21 lutego 2021

Ewa Kulik o Janie Lityńskim: Umarł tak, jak żył, ratując naszych braci mniejszych

Pierwsza myśl: umarł tak, jak żył, idąc za odruchem serca, ratując naszych braci mniejszych. Próbował wyciągnąć swojego ukochanego pieska z Narwi. Może to lepsza śmierć, niż gdyby go dopadł covid albo rak. Może ta  śmierć bardziej pasuje do biografii tego naszego pokolenia?

Bo Janek był we wszystkim, co w Polsce najważniejsze i najodważniejsze: za Marzec '68 wyrzucili go ze studiów, dostał dwa i pół roku, w 1976 był wśród założycieli KOR-u, współtworzył słynny „Biuletyn Informacyjny”, w 1977 roku redagował „Robotnika”, nielegalne pismo walczące o niezależny ruch związkowy, w 1980 został doradcą „Solidarności”, 13 grudnia 1981 internowany, potem aresztowany, bo komuniści bali się go wypuścić - opowiada OKO.press Ewa Kulik-Bielińska, dyrektorka Fundacji Batorego, przyjaciółka Jana Lityńskiego jeszcze z czasów opozycji demokratycznej w PRL.

Jan Lityński umarł tragicznie 21 lutego 2021 roku. Miał 75 lat.

A kto Tobie, Janku, napisze nekrolog, skoro Ciebie już nie ma

Mieszkali ostatnio z Elą w domku nad tą Narwią, z trzema psami. Wrzucał na FB zdjęcia Eli z psami i pisał o tym, co pysznego gotuje Eli na kolację. Tak, Janek kochał życie, naprawdę, kochał żyć. I kochał ludzi. Lubił pracować, ale nie był pracoholikiem.

Przyjaźnił się niemal ze wszystkimi. Ze wszystkimi rozmawiał. Nie wiem, co trzeba byłoby zrobić, żeby mu zajść za skórę i żeby zerwał z kimś znajomość.

Był wybitnym intelektualistą, rozdyskutowanym, stale w dialogu, polemice. Perorował, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa, aż czasem trudno było zrozumieć. Miał zawsze jakąś ciekawą teorię, frapujące wyjaśnienie. Trochę jak Wojtek Pszoniak, który umarł pół roku przed Jankiem, ale Pszoniak nauczył się aktorskiego fachu, Janka czasem było trudno zrozumieć.

Ale nie miał w sobie nic z zarozumiałego mądrali, uwielbiał i potrafił rozmawiać z robotnikami nie tylko w czasach KOR, z chłopami. Jak wyszedł po Marcu '68, to pracował też jako robotnik.

Decydujące było to, że był ciekawy ludzi, ciekaw świata.

Tak zresztą się poznaliśmy w Krakowie w 1979 roku, dokąd przyjechał, żeby zobaczyć, co to za ludzie robią Studencki Komitet Solidarności. Zaprzyjaźnił się wtedy z Różą Woźniakowską, z Maleszką, Wildsteinem, Sonikami, ze mną. Lubił do nas przyjeżdżać.

Pisał, dużo pisał, zawsze pisał. Do „Robotnika”, do „Tygodnika Mazowsze”, do „Krytyki” do „Wyborczej”, publikował też na Zachodzie.

W sierpniu 2020 układaliśmy razem nekrolog dla Henia Wujca, z którym się oboje przyjaźniliśmy i dziś od razu pomyślałam: a kto Tobie, Janku, napisze nekrolog, skoro Ciebie już nie ma.

W stanie wojennym ukrywaliśmy się razem przez dwa lata. Janek dołączył do RKW [Regionalnej Komisji Wykonawczej Mazowsza podziemnej Solidarności], współtworzył ją ze Zbyszkiem Bujakiem, Wiktorem Kulerskim i moim mężem Konradem Bielińskim. Po prostu nie wrócił z przepustki na komunię córki w 1984 roku. Ja prowadziłam biuro, organizowałam całą pracę.

Ukrywanie się z nim i cała ta podziemna robota były bardzo fajne, bo w każdej sytuacji potrafił znaleźć dobre strony. Mimo pozornej nerwowości w sposobie bycia, był w nim spokój i pewnego typu optymizm, a może zgoda na rzeczywistość.

Właśnie w podziemiu zaczął gotować, aby ratować resztki normalności, zapraszał nas - w warunkach konspiracyjnych - na kolację.

Kiedy my z Konradem i Zbyszkiem wpadliśmy w maju 1986, Janek i Wiktor ocaleli, choć ich łączniczka też już była namierzona.

Ciągnęło go do polityki, fascynowała go. Ale wolał być raczej na drugim planie, nie pchał się do przodu. Chyba mniej udany był epizod doradcy u prezydenta Bronisława Komorowskiego - miał zamiar zająć się reformą wymiaru sprawiedliwości, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Kampania 2015 roku też nie była sukcesem.

Jak na polityka był może trochę zbyt inteligentny i za mało próżny.

Miał dystans do siebie i do „sprawy” przez duże „S”. I fantastyczne poczucie humoru, autoironii. W tych jego żartach z innych było jednak często coś czułego. Miał dużą wrażliwość i uwagę dla ludzi.

Był przenikliwy i błyskotliwy, potrafił nazwać coś skrótem. Uwielbiałam te jego powiedzonka. Jedno z nich nazwaliśmy „prawem Lita”: „Wymyśl coś głupiego, a komuniści na pewno to zrobią”. Po 2015 zamienił „komuniści” na „PiS”.

Notował: Piotr Pacewicz

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne