0:00
0:00

0:00

Protesty w położonym nad wysychającym Morzem Aralskim Karakałpakstanie wybuchły 1 lipca i trwały dwa dni. Ich bilans to co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych, setki rannych i masowe aresztowania, których liczbę trudno oszacować, ze względu na blokadę informacyjną regionu.

W demonstracjach brały udział dziesiątki tysięcy osób.

Od czasu manifestacji w Andiżanie w 2005 roku, które zakończyły się masakrą ludności cywilnej, Uzbekistan nie widział takich tłumów na ulicach.

Papierowa autonomia

W kraju, gdzie za byle post na Facebooku można trafić do więzienia, wyjście na antyrządową demonstrację jest aktem ogromnej odwagi cywilnej lub desperacji.

Mieszkańców Karakałpakstanu do protestu popchnęła decyzja ogólnokrajowego parlamentu Madżlis-e Oli, który kilka dni wcześniej, 25 czerwca, ogłosił projekt nowego referendum o zmianach w konstytucji Uzbekistanu. Miało tam się znaleźć pytanie o usunięcie zapisu o suwerenności Republiki Karakałpakstan i zniesieniu jej prawa do odłączenia się od Uzbekistanu.

"Karakałpakstan od lat boryka się z bardzo poważnymi problemami społecznymi. Bezrobocie jest tam wyższe niż w gdzie indziej w Uzbekistanie, do tego dochodzą kłopoty zdrowotne związane z katastrofą ekologiczną wysychającego Morza Aralskiego. Jest tam najwyższy w kraju wskaźnik śmiertelności dzieci i młodych ludzi, wysoki poziom zachorowań na raka i inne choroby" - opowiada mi Pułat Achunow, uzbecki dysydent i społecznik, mieszkający od lat w Szwecji. - "Ludzie tam mają ogromne poczucie deprywacji. Kiedy do tego doszła próba odebrania im autonomii, zadziało jak kropla przepełniająca czarę goryczy.

Karakałpacy poczuli się poniżeni. Ich protesty to był akt desperacji".

Na zdjęciu - cmentarzysko statków Muynaku nad Jeziorem Aralskim w Karakałpakstanie, fot. Sebastien BERGER / AFP

Dzieje Karakałpakskiej Obłasti

Karakałpacy, podobnie jak Uzbecy, są narodem turkijskim. Ich język jest jednak bardziej podobny do języka kazachskiego niż uzbeckiego. Mają własną, odrębną od uzbeckiej, kulturę i tradycje. Kiedy kilka lat po rewolucji październikowej 1917 roku przerażeni narastającym nastrojami pantureckimi, bolszewicy zaczęli dzielić Azję Środkową na wyodrębniane według kryteriów etnicznych jednostki administracyjne, utworzyli także Karakałpakską Obłast’ (województwo) Autonomiczną. Składało się na nią część terytorium dotychczasowej Turkiestańskiej Republiki Autonomicznej i część Chorezmijskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (utworzonej wcześniej na gruzach Chanatu Chiwańskiego, który przed rewolucją funkcjonował jako protektorat Rosji Carskiej).

W 1925 roku Obłast’ ta została włączona do Kirgiskiej Republiki Autonomicznej, która rok później została przemianowana na Kazachską Republikę Autonomiczną. Po pięciu latach Karakałpakska Obłast’ Autonomiczna została wyłączona z Republiki Kazachskiej i podporządkowana bezpośrednio Rosyjskiej Federacyjnej Republice Radzieckiej, której ta Kazachska też była częścią. Po dwóch latach podwyższono status Karakałpakstanu, nazywając go już nie Obłastią, a Republiką Autonomiczną.

Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka lat, aż do mementu kiedy w 1936 roku Karakałpakska Republika Autonomiczna została włączona do Uzbeckiej Republiki Radzieckiej.

Czy obywatele mogą decydować?

W 1990 roku ZSRR chwiał się już w posadach, a poszczególne republiki i regiony autonomiczne próbowały uzyskać jak najwięcej niezależności, Karakałpakstan też przyłączył się do tego trendu. W grudniu 1990 roku jego parlament, zwany jak wszędzie w ZSRR Radą Najwyższą, przyjął deklarację o suwerenności państwowej. W akcie tym była mowa, że obywatele republiki mogą zadecydować w referendum o uzyskaniu całkowitej niepodległości.

Tak się jednak nie stało. Już po rozpadzie ZSRR, w styczniu 1993 roku Republika Karakałpakstan podpisała międzypaństwową umowę z Uzbekistanem o tym, że wchodzi na 20 lat w jego skład.

W 2013 roku miało się odbyć referendum co do dalszych losów regionu, ale nigdy nie zostało zorganizowane.

Republika Karakałpakstan ma swoją flagę, hymn i herb. A także własne organy administracyjne i własną konstytucję. Według niej najwyższą władzę sprawuje tam przewodniczący miejscowego parlamentu, zwanego Żokargy Kenes. W parlamencie tym nie zasiadają jednak partie, które faktycznie reprezentowałaby interes Karakałpaków. Takie organizacje w ogóle nie istnieją, bo choć konstytucja Republiki Karakałpackiej zezwala na zarejestrowanie ugrupowania, które popierane jest przez 500 osób, i posiada oddziały w 12 rajonach (powiatach) republiki, to karakałapackim politykom sądy odmawiają rejestracji ich ugrupowań powołując się na prawo ogólnouzbeckie, które wymaga, by nowa partia polityczna miała oddziały w 7 obłastiach (województwach) Uzbekistanu.

Zdaniem Połata Achunowa suwerenność Karakałpakstanu istniała wyłącznie na papierze.

"W rzeczywistości o wszystkim, co się dzieje w Republice decyduje Taszkent" – mówi Achunow. – "Miejscowi nie mają żadnego wpływu, na decyzje podejmowane w regionie i jego dotyczące. Lokalna elita jest posłuszna władzom centralnym. Cała wierchuszka Republiki to mocno zrusyfikowani członkowie postsowieckiej nomenklatury, dla których karakałpackie interesy narodowe się nie liczą. Dotychczasowy przewodniczący Żokargy Kenes, Murat Kamałow, jest synem Kallibeka Kamałowa, który stał na czele republiki w czasach radzieckich. Siostra Murata wyszła za mąż za syna Szarifa Raszydowa, niegdysiejszego wieloletniego pierwszego sekretarza Uzbeckiej Partii Komunistycznej.

Kto potrzebuje referendum

Uzbeckie władze zapewniają, że pytanie dotyczące zniesienia suwerenności Karakałpakstanu znalazło się w projekcie referendum na wniosek członków miejscowego parlamentu. Prezydent Uzbekistanu, Szawkat Mirzijojew, który przyjechał do Nukusu, stolicy republiki, aż dwa razy, 2 i 3 lipca, zapewnił, że jeśli ludzie nie chcą, to ten fragment zostanie z projektu referendum wycofany.

Tak się faktycznie stało.

Następnego dnia po wizycie prezydenta mieszkańcy republiki zaczęli dostawać smsy o tym, że artykuły 70-75 z konstytucji Uzbekistanu, czyli wszystkie, które dotyczą statusu ich republiki, nie będą proponowane do zmiany.

Ważniejsze jest jednak pytanie, dlaczego w ogóle propozycja ich zmiany znalazła się w projekcie. Niezależni eksperci są zgodni co do tego, że głównym powodem rozpisania referendum było wydłużenie kadencji Mirzijojewa. W referendum jest pytanie o przedłużenie kadencji z 5 do 7 lat, a także o pozwolenie by mógł startować jeszcze dwa razy, mimo, że obecnie rządzi już drugą kadencję. Cała reszta proponowanych poprawek, których jest blisko 200, to kosmetyka. Właśnie za wyjątkiem tej dotyczącej Karakałpkastanu.

To, że wywoła burzę w regionie, którego dotyczy, można było przewidzieć. "Nie wiem, po co oni chcieli to ruszać" – przyznaje Achunow.

Jeszcze dalej w swojej krytyce idzie Saodat Abduzakirowa, uzbecka obrończyni praw człowieka. W niedzielę 2 lipca nagrała filmik, w którym apeluje bezpośrednio do Mirzijojewa, by czym prędzej zwolnił wszystkich, którzy podsunęli mu pomysł ruszania kwestii autonomii Karakałpakstanu w referendum.

„To pierwsza rzecz, jaką powinien pan zrobić, jeśli liczy się dla pana dobro naszego narodu i naszego kraju”. Zdaniem Abduzakirowej propozycja tych poprawek doprowadziła do niepotrzebnego antagonizmu pomiędzy Uzbekami i Karakałpakami. Wspomniała sceny z demonstracji w Nukusie i innych miastach regionu, kiedy ich uczestnicy wznosili antyuzbeckie hasła, albo dochodziło do incydentów podszytych etniczną wrogością.

„Dzięki ci Saodat”

Protestujący złapali na przykład kilku uzbeckich członków gwardii nasłanej do tłumienia zamieszek i znęcali się nad nimi, naśmiewając się z ich uzbeckości. Abduzakirowa nazywa pomysłodawców tych poprawek „bandą idiotów” albo prowokatorami, ale zwraca się też do demonstrujących Karakałpaków, żeby nie wzywali do zabijania Uzbeków. „My was nigdy nie traktowaliśmy jako gorszych, od tej nienawiści do prostych ludzi wam chleba nie przybędzie”. Działaczka apeluje też do rządu centralnego, by wreszcie zaczął inwestować w Karakałpakstanie i liczył się z potrzebami jego mieszkańców.

Post z filmem Abduzakirowej spotkał się z ogromnym poparciem karakałpackiej inteligencji. Z komentarzem: „Dzięki ci Saodat” udostępniła go między innymi Marinika Babanazarowa, była dyrektorka słynnego Nukuskiego muzeum, w którym trzymane są wybitne działa rosyjskiej awangardy.

Zdaniem Achunowa mogą być dwie przyczyny, dla których sprawa autonomii Karakałpakstanu znalazła się w projekcie referendum.

  • Pierwsza to rywalizacja o władzę na najwyższym szczeblu, w Taszkencie. "Ktoś, kto podrzucił to kukułcze jajo, wiedział, że może doprowadzić do zamieszek, liczył na destabilizację kraju i tym samym kłopoty dla Mirzijojewa" – snuje przypuszczenia Achunow. –
  • "Druga możliwość to moskiewska agentura. Putin bardzo by chciał mieć Uzbekistan w swoich strukturach postsowieckiej integracji, w Układzie o Bezpieczeństwie Zbiorowym i w Eurazjatyckim Związku Gospodarczym. Słaby Uzbekistan, osłabiony zamieszkami w Karakalpakstanie byłby może bardziej skłonny do takiej reintegracji".

Cały naród wokół prezydenta

Ostateczny rezultat całego zamieszania był jednak wręcz odwrotny. Nikt już nie mówi o tym, że referendum uczyni Mirzijojewa de facto dożywotnim prezydentem, wszyscy mówią o autonomii Karakałpakstnu.

Na dodatek Mirzijojew wychodzi z całej afery wzmocniony. Nie dość, że w porę pojechał do regionu i ogłosił decyzję o wycofaniu projektowanych zmian, to jeszcze w czasie protestów ujawnili się wszyscy potencjalni oponenci.

Według oficjalnych danych aresztowano 500 osób i oskarżono je o próbę obalenia ustroju, czy sianie nienawiści etnicznej. Naprawdę zatrzymanych może być znacznie więcej. W areszcie domowym znalazło się i nadal przebywa czterech posłów Żokargy Kenes, którzy apelowali o wycofanie pytań dotyczących suwerenności Karakałpakstanu z projektowanego referendum jeszcze zanim demonstracje na dobre rozgorzały.

Zatrzymano także miejscowego prawnika i blogera, jednego z inicjatorów wiecu Dauletmurata Tażimuratowa, który sugerował, że jeśli rząd nie wycofa się z planów referendum, Karakałpakstan powinien natychmiast zorganizować zaległe referendum o swoim pozostawaniu w składzie Uzbekistanu.

Los Tażimuratowa dzieli karakałpakska dziennikarka Lalogul Kałłychanowa, która apelowała do międzynarodowej społeczności aby ułatwiła zorganizowanie Karakałpakom referendum. Los tych obojga nie jest znany, można się domyślać, że Taszkent potratuje ich bardzo surowo, bo na stratę Karakałpakstanu nie może sobie pozwolić, to na terenie tej biednej republiki autonomicznej położone są ważne złoża gazu.

Protesty i rozbudzenie karakałpaksko-uzbeckiego antagonizmu miały jeszcze jeden skutek. Wielu dotychczasowych opozycjonistów i krytyków prezydenta, członków demokratycznej opozycji, apeluje o wspieranie Mirzijojewa w walce o jedność państwa. Przebywający od lat na emigracji uzbecki poeta, dysydent i polityk, znany ze swoich nacjonalistycznych i pantureckich poglądów Muhammad Solih, nagrał wideo, w którym potępia separatystyczne ciągoty Karakałpaków i wzywa o poparcie dla prezydenta w walce o jedność. Zważywszy, że Solih od dwóch dekad był najpoważniejszym i najsłynniejszym krytykiem reżimu w Taszkencie, ten apel jest czymś zupełnie bezprecedensowym.

"Niestety, tak jak rosyjski liberalizm kończy się na kwestii Ukrainy, tak uzbecka demokracja kończy się tam, gdzie pojawiają się prawa Karakałapaków do samostanowienia" - zauważa gorzko Połat Achunow, który stał się nieformalnym rzecznikiem regionu. Sam Achunow nie ma w sobie krwi karakałpackiej, jest etnicznym Uzbekiem, ale od dawna ma wielu znajomych i przyjaciół wśród tamtejszych działaczy i inteligencji. Dziś to jemu ufają najbardziej, bo publicznie mówi o ich racjach. I przez niego przekazują informacje o tym, co dzieje się w spacyfikowanym regionie, a Achunow jest ich głosem i oknem na świat.

Na koniec rozmowy pytam Achunowa, czy jego zdaniem taki obrót spraw mógł być z góry zaplanowany przez ludzi prezydenta. W odpowiedzi słyszę śmiech w słuchawce. "O nie, znam naszą elitę polityczną i samego Mirzijojewa od dawna. To nie są żadni mistrzowie szachowi, nie planują swoich kroków z takim wyprzedzeniem. Oni umieją grać co najwyżej w warcaby. Po prostu poszczęściło im się, a mało brakowało, bo rezultat mógł być całkiem opłakany. Kreml tylko czeka na uzbeckie potknięcie".

;

Udostępnij:

Ludwika Włodek

Dziennikarka, socjolożka, adiunktka w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, autorka m.in. zbioru reportaży z Azji Środkowej „Wystarczy przejść przez rzekę" i „Buntowniczek z Afganistanu" (WAB 2022).

Komentarze