Prawa autorskie: AFPAFP
03 listopada 2022

Kanclerz Scholz jedzie do Chin z mantrą „business first" i nie słucha krytyków

Władze niemieckie nadal utożsamiają interesy wielkiego biznesu z interesem państwa i wpatrzone w krótkoterminowe zyski lekceważą odleglejsze zagrożenia. Ale to podejście - którego symbolem jest wizyta niemieckiego kanclerza w Chinach – budzi coraz więcej kontrowersji, również w samych Niemczech

Zaplanowana na 4 listopada wizyta niemieckiego kanclerza Olafa Scholza w Pekinie nie cieszy wielu niemieckich polityków ani innych europejskich przywódców. Nowy kanclerz usiłuje podążać ścieżką wydeptaną przez swoich kilku poprzedników, która przez kilka dekad sprawdzała się przynosząc Niemcom niemałe korzyści. Od chwili nawiązania kontaktów bilateralnych pomiędzy Niemcami a Chinami w 1972 roku niemieccy kanclerze odwiedzili Pekin 22 razy. Wizyty Helmut Kohla w latach 80. i 90. ubiegłego wieku pomogły wejść niemieckim koncernom do Chin, a relacje były tak dobre, że pierwszą zagraniczną instytucją kulturalną w Chinach został otwarty w 1988 roku Instytut Goethego.

Wydarzenia na placu Tian’anmen na kilka lat wstrzymały podróże, ale przestój nadrobił Gerhard Schröder, którego dobre relacje z władzami chińskimi pozwoliły niemieckiemu biznesowi wyprzedzić rywali z innych państw. Angela Merkel, zazwyczaj w towarzystwie potężnej świty przedstawicieli biznesu, pomiędzy 2006 a 2019 rokiem odwiedziła Chiny aż 12 razy. Wraz ze wzrostem potęgi i pewności siebie Chin, role zaczęły się odwracać – to Niemcy stały się stroną mówiącą o konieczności wzajemności, respektowania praw inwestorów i transparentności.

Polityki Merkel ciąg dalszy

Scholz będzie pierwszym przywódcą z G7, który odwiedzi Chiny po pandemii. Przez trzy lata świat drastycznie się zmienił. Stosunki USA-Chiny są wyjątkowo napięte i nic nie zapowiada odwilży. Napaść Rosji na Ukrainę i nałożone na Moskwę sankcje w zupełnie innym świetle stawiają przyszłość współpracy z innymi autorytarnymi krajami. Prezydent Francji, który w 2019 r. zaprosił do Paryża na spotkanie z przewodniczącym Xi kanclerz Merkel i przewodniczącego Komisji Europejskiej Junckera, publicznie wyraził niezadowolenie z samodzielnej wizyty Scholza, ujawniając, że chciał do niej dołączyć, ale dostał kosza.

Wizyta kanclerza ma się więc nijak do zmienionej sytuacji na świecie, czy publicznych deklaracji, że Unia powinna występować przed Chinami jako całość, a poszczególne państwa unikać dogadywania się z nimi za plecami reszty krajów członkowskich.

Moment odwiedzin wybrany jest dość niefortunnie. Właśnie zakończył się 20. Zjazd KPCh, na którym przewodniczący Xi dokończył cementowanie własnej potęgi i dobitnie zakomunikował, że gospodarka nie jest już priorytetem. Nie ogłosił zmian w polityce zero covid i wygląda na to, że lockdowny i ograniczenia będą nadal pustoszyć gospodarkę i nękać obywateli. Chiny, coraz pewniejsze siebie i asertywne, zdają się wierzyć we własne propagandowe hasła o “śmierci Zachodu”, otwarcie stają po stronie Rosji i nie mają wcale ochoty (a może możliwości?) przywoływać sojusznika do pionu i nakłonić do deeskalacji.

Patrząc na zachowanie Scholza można uznać, że nowy kanclerz usiłuje kontynuować politykę Merkel. To dzięki jego wsparciu ostatecznie udzielono zgody na kupno przez chińską rządową firmę transportową Cosco 24,9 proc. udziałów (pierwotnie miało to być 35 proc.) w jednym z terminali w porcie hamburskim. Zrobiono to pomimo tego, że negatywną opinię przedstawiło aż sześć ministerstw, a Bruno Kahl, szef niemieckiej służby bezpieczeństwa zagranicznego, ostrzegł przed „bolesnym uzależnieniem” kraju od Chin podczas debaty komisji Bundestagu na temat inwestycji zagranicznych. Argumentem na rzecz sprzedaży części infrastruktury krytycznej chińskiej firmie państwowej miało być to, że porty w Rotterdamie i Antwerpii, konkurenci Hamburga, już cieszą się chińskimi pieniędzmi.

Otwarcie prochińska postawa kanclerza nie podoba się zarówno opozycji, jak i sojusznikom z koalicji.

Lider opozycyjnej CDU Friedrich Merz opowiada się za poważnym traktowaniem ostrzeżeń niemieckich służb wywiadowczych o zagrożeniach związanych z uzależnieniem od Chin. Zieloni i FDP, koalicyjni sojusznicy – nie przebierają w słowach. Wiceprzewodniczący FDP Johannes Vogel domaga się „postawienia wyraźnego znaku stop dla Chin”. Minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock z Zielonych powiedziała, że Niemcy nie mogą dalej działać w oparciu o „mantrę Business First” bez uwzględnienia „długoterminowych zagrożeń i zależności”. Poruszyła także kwestię, obecnie już nie tak znów niewyobrażalnego, konfliktu pomiędzy światem zachodnim a Chinami. „Przy każdej inwestycji w niemiecką infrastrukturę krytyczną musimy zadać sobie pytanie, co to może oznaczać w momencie, kiedy Chiny przeciwstawiłyby się nam jako demokracji i wspólnocie wartości”. To samo mówi jej partyjny kolega, wicekanclerz i minister gospodarki Robert Habeck, który ogłosił „koniec z naiwnością” w kontaktach Niemiec z Pekinem.

Ministerstwo gospodarki pracuje nad zachętami dla firm obecnych już w Chinach, aby szukały nowych rynków. Nie będzie to łatwe, biorąc pod uwagę, że do tej pory niemiecki biznes miał błogosławieństwo państwa i dostawał publiczne gwarancje dla nowych inwestycji w Chinach.

Do grona polityków, którzy nabrali dystansu do Chin dołączył także prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, który podczas wizyty w Kijowie stwierdził, że „musimy zredukować jednostronne zależności, zwłaszcza w odniesieniu do Chin”. Politycy niemieccy w większości, poza coraz bardziej osamotnionym Scholzem, zdają się dostrzegać konieczność rewizji stosunków z Państwem Środka. Przynajmniej werbalnie, bo na razie nie idą za tym realne zmiany i decyzje.

Ale czy niemiecka gospodarka jest w stanie funkcjonować bez importu i eksportu z Chin i bez przychodów przedsiębiorstw tam zlokalizowanych?

Już nie klient, ale rywal

Scholz najwidoczniej uważa, że nie, bo jak inaczej można wytłumaczyć wizytę w Chinach, na którą kanclerz zabiera zwyczajowy garnitur CEO największych niemieckich koncernów? Według przecieków medialnych wybierają się z nim szefowie takich molochów jak BASF, Volkswagen, Deutsche Bank, BMW, Merck czy Siemens, którym obecność na rynku chińskim przynosi olbrzymie dochody i dla których oziębienie, a nie daj Boże, zamrożenie relacji z Chinami oznaczałoby miliardowe straty i olbrzymie problemy finansowe. Prawdę mówiąc nie tylko dla nich, bowiem gospodarka niemiecka związała się tak mocno z tym krajem, że obecnie aż milion lokalnych miejsc pracy jest uzależnionych od współpracy z rynkiem chińskim.

Prawie połowa inwestycji europejskich w Chinach jest niemiecka.

Według danych Kiel Institute for the World Economy niemieckie przedsiębiorstwa miały w 2020 roku ponad 6 proc. udział w bezpośrednich zagranicznych inwestycjach (BIZ) w Chinach, trzykrotnie więcej niż amerykańskie. Co więcej, po 2008 roku, czyli od chwili, kiedy zwrot w chińskiej polityce zagranicznej i stosunku do zagranicznych inwestycji zaczął być coraz bardziej widoczny, niemieckie koncerny rozpoczęły dynamiczną rozbudowę swojej bazy produkcyjnej w Chinach. Ich udział w BIZ wzrósł z ok. 5 proc. do 14 proc. W tym czasie udział firm amerykańskich wzrósł z ok. 4 proc. do nieco ponad 6 proc.

Niemieckie koncerny czerpią z Chin znaczną część swoich dochodów i intensywnie lobbują za utrzymaniem jak najlepszych stosunków z reżimem w Pekinie. Nic dziwnego, skoro np. około połowy zysków Volkswagena jest generowanych w Chinach, a BASF, który niedawno otworzył tam wartą ok. 10 mld euro inwestycję, zapowiada znaczne zmniejszenie operacji w Europie ze względu na rosnące koszty i mniejszą rentowność.

Jeszcze przed pandemią Chiny miały 9 proc. udział w popycie końcowym na towary niemieckie, minimalnie tylko mniej niż łącznie pozostałe państwa Azji Wschodniej Południowo-Wschodniej (10 proc.). Zdecydowanie jednak głównym rynkiem dla Niemiec jest UE (39 proc.), USA (12 proc.) i państwa europejskie spoza UE (12 proc.). Niemcy nie tylko są w znacznym stopniu uzależnieni od eksportu do Chin, ta sama zależność występuje przypadku importu. Blisko 76 proc. firm z branży motoryzacyjnej, 71 proc. firm oferujących sprzęt elektryczny, blisko dwie trzecie firm z branży odzieżowej i meblarskiej ma swoje łańcuchy dostaw ulokowane w Chinach. Im większe przedsiębiorstwo, tym bardziej jest zależne od dostaw z Chin. Co gorsza, dotyczy to również surowców i towarów, które miały pomóc w transformacji proklimatycznej naszego zachodniego sąsiada. Chiny przed wybuchem epidemii miały 7 proc. udział wśród zagranicznych źródeł środków produkcji wykorzystywanych przez niemieckie przedsiębiorstwa. To sporo biorąc pod uwagę że cała Azja Wschodnia i Azja Południowo-Wschodnia ma 9 proc. udziału, ale jednak nieco mniej niż udział USA (10 proc.).

Dominującym źródłem środków produkcji wciąż są jednak państwa europejskie, jednak w niektórych kluczowych sektorach Chiny są ważnym dostawcą. Duże przedsiębiorstwa ponad połowę surowców i komponentów kupują w Chinach. Problem leży nie w samym udziale importu z Chin, ale w uzależnieniu niektórych kluczowych sektorów od chińskich dostaw krytycznych surowców i komponentów. Produkcja niemieckich silników elektrycznych jest w obecnie w 65 proc. uzależniona od dostaw surowców z Chin, a instalacji fotowoltaicznych, turbin wiatrowych i robotów przemysłowych – w ponad 50 proc.

Dawna nadwyżka handlowa w handlu z Chinami, która osładzała uzależnienie od drugiej gospodarki świata – zniknęła w 2021 roku. Za część ubiegłorocznego deficytu odpowiadają niezwykle wysokie ceny frachtów, ale w pierwszej połowie 2022 roku jest już szacowany na 41 mld euro i to pokazuje, że rosnąca nierównowaga nie jest przypadkiem, ale już trendem. Spadek eksportu związany jest częściowo z popandemiczną sytuacją, ale także z tym, że obecnie Chiny produkują samodzielnie wiele maszyn czy sprzętu dawniej kupowanego w Niemczech, rośnie także nacjonalizm lokalnych konsumentów, którzy rezygnują z produktów zagranicznych na rzecz krajowych.

Chiny przestały być wymarzonym klientem i zaczynają być rywalem.

„Ludzie zawsze mówią o tym, że Chiny to wielki rynek. Nie, Chiny to ogromna gospodarka z małym dostępnym rynkiem" – mówi Jörg Wuttke, prezes Izby Handlowej Unii Europejskiej w Chinach. Budowana przez kilka dekad symbioza gospodarcza obu państw sprawia, że w tym momencie całkowite zerwanie z Chinami byłoby nieporównywalnie większym szokiem i problemem dla niemieckiej gospodarki niż odcięcie od tanich źródeł energii z Rosji. Nie oznacza to jednak, że nie jest możliwe stopniowe zmniejszanie związków z chińskim rynkiem i dywersyfikacja zarówno eksportu, jak i importu. Do tego potrzebna jest jednak wola polityczna i ograniczenie wpływów niemieckich koncernów na kształtowanie polityki wobec Pekinu.

Scholz jest człowiekiem poprzedniej epoki. Nie umie wyjść poza drobne partykularne interesy, czy to Hamburga, którym rządził przez siedem lat jako burmistrz, czy to Niemiec, na czele których próbuje przekonać świat – bez większych sukcesów – że jego kraj nadaje się na lidera bardziej scentralizowanej i silniejszej unii. Niestety, jeśli Scholz i szefowie niemieckich koncernów pojechali do Pekinu po to, żeby walczyć o przedłużenie obecnego status quo, udowodnią pozostałym krajom Unii Europejskiej, że nie wyciągnęli żadnych wniosków z obecnej sytuacji z Rosją.

Udostępnij:

Katarzyna Sarek

Pracuje w Instytucie Orientalistyki UJ, gdzie prowadzi zajęcia z literatury chińskiej. Jest absolwentką Zakładu Sinologii Wydziału Orientalistycznego UW i Instytutu Archeologii UW. Studiowała język i kulturę Chin na Nanjing Normal University. Obecnie zajmuje się głównie chińską literaturą współczesną, pisuje artykuły, felietony i recenzje. Popularyzatorka wiedzy o Chinach i świecie chińskojęzycznym. Jest autorką ponad 20 przekładów dla dorosłych i dzieci z literatury chińskiej, tajwańskiej i francuskiej. Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne