Na polskim ryku pracy rządzi pracownik – ogłosiła Elżbieta Rafalska. Chyba się trochę zagalopowała. Sytuacja faktycznie się poprawia - płace rosną, a bezrobocie maleje. Ale w tym akurat niewielka zasługa PiS. Patologii nadal jest sporo, a władza już drugi rok pozostaje niemal zupełnie bierna

Patrząc na rządowe i medialne doniesienia, wydawać się może, że w życiu polskich pracowników zapanowała sielanka. Bezrobocie spada i już dziewięć miesięcy z rzędu bije kolejne historyczne rekordy. We wrześniu GUS odnotował 6,8 proc. To jeden z najlepszych wyników w UE. Podobnie jest z płacami. We wrześniu średnie wynagrodzenie urosło rok do roku o 6 proc. – to największy roczny skok od pięciu lat.

Rafalskiej to wystarczyło, by ogłosić sukces PiS i stwierdzić, że mamy w Polsce „rynek pracownika”.


Nikt dzisiaj w Polsce nie ma najmniejszej wątpliwości, że mamy rynek pracownika.

Elżbieta Rafalska, konferencja prasowa - 26/10/2017

08.02.2017 Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta


fałsz. Fałsz. Ma je każdy, kto w Polsce ostatnio pracował.


Tymczasem rzeczywistość tak różowo nie wygląda.

Więcej szczęścia niż zasług

Przede wszystkim osiągnięcia, którymi chwali się obecna władza, są jej osiągnięciami tylko w znikomym stopniu.

PiS zupełnie nie miał wpływu na spadek bezrobocia. Nawet studenci pierwszego roku ekonomii czy socjologii wiedzą, że jego gwałtownej redukcji nie można dokonać w rok. Jest to bowiem zawsze wypadkowa wieloletnich cykli koniunkturalnych w gospodarce oraz inwestycji sprzed lat, które dopiero przynoszą owoce.

Jak mówi OKO.press Łukasz Komuda z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i redaktor portalu rynekpracy.org: „w Polsce od 1989 roku bezrobocie fluktuuje w cyklach trwających cztery do sześciu lat”.

„Od trzech i pół roku sytuacja się poprawia i nie pogorszy się pewnie jeszcze przez przynajmniej pół roku. Potem może nastąpić odwrócenie trendu” – dodaje ekspert.

Z płacami jest podobnie. Ich zrost również jest efektem długotrwałych procesów, inwestycji, dobrej światowej koniunktury oraz niskiego bezrobocia, które zwiększa presję płacową (konkurencja o pracowników, szczególnie wykwalifikowanych, jest większa). Choć tu przynajmniej PiS ma jakieś zasługi – podniósł pensję minimalną do 2 tys. złotych i ustanowił minimalną stawkę godzinową na poziomie 13 zł. Są również sygnały, że na płace stymulująco zadziałało 500 plus – w obawie przed odpływem pracownic i pracowników niektóre duże firmy w sektorze handlu podwyższyły pensje dla najmniej zarabiających. Są to jednak tylko niektóre z czynników stojące za większymi płacami.

Podwyżka płacy minimalnej nie wyróżniała się szczególnie na tle ostatniej dekady. Spokojnie można było podnieść ją bardziej – dane pokazują, że wzrost w Polsce generowany jest obecnie głównie przez konsumpcję indywidualną, a przedsiębiorstwa mają duże zapasy gotówki, z którymi nic nie robią.



Rynek pracodawcy, nie pracownika

„Rynek pracownika” to określenie spopularyzowane ostatnio m.in. przez książkę Rafała Wosia „To nie jest kraj dla pracowników”. Nie ma żadnej sztywnej definicji, ale generalnie oznacza taki rynek pracy, na którym w negocjowaniu warunków zatrudnienia pracownicy mają przynajmniej lekką przewagę nad pracodawcami. Określanie tak polskiego rynku pracy brzmi jak okrutny żart. W Polsce pracowników i pracowniczki nadal spotyka mnóstwo patologii, za które rząd PiS nawet się nie zabrał, a w niektórych przypadkach nawet im sprzyja.

Polski pracownik pracuje bardzo długo – ok. 1928 godzin rocznie. Wśród krajów OECD (organizacji skupiającej 35 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata) tylko w siedmiu pracuje się dłużej. Są to Meksyk, Kostaryka, Korea, Grecja, Rosja i Chile. W Unii Europejskiej ustępujemy więc tylko Grekom.

Polski pracownik regularnie „robi” też bezpłatne nadgodziny, które mogą wymykać się tym statystykom. Według badań firmy Hayes 74 proc. zatrudnionych deklaruje, że musi zostawać w pracy dłużej, 53 proc. pracuje w weekendy a 55 proc. zabiera pracę do domu. Jednocześnie tylko niecała jedna czwarta deklaruje, że otrzymuje za nie wynagrodzenie zgodnie z kodeksem pracy. Ponad połowa mówi, że nie dostaje w zamian zupełnie nic.

Można tak wyliczać w nieskończoność – 2 mln osób na umowach cywilnoprawnych, pozbawionych świadczeń zdrowotnych, emerytalnych lub urlopu, 1,6 mln pracujących biednych (grupa ta tylko częściowo pokrywa się z zatrudnionymi na śmieciówkach), przymusowa przedsiębiorczość dla optymalizacji kosztów zatrudnienia (połowa działalności gospodarczych w Polsce).

Do tego wszystkiego za pracę wcale nie dostaje się tak wiele, jak wskazują statystyki. Średnia płaca wyniosła średnio 4473,06 zł. Ale tyle lub więcej zarabia najwyżej 30 proc. pracowników. W 2014 roku mediana płac wynosiła 2359 zł netto – połowa Polek i Polaków dostawała więc „na rękę” nie więcej niż tę kwotę. Zresztą podana średnia dotyczy tylko przedsiębiorstw, które zatrudniają przynajmniej 10 osób. Jak wyliczyła Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej” w mniejszych firmach (a w takich pracuje ok. 4 mln osób) średnia wynosi 2577 zł brutto, czyli ok. 1860 zł na rękę. Mediana jest zatem nawet jeszcze mniejsza i może znajdować się poniżej poziomu pensji minimalnej.

Nieszczególnie dobra zmiana

Mniejsza nawet o to, na czym polegają horrory polskiego rynku prac. Rzecz w tym, że „rynek pracownika” to taki, w którym pracownik ma szansę się im przeciwstawić. Tymczasem w Polsce pracownik szansę ma najwyżej na poczucie zgryzoty.

Na przykład wbrew powszechnym intuicjom zbiorowa forma ochrony pracowników jest w Polsce bardzo kiepska. Związki zawodowe praktycznie nie istnieją. To nie żart. Według danych OECD z 2012 roku (to najświeższe dane porównawcze, ale ten wskaźnik zmienia się akurat bardzo powoli) jesteśmy na 28. miejscu z 35 krajów. Do związków należało wówczas 12,7 proc. zatrudnionych. Średnia OECD wynosiła 17,2 proc. Rekord należał wówczas do Islandii – 85,2 proc. pracowników należało do związków.

Związki zawodowe powstały na Zachodzie głównie po to, by bronić praw pracowników zatrudnionych przez prywatne przedsiębiorstwa. W Polsce związków w sektorze prywatnym praktycznie nie ma. Od 1989 roku tłumiono ich powstawanie, a kolejne rządy niewiele z tym robiły. Te, które mamy i o których zwykle słyszymy, działają głównie w spółkach skarbu państwa i budżetówce.

Co więcej, w Polsce nadal ok. 2 mln pracowników na śmieciówkach nie ma prawa zrzeszać się w związki, mimo że wprowadzenie do prawa takiej możliwości nakazywał wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 czerwca 2015 roku TK zobowiązał władze do wprowadzenia zmian w ciągu 6 miesięcy. Rząd PO-PSL nie zdążył ich wprowadzić, bo wcześniej przegrał wybory. PiS przez prawie dwa lata orzeczenie to kompletnie ignorował. Dopiero na początku października 2017 roku rząd przyjął wstępny projekt zmian w legislacji. Nie wiadomo kiedy nowe przepisy wejdą w życie.

Ale nie chodzi tylko o liczebność związków. We Francji np. mają one proporcjonalnie mniej członków (tylko 7,7 proc. w 2012), ale systemowo mają zdecydowanie silniejszą pozycję. Są  znacznie skuteczniejsze w działaniu i walce o prawa nawet tych pracowników, którzy zrzeszeni nie są. Przewodniczący związkowców mają tam wpływ na decyzje dotyczące polityki socjalnej państwa i zarządzanie prywatnymi przedsiębiorstwami. W dużych prywatnych przedsiębiorstwach wiele decyzji nie może być podjętych bez zgody przedstawicieli pracowników. W Polsce o takich prerogatywach pracownicy mogą tylko pomarzyć.

Nie słychać jednak, by partia rządząca kwapiła się do zmiany tej sytuacji.

Nie widać też żadnych rozwiązań, by ukrócić łamanie kodeksu pracy. PiS mógłby zabrać się np. za reformę Państwowej Inspekcji Pracy – organu, który odpowiada za kontrolę przestrzegania prawa pracy. Inspekcja jest dramatycznie niedofinansowana, przez co większość firm po prostu nie jest kontrolowana nigdy (częstotliwość kontroli PIP jest w Polsce większa niż średni czas istnienia firmy). Nawet jeśli kontrola się odbędzie, niewiele z tego wynika. Inspekcja musi bowiem ostrzegać o kontrolach z wyprzedzeniem, co pozwala nieuczciwym pracodawcom spreparować na czas potrzebne dokumenty. A nawet gdy coś wykryje, może wymierzyć śmiesznie niskie kary – największa to mandat w wysokości 2 tys. zł (5 tys., jeśli łamanie prawa się powtarza).

Ciężki los budżetówki

Najgorzej PiS poczyna sobie jednak w sektorze rynku pracy, który w największym stopniu mu podlega, czyli budżetówce. Już dziewiąty rok z rzędu płace (z małymi wyjątkami) pozostaną tam zamrożone. I to mimo nieustannych przechwałek o świetnej sytuacji budżetowej państwa.

Jakie podejście rząd ma do ludzi zatrudnionych przez sektor publiczny, widać było przy okazji trwającego właśnie protestu lekarzy rezydentów.

PiS działał na bakier z kodeksem pracy także w trakcie swojego marszu po kolejne instytucje państwa. Przykładem ustawa o służbie publicznej czy o Trybunale Konstytucyjnym, na mocy których zwalniano szeregowych pracowników jak leci, nie oglądając się na ich prawa.

Rafalska chwali się więc niewielką poprawą, która prawie wcale nie była jej zasługą.

Tyle w Polsce „rynku pracownika” co pluralizmu w TVP.


Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Masz cynk?