Kobiet. I namawia na czytanie Gombrowicza, o którym pisze książki

„Nam już nie został nikt. Jeśli nie zrozumiemy lekcji Gombrowicza, to nic nie zrozumiemy i przegramy wszystko” – mówi OKO.press Klementyna Suchanow*, pisarka, która kilka razy trafiła jajkiem w rządowe limuzyny.

Piątek, 8 grudnia, pod Sejmem.

Już wiemy, że zaraz przegłosują te sądy [ustawa o KRS i SN – red.], że to się odbędzie szybko. Koło trzeciej przychodzi wiadomość, że w Pałacu Prezydenckim mają zamieniać Beatę na Mateusza. Policja blokuje trasę przejazdu, koguty, jak w filmach amerykańskich, kordony na Górnośląskiej, dzieci z tutejszej szkoły nie mogą przejść przez ulicę.

Policjanci dopadają Rafała Suszka z Obywateli RP, który przybył na pomoc Wojtkowi zatrzymanemu wcześniej, przyciskają go pałką do witryny. Widzimy, jak wyjeżdżają kolejne limuzyny na Górnośląską. Jest nas szóstka, ja i koledzy z Obywateli RP. Jesteśmy wkurzeni, że znowu przesunęli nam Polskę w stronę Białorusi, i zadowoleni sobie wyjeżdżają jakby nigdy nic.

Śmichy-chichy

„Szkoda, że nie mamy jaj”  – rzuca Rafał Suszek.

Wracamy na Wiejską pod główne wejście do Sejmu, tam trochę ludzi, chyba nie wiedzą, że już przegłosowane, że ich obecność jest bezcelowa.

Tworzy się grupka, spontanicznie, cztery koleżanki  z Warszawskiego Strajku Kobiet, Rafał i jeszcze jeden facet. Po prostu z pewnymi ludźmi fajnie się robi niektóre rzeczy.

W śmichach, chichach idziemy do spożywczego. Jakie jajka kupić? Najlepiej pasowałyby zepsute. Z wolnego wybiegu? Ekologiczne? No, niezbyt pasują. Kupujemy kilka opakowań. Ekspedientki domyślają się o co chodzi, proszą, żeby rzucić także w ich imieniu.

Ruszamy pod Pałac Prezydencki. Jak dochodzimy, to już impreza skończona, szybko im poszło, wyjeżdżają. Czarne beemwice aż lśnią, wypucowane.

Kajdanki

Spieszymy się. Jeden policjant na walkie-talkie. Słyszę, jak nadaje: „Przyszli ludzie z jajami. Tak. Mają jaja w torbach”.

W biegu wyciągamy jaja, rzucamy. Jedno, drugie. Najpierw wyhaczają Rafała, potem Zośkę i Anię. Zośkę powalają na chodnik. Rafał wyrywa się, by ją bronić, rzucają się na niego, zaczynają brutalnie pacyfikować.

Biegną za mną, ale się wymykam, udaje mi się rzucić w jeszcze jeden samochód. Nie wiem, kto jest w środku, bo szyby mają przecież przyciemnione. Żółtko spływa po szybie.

Policjanci, nie ma ich wielu, może 10-12, rozproszeni, biegają, szamocą się z nami.

I żeby było śmieszniej, ciągle im wypadają pałki, walają się po chodniku, co powiększa ten cały absurd.

Widzę, co robią z Rafałem. Zakładają mu dźwignię na kark, głowę przytrzymują kolanem, biją po udzie, rzucam się w ich kierunku, chcę, żeby go przestali dusić. Krzyczę „Czy wyście zwariowali?”. Dwóch łapie mnie od tyłu, jeden od Rafała wywraca się na mnie, upada, lecimy jak domino.

Przygniatają mnie do ziemi, rzucam się, bo widzę, że cały czas duszą Rafała. Krzyczę „Co wy robicie? Dusicie człowieka!”. Każą mu prostować nogi, nie wiem po co.

Solidnie mnie gniotą, aż jakiś starszy pan podskakuje: „Zostawcie kobietę”. To wszystko odbywa się wśród przechodniów, musi wyglądać makabrycznie.

Ile jaj udało się rzucić? Może kilkanaście, dużo się, cholera, zmarnowało. Zostały na chodniku w reklamówkach. Podobno później policja spisywała ludzi za podejrzenie posiadania jajek.

No dobra, zgarniają nas, ja leżę na ziemi, szarpią mnie, aż boli, ale nie przychodzi mi do głowy, że zakładają kajdanki, raczej myślę, że mają przyjemność w wykręcaniu rąk.

Jak do mnie dochodzi, co chcą mi zrobić, stawiam opór, nie chcę mieć kajdanek, bo kajdanki zakłada się przestępcom.

Wszyscy już zgarnięci, a oni wciąż się pastwią nad moimi rękami. W końcu im się udaje.

Suka

Wyprowadzają mnie do radiowozu, ciągną do osobnej suki, ale się nie daję, sama się pakuję, do tej, w której jest Rafał i Ania. Zamykają drzwi i jedziemy. Nas troje, czterech policjantów, plus dwóch koło kierowcy, strasznie nabuzowani.

Ręce mam wciąż skute z tyłu. Chcę się tego pozbyć, to upokarzająca sytuacja, nie chcę tego mieć na rękach. Mam drobne dłonie, udaje mi się wyjąć prawą, potem lewą. Rzucam im kajdanki: „Nie potraficie nawet założyć kajdanek”.

Wyglądają na przerażonych, jakbym ich miała zaraz zjeść.

Chcę zadzwonić do prawnika, ale jeden z nich cały czas wyrywa mi telefon.

Zatrzymują się pod Dziekanką [na Krakowskim Przedmieściu w połowie drogi do Placu Zamkowego – red.]. Mówią, że jest za ciasno i że wyprowadzą mnie do innej suki. Nie ma takiej opcji! Zaczynają mnie wyciągać, współjajcarze mnie bronią. To mówią, że OK, wezmą nas obie z Anią.

„A kolega zostanie i nie wiadomo, co mu zrobicie” – stawiamy się, ale nas wywlekają. I wtedy pojawia się taki niższy policjant, spokojniejszy, chce rozładowywać sytuację.

Umowa

Pyta, na czym polega problem. Że nas rozdzielili i nie ufam w to, co tam się stanie.

„Proszę wyjaśnić kolegom, że nie jesteśmy terrorystami. Mam nastoletnią córkę, piszę książki, ale jak się dzieją w kraju takie rzeczy, to ktoś musi zaprotestować” .

Niższy przyrzeka, że wszystko będzie correct, że pójdzie do tamtej suki i powie, że zawarliśmy umowę, że nic złego się koledze nie stanie. Tak robi.

Spisują nas. Nam z Anią stawiają zarzut z kodeksu wykroczeń art. 76.

[Art. 76. Kto rzuca kamieniami lub innymi przedmiotami w pojazd mechaniczny będący w ruchu, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny – red.].

Teraz wszyscy są już aż nadmiernie poprawni. Niższy uspokaja, że grozi nam tylko grzywna. Pytają, czy nie potrzebujemy lekarza.

Niższy prosi o podanie motywacji. Od początku mam wrażenie, że chce nas bronić, żeby nie wyszło, że to był zamach albo coś takiego. Mówię, że będę składać zażalenie na nadmierne użycie siły i nieuzasadnione użycie kajdanek. Kiwa głową.

Po godzinie nas wypuszczają, podjeżdża adwokat, Rafał też wychodzi ze swojej suki, ale z innym zarzutem, dość dziwnym jak na tę sytuację, z art. 244.

[Art. 244 Kodeksu karnego: Kto nie stosuje się do orzeczonego przez sąd zakazu zajmowania stanowiska, wykonywania zawodu, prowadzenia działalności, prowadzenia pojazdów, wstępu do ośrodków gier i uczestnictwa w grach hazardowych, wstępu na imprezę masową, przebywania w określonych środowiskach lub miejscach, nakazu okresowego opuszczenia lokalu zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonym, zakazu kontaktowania się z określonymi osobami, zakazu zbliżania się do określonych osób lub zakazu opuszczania określonego miejsca pobytu bez zgody sądu albo nie wykonuje zarządzenia sądu o ogłoszeniu orzeczenia w sposób w nim przewidziany, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5].

Facebook

Wracam do domu około 22.00. Opisuję, co się stało, wrzucam zdjęcia na FB. Do północy jest 1200 udostępnień. Często to, co robimy – nie ma znaczenia, czy jako Obywatele RP, czy jako Strajk Kobiet – pozostaje bez echa. Tak jak happening w czwartek [7 grudnia – red.], kiedy wyrwaliśmy się po dachach z obławy policyjnej na Wilczej i stanęliśmy na Nowogrodzkiej z hasłami z czasów komuny „PiS przewodnią siłą narodu”, „Towarzysz Antoni gwarantem owocnej współpracy bratnich narodów” i – nomen omen – „Wichrzycielom krępować ręce!”.

A teraz robi się jajeczna afera. Najpierw są same pozytywne reakcje. Ale w sobotę rusza hejt. Że jestem z NKWD (samo nazwisko mówi wszystko!), ubeckie dziecko, że brzydka. Klasyka hejtu.

Po północy Facebook zdejmuje mój wpis, bo „namawia do przemocy lub zawiera drastyczne sceny przemocy”. Puszczam informację, że zdjęto ten post, ale i ją też zdejmują.

Jaja

Paweł Kasprzak [lider Obywateli RP] odcina się od akcji. Nie, nie jestem na niego osobiście zła, wszyscy jesteśmy zmęczeni, mamy poczucie, że  poruszamy się w bagnie. Jaja nie mieszczą mu się w etosie? OK, ale chyba przeoczył, że agresja pojawiła się, gdy broniliśmy nawzajem swej godności i że policja użyła kajdanek. Jeżeli za jajami idą kajdanki, to co dalej?

  • Zobacz komentarz Pawła Kasprzaka na FB

    Jeszcze raz. Bardzo przepraszam wszystkich zainteresowanych, zwłaszcza odważnych uczestników wczorajszych wydarzeń pod Pałacem Prezydenckim. Tych, którzy obrzucili jajami rządową kolumnę samochodów. Oraz wszystkich lajkujących i chwalących niewątpliwą odwagę tych, którzy tam byli. Jeśli jednak Obywatele RP mają dopuszczać rzucanie jajami w kogokolwiek, to ja przestaję być Obywatelem RP.

    Mam również wątpliwości co do oceny brutalności policji w tym przypadku. Coś poleciało w stronę rządowych limuzyn. Ocena, czy to żart, czy zagrożenie, nie jest czymś, co powinno zajmować w akcji, w której nie ma czasu na studiowanie nagrań z monitoringu.

    Same jaja wystarczą mnie samemu do oceny. Ale dodam kolejny banał: najpierw lecą jaja, potem race, a potem bruk – i to wcale nie na końcu.

    Dla mnie to jest śmiertelnie poważna sprawa. Nie żart. Nie wolno robić takich rzeczy. W obronie konstytucji również. Proszę o opamiętanie. Także w komentarzach o chwale naszych bohaterów.

Jestem latynamerykanistką i wiem, jak wyglądają protesty na świecie. Jajka to klasyk i dziecinada wobec skali destrukcji kraju, jakiej dopuszcza się partia. Jeśli władza boi się jaj kobiet, to musi naprawdę srać w gacie.

Jedno jest ważne: my nie rzucaliśmy w ludzi, a tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny, jak skakanie przez barierki pod Sejmem.

Chyba miałabym problem z rzucaniem jajkiem nawet w prezesa.

Co innego możemy robić?

Gombrowicz

Pytasz, jak się ma do tego Gombrowicz? Raczej nijak. Albo inaczej: To pisarz doskonale parodiujący gatunki, wyczulony na groteskę. A czymże jest to zdarzenie z jajami?

Gombrowicz to moja profesja, jestem gombrowiczolożką, jego biografką, ale jestem też obywatelką, mogłabym protestować równie dobrze jako dentystka czy murarka.

To także kwestia charakteru. W działalności opozycyjnej używam tej samej zawziętości i poświęcenia, co przy pisaniu dwóch tomów o Gombrowiczu, traktuję to tak samo poważnie. Tyle, że przy Gombrowiczu nie było tyle biegania.

Gombrowicz na pewno by jajkami nie rzucał. Fizycznie był, jak sam mówił, tchórzem, bał się konfrontacji. Ale nadrabiał w sferze ducha i tu był bezkompromisowy.

Jego odwaga intelektualna była ponadprzeciętna. Napisał coś tak radykalnego jak „Trans-Atlantyk”, ale przemykał się po ulicach Buenos Aires, żeby go za to jakiś Polak nie dorwał.

Nie, ja się jakoś nie boję.

To znaczy, przeraża mnie sytuacja w Polsce. Aż się boję  otwierać rano kompa z wiadomościami. Nie mówiąc o tym, że boję się o dorastającą córkę. Ale konfrontacji z władzą się nie boję i nie ustąpię.

Jako 15-latka przeczytałam „Dzienniki” Gombrowicza i zostałam na całe życie impregnowana na propagandę i na ideologię, na wszystko to, co nie pochodzi z krytycznego myślenia. Na całą tę „polskość”, z której Gombrowicz chciał nas – Polki i Polaków – wyprowadzić.

Ojczyzna

Siła rażenia Gombrowicza jest duża. Na spotkaniach autorskich ludzi porusza jego widzenie polskości. Bo potrzeba nam autorytetów, które by objaśniały Polskę. Generalnie, jesteśmy strasznie niedojrzali jako naród i dlatego dajemy się karmić takimi bajkami, jak żołnierze wyklęci, Smoleńsk, uchodźcy, którzy przyjdą i zabiorą nam Polskę. Wszystko mamy nieuporządkowane, nieprzemyślane.

Gombrowicz powraca tam, gdzie coś zaczyna się sypać, sprawdza się w miejscach zmarginalizowanych, peryferyjnych, gdzie coś tąpnęło, jak podczas kryzysu w Argentynie albo u nas dzisiaj. On nie daje odpowiedzi, ale jest w stanie wskazać kierunki.

Nam już nie został nikt. Jeśli nie zrozumiemy lekcji Gombrowicza, to nic nie zrozumiemy i przegramy wszystko.

Ta Ojczyzna, potwór – jak pisał w „Trans-Atlantyku” – nas przygniata, ten zbiór głupot i uproszczeń wziętych z przeszłości, pielęgnowanych przez

ludzi, którzy są u władzy, celebrujących dziada pradziada. Kaczyński jest przecież cały z PRL, nie zna świata, nawet nie chce poznać. Piotrowicz jest z PZPR. Opozycja też raczej oldskulowa.

Dlatego młodzi skąpią uczestnictwa w protestach, bo nie czują, by mieli jakąś reprezentację. Te wszystkie stare dziady powinny wreszcie odejść, zostawić miejsce Synom. Zamiast tego do ideologii z przeszłości dodają ingrediencje z innych staruchów, a to z Orbána, a to z Putina. Nawet dyktatury nie potrafią urządzić oryginalnie.

Inna rzecz, że w Polsce nie ma miejsca na nic oryginalnego, nie ma tu szansy na żadną trzecią drogę. Albo będziemy zmierzać dalej w objęcia Wschodu, albo uda nam się to zastopować i zostaniemy w bezpieczniejszej sferze kultury Zachodu.

*Klementyna Suchanow badaczka życia i twórczości Witolda Gombrowicza oraz historii i literatury Ameryki Łacińskiej. Autorka „Argentyńskich przygód Gombrowicza” (2005) i „Królowej Karaibów” (2013), a także dwutomowej biografii „Gombrowicz. Ja, geniusz” (2017), która wzbudziła ogromne zainteresowanie.


Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym