Fundacja WWF Polska twierdzi, że zastąpienie oleju palmowego innymi olejami wiązałoby się z niekorzystnymi zmianami dla środowiska. Dlatego najlepszym rozwiązaniem ma być stosowanie oleju palmowego z upraw certyfikowanych. To nieprawda. Eko-certyfikacja budzi poważne wątpliwości, a alternatywą mogą być oleje wytwarzane lokalnie – pisze dr hab. Andrzej Węgiel

W momencie, gdy wielu konsumentów w Polsce zyskało świadomość, że spożywanie oleju palmowego jest nie tylko niekorzystne dla zdrowia, ale przede wszystkim przyczynia się do utraty ogromnych połaci lasów deszczowych, w mediach zaczęły się pojawiać informacje, że bojkot oleju palmowego nie ma sensu. Przekonywała do tego Fundacja WWF Polska, która w na początku 2019 roku opublikowała raport „Wpływ konsumpcji oleju palmowego w Polsce na globalne środowisko naturalne i analiza możliwości jego zastąpienia przez inne oleje roślinne”.

Rekomendacje tam zawarte mówią, że zastąpienie oleju palmowego innymi olejami roślinnymi wiązałoby się z bardzo niekorzystnymi zmianami dla środowiska. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest stosowanie oleju palmowego z upraw certyfikowanych. Tak radykalny wniosek kompletnie wywraca sposób postrzegania tego produktu. Zatem, czy na pewno powinniśmy polubić olej palmowy i przestać go unikać?

Nie, bo – jak pokazują badania – eko-certyfikacja budzi wątpliwości, a alternatywą mogą być oleje wytwarzane lokalnie.



Dlaczego właśnie olej palmowy?

Olej palmowy pozyskiwany jest z olejowca gwinejskiego na licznych plantacjach w strefie klimatu tropikalnego. W produkcji tego oleju przodują dziś dwa państwa – Malezja i Indonezja. To z nich pochodzi 85 proc. oleju palmowego pompowanego na światowy rynek. Jednak w kolejce po zyski z jego produkcji ustawiają się takie kraje jak Brazylia, a także państwa Afryki równikowej, co jest już śmiertelnym zagrożeniem dla lasów tropikalnych tego rejonu świata.

Olej palmowy trafia do biopaliw, produktów spożywczych, kosmetyków, a nawet do pasz dla zwierząt na całym świecie. Dziś Unia Europejska znajduje się w konsumenckiej czołówce wykorzystującej najwięcej tego surowca.

Plantacje palmy olejowej często zakładane są na miejscu lasów tropikalnych, a zyski z wycinki drzew pokrywają koszty jej założenia.

Olej jest tani ze względu na wysoką wydajność jego plantacji oraz niewielkie koszty ziemi i siły roboczej w miejscach ich zakładania. Do tego dochodzi korupcja i luki w miejscowym prawie. Nie bez znaczenia jest również łatwy proces przetwarzania tego oleju.

Jak „zielona” jest certyfikacja?

Certyfikat RSPO (Roundtable of Sustainable Palm Oil) ma być sposobem na przekonanie biznesu i konsumentów do korzystania z oleju palmowego ze zrównoważonych plantacji. RSPO powstało w 2004 roku, a jego członkami są plantatorzy, producenci i sprzedawcy produktów zawierających ten surowiec oraz organizacje zajmujące się ochroną przyrody. Nie dziwi zatem, że WWF, który jest członkiem tego konsorcjum, zajmuje się promocją RSPO.

Niestety, certyfikacja RSPO jest bardzo kontrowersyjna i obecnie nie budzi zaufania. Kolejne raporty pokazują, że korporacje zrzeszone w RSPO zachowują się w stosunku do środowiska niewiele bardziej odpowiedzialnie niż te niezrzeszone.

Niektóre z nich wciąż niszczą szczególnie cenne lasy i zanieczyszczają środowisko. Z kolei RSPO nie chce stracić swoich członków i jest bardzo łagodne w wyciąganiu wobec nich konsekwencji. Ponadto, w ostatnim czasie RSPO skupia się bardziej na prowadzeniu „zielonej propagandy”, niż na rozwiązywaniu tego typu problemów.

W 2019 roku w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Science of the Total Environment” ukazała się publikacja, której autorzy dowodzą, że certyfikowany olej palmowy nie musi być wcale zrównoważony.

Różnica między certyfikowaną a niecertyfikowaną plantacją nie jest aż tak duża. Na obszarach objętych certyfikacją RSPO odnotowano degradację siedliska wywołaną przez wylesienia czy celowe wzniecanie pożarów.

Największa wycinka była obserwowana tuż przed i po uruchomieniu systemu certyfikacji. W latach 2001-2016, których dotyczyło wzmiankowane opracowanie, Indonezja, Malezja i Papua Nowa Gwinea utraciły ponad 30 milionów hektarów lasów. Autorzy innej publikacji naukowej w „Environmental Research Letters” dowodzą, że

w latach 2009-2014 śmiertelność orangutanów była taka sama na certyfikowanych i na niecertyfikowanych plantacjach oleju palmowego. W obu przypadkach pogorszyły się również warunki życia lokalnej społeczności.

IUCN (Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody) w raporcie „Oil palm and biodiversity” stwierdza, że większość oleju palmowego jest produkowana z pominięciem zasad ochrony środowiska. Organizacja pokłada nadzieję w wytworzeniu zapotrzebowania na olej palmowy, który będzie „czysty” z punktu widzenia wpływu na przyrodę. Zauważa przy tym, że obecny system certyfikacji nie daje konsumentom takiej pewności.

Wbrew temu, co twierdzą zwolennicy RSPO, nie jest możliwa intensywna uprawa palmy olejowej bez szkody dla środowiska. Plantacje prowadzone zgodnie z zasadami certyfikacji mogą jedynie to negatywne oddziaływanie ograniczyć.

Ponadto, rosnącego zapotrzebowania na ten surowiec nie będzie się dało zaspokoić bez zakładania nowych plantacji na obszarach lasów deszczowych.



Malowanie oleju na zielono

Ze wspomnianego raportu WWF wynika, że nie ma już możliwości zastąpienia oleju palmowego na polskim rynku. W podsumowaniu czytamy, że „całkowite zastąpienie oleju palmowego w Polsce wiązałoby się z bardzo niekorzystnymi zmianami związanymi z zagospodarowaniem lądu, emisjami dwutlenku węgla oraz utratą różnorodności biologicznej”. Oraz że „zaproponowany scenariusz wymagałby stworzenia upraw, które zajęłyby powierzchnię prawie czterokrotnie większą niż obecnie używana do produkcji oleju palmowego”.

A jednak tak nie jest i dziwić może, skąd wzięły się takie wnioski. Przy tworzeniu scenariusza „bez oleju palmowego” autorzy raportu przyjęli trzy błędne lub co najmniej wątpliwe założenia.

Po pierwsze, uznano, że olej palmowy musi być zastępowany innymi olejami.

Jednak zdecydowana większość produktów żywnościowych zawierających olej palmowy jest niezdrowa i w zasadzie zbyteczna w naszej diecie. Możemy łatwo z nich zrezygnować bez konieczności substytucji.

Po drugie, założono, że większa powierzchnia upraw roślin oleistych musi oznaczać większą utratę bioróżnorodności. Tyle że porównywanie hektara tropikalnego lasu deszczowego z hektarem lasu strefy umiarkowanej, a tym bardziej z terenami rolniczymi jest pozbawione sensu. Lasy deszczowe zajmują jedynie 7 proc. całkowitej powierzchni globu, ale charakteryzują się ogromną różnorodnością biologiczną, znacznie wyższą niż potencjalne miejsca uprawy innych roślin oleistych.

Po trzecie, wysoka wydajność olejowca gwinejskiego dotyczy nowo założonych plantacji i może się utrzymywać co najwyżej przez kilkadziesiąt lat.

Intensywna uprawa powoduje bardzo szybką degradację gleby – erozja, zakwaszanie w związku ze stosowaniem nawozów – prowadzi do obniżenia poziomu wód gruntowych i do zanieczyszczenia rzek.

Niektóre z trzydziestoletnich plantacji na Borneo stały się już bezużytecznym pustkowiem. Podczas gdy na przykład w Europie grunty do uprawy roślin oleistych – przy racjonalnym użytkowaniu – można wykorzystywać przez tysiące lat. Zatem w dłuższej perspektywie czasu wydajność plantacji palmy olejowej wcale nie musi być wyższa niż innych roślin oleistych. Uzyskana w raporcie konkluzja – że nie ma alternatywy dla stosowania oleju palmowego w Polsce – jest prostą konsekwencją tych założeń.



Scenariusz „bez oleju palmowego” jest w Polsce możliwy

W Europie mamy nadprodukcję żywności i istnieją jeszcze spore rezerwy gruntów rolnych, które mogą być przekształcone na plantacje rodzimych roślin oleistych. W Polsce mamy sytuację, w której wiele pól leżących odłogiem ponownie zaczęło być użytkowanych ze względu na dopłaty unijne. Wystarczyłoby zmienić system dopłat w taki sposób, by zachęcał do uprawy rzepaku czy słonecznika i sytuacja diametralnie się zmieni.

Na naszym kontynencie nie ma też zagrożenia, że zwiększenie areału upraw rolniczych odbędzie się kosztem lasów. Tendencja jest dokładnie odwrotna, nieużytkowane grunty rolne są systematycznie przekształcane na lasy.

Niezgodny z prawdą wydaje się również argument związany ze zwiększeniem emisji dwutlenku węgla przy rezygnacji z oleju palmowego. Większe wykorzystanie rodzimych roślin oleistych wcale nie prowadzi do wyższej emisji tego gazu. Dwutlenek węgla uwalnia się w największych ilościach przy wylesieniach, pożarach lasu i wypalaniu torfowisk przy zakładaniu nowych plantacji olejowca gwinejskiego. W warunkach europejskich takich praktyk się nie stosuje. Do tego zredukowane zostałyby emisje z transportu morskiego, ponieważ oleje byłby produkowane i konsumowane na tym samym kontynencie.

Alternatywą dla palmowego mogą być oleje roślinne wytwarzane lokalnie – słonecznikowy, rzepakowy, czy też olej z oliwek.

Z pozaeuropejskich olejów na uwagę zasługuje olej shea wytwarzany z masłosza Parka, ponieważ jest produkowany w suchej strefie i nie odbywa się to kosztem lasów deszczowych. Ciekawą alternatywą może być również olej z alg, ale wciąż produkuje się go za mało. Tak czy inaczej, w Polsce nie musimy być skazani na olej palmowy.

Dr hab. Andrzej Węgiel jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i inicjatorem akcji „Nie jem palmowego. Chronię orangutany”.



Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press