„Klęska multi-kulti” ma wyjaśniać terrorystyczne zamachy w Europie, gwałty w Kolonii i dostarczać ostatecznego argumentu na rzecz tego. Co to takiego ten „multikulturalizm”?

„Klęska multi-kulti” – nie tylko minister Mariusz Błaszczyk sięga po to sformułowanie, by wyjaśnić problemy współczesnej Europy Zachodniej. Jeśli w ciągu ostatniego roku mieli państwo w ręku jakąś polską gazetę, weszliście na jakiś portal polityczny lub słuchaliście wiadomości w radio bądź w telewizji, z pewnością słyszeliście to określenie. Powtarzają je biskupi, polityczki, publicyści. Wraca w parlamentarnych debatach i tygodnikach opinii.

„Klęska multi-kulti” ma wyjaśniać terrorystyczne zamachy w Europie, gwałty w Kolonii i ostatecznie dowodzić, że Polska nie powinna przyjmować żadnych uchodźców z Bliskiego Wschodu (a jeśli już, to wyłącznie chrześcijan). Multi-kulti łączone jest na ogół z ideologią europejskiej lewicy – i ponoć jest to jej klęska.

„Polityka multi-kulti okazała się porażką” – komentuje zamachy w Brukseli poseł Kukiz ’15, Jacek Wilk.

„Multi-kulti…? Faktem jest, że znaczna część społeczeństw muzułmańskich nie integruje się i żyje w świecie odrębnym” – mówił wtedy szef MSZ, Witold Waszczykowski.

„Ataki na kobiety kompromitują politykę wielokulturowości” – komentowała incydenty w Kolonii podczas debaty w Parlamencie europejskim europosłanka PiS Jadwiga Wiśniewska.

„Już wiemy, jaką biedę zgotowali sobie nasi sąsiedzi z Francji, Niemiec, Austrii […] wpuszczając w swoje granice miliony muzułmanów! Multi-kulti poniosło porażkę” – głosił w trakcie homilii we wrześniu zeszłego roku ordynariusz płocki biskup Piotr Libera.

„Klęskę mutli-kulti” w najbarwniejszy sposób maluje w „Uważam Rze” Piotr Łepkowski: „Powojenny eksperyment stworzenia społeczeństw wielokulturowych w Europie kończy się wielką porażką. Od Sztokholmu po Paryż, od Londynu po Ateny trwają największe w powojennej historii walki uliczne między rodowitymi Europejczykami i imigrantami. Eksplozja wzajemnego antagonizmu jest gwoździem do trumny polityki multi-kulti lansowanej przez europejską lewicę”.

Co właściwie znaczy „multi-kulti”? Czemu rzekomo poniosło klęskę? Czy określenie to opisuje w ogóle rzeczywistość postimigranckiej zachodniej Europy?

Czym nie jest multikulturalizm

Zacznijmy od rzeczy podstawowej – definicji. Multikulturalizm to zbiór doktryn politycznych, które w odpowiedzi na wyzwanie różnorodności proponują porządek społeczny oparty o pozytywne uznanie tożsamości i specjalnie wyodrębnionych praw poszczególnych mniejszościowych grup – definiuje Stanfordzka Encyklopedia Filozofii.

Co to oznacza w praktyce? Na przykład kwoty dla przedstawicieli mniejszości w organach władzy, akcje afirmacyjne (w zatrudnieniu, edukacji), prawne wyjątki dla różnych grup (np. prawo do uboju rytualnego dla przedstawicieli mniejszości muzułmańskiej czy żydowskiej), prawo do ograniczonego samorządu, wspieranie przez państwo edukacji organizowanej przez mniejszości, wreszcie brak forsownej polityki asymilacyjnej.

W tym sensie polska prawica myli się.

To pełna integracja mniejszości, czyli zatarcie tożsamości, oznaczałyby klęskę modelu multikultorowego.

Społeczeństwo multikulturowe nie składa się z grup i jednostek o różnych tożsamościach, które biernie się tolerują. W multikulturalizmie nie chodzi o to, żeby wszystkie mniejszości przyjęły jako swoją jedną kulturę. Wręcz przeciwnie: grupy mniejszościowe współistnieją, uznają różnice między sobą, w ramach pewnych minimalnych norm.

Zastanawiające, że wielu aktorów życia publicznego w Polsce, mówiąc o „klęsce multi-kulti”, ma na myśli klęskę integracji mniejszości z większością. A nie do końca o to chodzi. Celem modelu wielokulturowego jest stworzenie ram, do tego, by muzułmanie i inne mniejszości mogły, zachowując własną tożsamość i respektując pewne minimum, zachować prawo do odrębności.

Określenie „klęska multi-kulti” łączy się także z rozumowaniem, że Zachód, uznając „prawo do różnicy” zamieszkujących Europę Zachodnią muzułmanów, tworzy wrogo nastawioną do Europy „islamską enklawę”. Z tym rozumowaniem jest jeden problem. Zakłada ono, że  multikulturalizm łączy politykę większości krajów Europy Zachodniej. Tak nie jest. Prób rozwiązania problemu etnicznej i kulturowej różnorodności jest w Europie Zachodniej co najmniej kilka, a ta odwołująca się do doktryny i narzędzi multikulturalizmu wcale nie  dominuje.

fot. Shaun Merritt / Flickr
Monument to Multiculturalism, Francesco Perilli / fot. Shaun Merritt / Flickr

Multikultki, którego nie było

Francja to najczęstszy przykład „klęski multi-kulti” w polskich debatach – Mariusz Błaszczak nie jest w tej diagnozie odosobniony. „Zwolennicy multikulti przepraszać, można pod moim tłitem” – komentuje na Twitterze zamachy w Nicei wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Ten trop pojawiał się już w analizach wcześniejszych zamachów we Francji. 5 kroków do klęski francuskiego multikultitytułuje analizę przyczyn islamskiego terroryzmu nad Sekwaną portal „naTemat”. Problem w tym, że to Francja od modelu wielokulturowości pozostaje jak najdalsza.

Co w takim razie mamy we Francji, jeśli nie multi-kulti? Francuski model ma charakter asymilacjonistyczny. Wcale nie tworzy ram prawnych, które pozwolą dać wyraz kulturowym różnicom, ale takie, które pomogą asymilować migrantów i ich potomków do głównego nurtu kultury francuskiej i jej wartości. Inaczej niż kraje anglosaskie oficjalna francuska kultura nie uznaje takich tożsamości jak „arabski Francuz” – Republika jest jedna i niepodzielna i nie może dzielić obywateli ze względu na rasę i pochodzenie. Wszyscy są równi i muszą się cieszyć równymi prawami. Muszą też podporządkować się tym samym regułom. Np. zakaz noszenia burki i hidżabu w miejscach publicznych, uchwalony w oparciu o te przesłanki, nie da się uznać za wyraz „multikulturalizmu”. Fakt, że z terrorem w Europie dotykał i asymilacjonistycznej Francji i bliższa modelowi wielokulturowemu Wielkiej Brytanii, pokazuje, że nie w „multi-kulti” tkwi problem.

Gdzie szukać multi-kulti?

Na pewno bliżej modelu multikulturowego jest Wielka Brytania. Choć można by się spierać, czy nie jest to raczej model biernej tolerancji wobec różnych tożsamości, niż aktywna, budująca wielokulturowość polityka państwa.

Holandia, w zasadzie jako jedyny kraj, realizowała do pewnego czasu model wielokulturowości. Oficjalnie przyjęła multikulturalizm jako model polityki w latach 80. Nie wynikało to jednak ze  szczególnie „lewackiego” charakteru ówczesnych holenderskich rządów. Tradycje multikulturalizmu sięgają bowiem w Holandii… XVII stulecia, tolerancyjnego okresu Zjednoczonych Prowincji, kraju bez dominującej religii i kultury, dążącego do stworzenia wspólnej ramy dla życia różnych mniejszościowych grup. Ten model rozwinął się w wieku XX w koncepcję „sfilaryzowanego społeczeństwa”. Zgodnie z nim, społeczeństwo Holandii oparte miało być o trzy szanujące swoją odmienność i autonomię społeczno-kulturowe filary: katolicki, protestancki i socjaldemokratyczny. Obok nich funkcjonował znacznie mniejszy filar żydowski. Każdy z tych filarów miał swoją prasę, szkoły i przedszkola, partie polityczne, teatry, harcerstwo, organizacje charytatywne i koła gospodyń wiejskich. Gdy po wojnie do Holandii zaczęła napływać ludność muzułmańska, holenderscy politycy liczyli, że do trzech wielkich filarów uda się dołączyć czwarty – muzułmański.

Sami Holendrzy uznali, że nie do końca to się udało. W 2010 roku zaczął się odwrót od polityki multikutluralizmu, w stronę bardziej asymilacjonistycznego modelu. Trudno rozstrzygnąć, czy na ile to wina projektu wielokulturowości, a na ile np. społecznej i ekonomicznej deprywacji ludności muzułmańskiej w Holandii, utrudniającej jej budowanie własnego „filaru”. Tym nie mniej, jeśli „klęska multikulti” miałaby cokolwiek znaczyć, odnosić by się musiała właśnie do holenderskiego, z pewnością nie francuskiego przypadku.

Jakiej krytyki multi-kulti potrzebujemy?

Multikulturalizm wywołuje liczne krytyki z prawa i lewa – i niełatwo je zbyć. Prawica słusznie zwraca uwagę, że minimalna kulturowa homogeniczność jest konieczna, by wspólnota polityczna sprawnie funkcjonowała, co w modelu wielokulturowym trudno osiągnąć. Lewica z kolei zauważa, że multikulturalizm utrwala stosunki władzy w mniejszościowych społecznościach, np. podporządkowaną pozycję kobiet wśród muzułmanów.

W Polsce takiej krytyki brakuje. W kółko powtarzane sformułowanie „klęska multi-kulti” stało się wygodnym komunałem, skrótem myślowym określającym wszystko to, co naszym politykom i publicystkom nie podoba się na współczesnym Zachodzie. Następnym razem, gdy usłyszą państwo – w parlamencie, telewizji bądź na kazaniu – że „wielokulturowość poniosła klęskę” – zastanówcie się, proszę, czy znaczy to cokolwiek więcej niż to, że mówiący nie lubi tego, jak po pół wieku migracji wygląda dziś Europa.

Potwierdza to mimowolnie sam minister Błaszczak, który w kolejnej wypowiedzi stwierdził, że zamachy we Francji to efekt odejścia tego kraju od chrześcijaństwa. „Co myślą [terroryści], kiedy widzą, że zamykane są kościoły we Francji, a otwierane meczety? […] Św. Jan Paweł II w latach 80. zapytał we Francji: co zrobiłaś, Francjo, ze swoim chrztem? To są konsekwencje”. Jak daleko jednak nie odeszlibyśmy od „multi-kulti” nie zapełni to nagle francuskich kościołów. A zamykanie meczetów, lub wydalenie chcących się w nich modlić ludzi, byłoby sprzeczne nie tyle z zasadami „multi-kulti”, co najbardziej podstawowymi prawami człowieka, na jakich wspiera się europejska integracja.

Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) “Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.


Masz cynk?