Prawa autorskie: Patryk Ogorzalek / Agencja GazetaPatryk Ogorzalek / Agencja Gazeta
25 września 2020

Kaczyński, superwicepremier od bezpieczeństwa, czyli zła polska tradycja

Specjalne miejsce dla Kaczyńskiego w rządzie - wicepremier i szef komitetu ds. bezpieczeństwa - to powtórka z polskiej historii. Już tworzyliśmy nowe instytucje dla Piłsudskiego, Kiszczaka i Wałęsy

Po wielodniowych i pełnych napięcia negocjacjach wewnątrz Zjednoczonej Prawicy koalicjanci doszli do porozumienia. Jarosław Kaczyński, prezes PiS, ma wrócić do rządu na stanowisko wicepremiera - zostanie wicepremierem i szefem komitetu ds. bezpieczeństwa. Będą mu podlegać ministerstwa obrony, spraw wewnętrznych i administracji oraz sprawiedliwości. Będzie to pierwsze stanowisko rządowe dla Kaczyńskiego za drugich rządów PiS (był premierem w latach 2006-2007).

Stanowisko - stworzone specjalnie dla Kaczyńskiego! - „szefa komitetu ds. bezpieczeństwa” to nowość w polskim systemie rządów.

Sama nazwa tej instytucji (komitet do tej pory nie istniał i nie wiadomo, czy w rzeczywistości będzie się składał z kogokolwiek poza szefem) nasunęła wielu komentatorom złe skojarzenia. W PRL działał w latach 1954-1956 Komitet ds. Bezpieczeństwa Publicznego, a w rewolucyjnej Francji w latach 90. XVIII w. - Komitet Ocalenia Publicznego oraz Komitet Bezpieczeństwa Powszechnego. We wszystkich wypadkach były to nadzwyczajne organy, skupiające wielką władzę, w tym nad policją czy służbami specjalnymi, będące częścią reżimów stosujących przemoc wobec przeciwników politycznych i zwykłych obywateli.

Nie wiadomo, do czego służyć ma komitet, na którego czele stanie Kaczyński - spekulacje mówią raczej, że prezes PiS wejdzie w skład rządu po to, aby ograniczyć samowolę Zbigniewa Ziobry (ewentualnie po to, aby Ziobro nie musiał odpowiadać przed premierem Mateuszem Morawieckim, z którym podobno nie rozmawia). Pisaliśmy o tym obszernie:

Najpierw szef, potem urząd

Nowością jest stanowisko Kaczyńskiego, ale nie sam mechanizm stworzenia specjalnie dla niego „komitetu”. Polska ma długą tradycję - sięgającą stulecia - tworzenia instytucji i stanowisk specjalnie dla wybranych polityków: po to, by dać im nadzwyczajne uprawnienia albo aby pokazać, że mają wyjątkowy status. To nie jest wynalazek PiS.

Przypomnijmy:

* W II RP istniało stanowisko Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Od początku - kiedy zaczęto o nim dyskutować w 1923 roku - było ono projektowane „pod” Józefa Piłsudskiego. W Polsce rządziła jednak wówczas wroga Piłsudskiemu prawica i ostatecznie utworzono je dopiero w sierpniu 1926 roku dekretem prezydenta Ignacego Mościckiego, zainstalowanego po zamachu stanu w maju 1926 roku przez Piłsudskiego.

GISZ odpowiadał tylko przed prezydentem i miał bardzo rozległe uprawnienia oraz wyróżniony status, np. według konstytucji z kwietnia 1935 roku wchodził - obok marszałków Sejmu i Senatu, premiera i pierwszego prezesa Sądu Najwyższego - do grona „elektorów” wybierających prezydenta. W czasie wojny GISZ miał być wodzem naczelnym.

* We wrześniu 1989 roku Rada Ministrów PRL powołała Komitet Koordynacyjny Rady Ministrów do Spraw Przestrzegania Prawa. Przewodniczącym został minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak (było to już za rządu Tadeusza Mazowieckiego, ale Kiszczak nadal był ministrem spraw wewnętrznych). Rolą komitetu było - jak czytamy w uchwale - „dokonywanie analiz”, „rozpoznawanie zakresu zjawisk patologicznych” oraz „koordynowanie realizacji zadań ujętych w rządowym programie zwalczania przestępczości”.

Kiszczak był ministrem do lipca 1990 roku, nadzorując m.in. proces niszczenia części akt Służby Bezpieczeństwa.

* W 1992 roku została uchwalona tzw. „mała konstytucja”, czyli bardzo szeroka nowelizacja konstytucji PRL. Obowiązywała do przyjęcia nowej konstytucji w 1997 roku. Była pisana „pod” Lecha Wałęsę - i dawała prezydentowi m.in. „ogólne kierownictwo” w dziedzinie polityki zagranicznej i „dziedzinie zewnętrznego i wewnętrznego bezpieczeństwa państwa”.

Szybko trzy resorty - spraw zagranicznych, obrony i spraw wewnętrznych - nazwano „prezydenckimi”, a Wałęsa rościł sobie uprawnienia do decydującego głosu w ich obsadzie. Prowadziło to do konfliktów większości sejmowej z prezydentem - wcześniej legendą walki o wolność, ale w latach 90. posądzanym o skłonności autorytarne, a nawet dążenie do wprowadzenia dyktatury wojskowej. „Resorty prezydenckie” nie były formalną nazwą, wymyślili ją politycy i dziennikarze, ale powszechnie je wówczas tak nazywano.

W Polsce na odwrót niż w stabilnych demokracjach

Co łączy te wszystkie przypadki? Tworzenie instytucji dla szczególnie ważnych i wpływowych polityków.

W krajach o ustabilizowanej demokracji działa to na odwrót - instytucje trwają, niekiedy przez wiele dziesiątków lat czy stulecia, a politycy konkurują, aby stanąć na ich czele. W Polsce we wszystkich wymienionych sytuacjach było dokładnie odwrotnie.

To instytucje tworzono po to, aby dać określonym osobom większą władzę albo podkreślić ich wyjątkowy status.

Tak jest też dzisiaj z Kaczyńskim, który uzyska specjalny status szefa komitetu nadzorującego trzy resorty - w tym równocześnie resort spraw wewnętrznych i sprawiedliwości, a więc kluczowe dla przestrzegania rządów prawa w Polsce. OKO.press wielokrotnie od początku istnienia naszego portalu pisało o tym, w jakim lekceważeniu PiS ma instytucje państwa polskiego - zaczynając od Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego - oraz jak często powołuje różne instytucje tylko po to, aby zrealizować swoje polityczne cele (np. Izbę Dyscyplinarną SN). Nominacja Kaczyńskiego to tylko kolejny krok na tej drodze.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne