Evo Morales, symbol latynoamerykańskiej lewicy i pierwszy rdzenny prezydent Boliwii, uciekł z kraju pośród chaosu i ulicznych walk. Dymisje zasugerowali mu wojskowi, dając do zrozumienia, że nie będą go chronić. "To zamach" - mówią jedni. "To bzdura" - odpowiadają drudzy. OKO.press wyjaśnia, co stało się w Boliwii

Prezydent Boliwii Evo Morales mógł odejść w blasku chwały. Jak na prezydenta, który rządził nieprzerwanie od prawie 14 lat, cieszył się wciąż wyjątkową popularnością. Od 2005 roku każde wybory przynosiły mu zwycięstwo w pierwszej turze.

Ale boliwijska konstytucja wprowadza ograniczenie – rządzić można maksymalnie dwie kadencje (Morales rządził już trzecią, bo zmieniając konstytucję, wyzerował licznik). Kiedy w 2016 roku Morales zapytał Boliwijczyków, czy nie uważają przypadkiem, że limit należy znieść, by mógł kandydować po raz czwarty, odpowiedzieli: nie.

Prezydent popełnił błąd i tę odpowiedź zignorował. 20 października 2019 stawił się do wyborów.

Wygrał, ale wszystko wskazuje na to, że wybory sfałszował. W Boliwii zapanował chaos, Morales zgodził się na ponowne głosowanie, ale było już za późno. Stracił stanowisko.

Świat podzielił się na tych, którzy uważają, że w Boliwii doszło do zamachu stanu i na tych, którzy nie widzą problemu w przymusowej dymisji Moralesa i ucieczce do Meksyku.

Sugerujemy, żeby pan odszedł

W noc wyborów podliczanie głosów w ramach szybkiej transmisji wstępnych wyników (Transmisión Rápida de Resultados Preliminares) zatrzymało się niespodziewanie na poziomie 85 proc. głosów. Następnego dnia naliczanie wznowiono już z poziomu 95 proc.

Wyniki, które wcześniej wskazywały na drugą turę Evo Moralesa z Carlosem Mesą, nagle zagwarantowały zwycięstwo Moralesowi. Opozycja zarzuciła prezydentowi „bezczelne fałszerstwo”, a Organizacja Państw Amerykańskich (regionalna organizacja ONZ) i Unia Europejska domagały się powtórzenia wyborów. Na ulicach trwały brutalne starcia między zwolennikami i przeciwnikami prezydenta. Kilka osób zginęło, setki zostały ranne.

Morales donosił, że podpalono m.in. dom jego siostry i deklarował, że trwa faszystowski zamach stanu. W wielu miastach przeciwko Moralesowi zastrajkowała policja, przyłączając się do protestujących. W sobotę 9 listopada do protestu przyłączyła się policja z La Paz – siedziby rządu i parlamentu pozbawiono tym samym jakiejkolwiek ochrony.

„Policja nie jest na usługach żadnej partii, tylko Boliwijczyków” – mówili policjanci. Tego samego dnia wojsko zapowiedziało, że „nigdy nie stanie przeciwko ludności”.

W niedzielę 10 listopada przyparty do muru Morales zgodził się rozpisać kolejne wybory. Nic to nie dało.

„Sugerujemy, aby prezydent zrzekł się mandatu, umożliwiając uspokojenie i ustabilizowanie sytuacji dla dobra naszej Boliwii”

– w imieniu sił zbrojnych zakomunikował generał Williams Kaliman.

Tego samego dnia Morales podał się do dymisji. Kilka dni ukrywał się w Cochabambie, a następnie poleciał do Meksyku, gdzie lewicowy prezydent Manuel Lopez de Obrador zaoferował mu azyl polityczny.

Morales dziękował mu potem za „ocalenie życia”, deklarował, że padł ofiarą zamachu stanu, a za jego głowę oferowano 50 tys dolarów. Razem z prezydentem wyjechał jego zastępca, do dymisji podali się szefowie partii. Boliwia została sama, a prezydenci Ameryk zaczęli wielką kłótnię.

Różowa fala

Żeby zrozumieć spór wokół sytuacji w Boliwii, trzeba sobie uświadomić, że Evo Morales nie jest po prostu lewicowym prezydentem, tylko jednym z symboli tzw. „różowej fali”, która przetoczyła się przez Amerykę Łacińską na początku XXI wieku. Po latach prawicowych, neoliberalnych dyktatur w regionie do władzy doszła lewica.

Uwikłanie zasiedziałych na stołkach i oderwanych od życia przeciętnego obywatela elit politycznych w korupcję, prywatyzację i skrajną liberalizację gospodarki, która odbiła się na najliczniejszej ubogiej warstwie społeczeństwa, spowodowała w wielu krajach powracających na drogę demokracji radykalne odrzucenie establishmentu. „Wszyscy precz” (Que se vayan todos) krzyczano w Argentynie, Boliwii czy Ekwadorze.

Na fali tego pospolitego ruszenia do władzy doszli tzw. outsiderzy – lewicowi populiści spoza skostniałego świata polityki, którzy dawali nadzieję na zmianę, wśród nich Hugo Chavez w Wenezueli, Rafael Correa w Ekwadorze, Fernando Lugo w Paragwaju i Evo Morales w Boliwii.

Evo Morales i jego wielonarodowa rewolucja

Evo Morales urodził się w wiosce na wschodzie regionu Oruro w rodzinie wywodzącej się z ludności Aymara. Zanim zaangażował się w politykę, był przywódcą związku zawodowego producentów koki (cocaleros). Po zwycięstwie w wyborach w 2005 roku z ramienia partii Movimiento al Socialismo (MAS – Ruch na rzecz Socjalizmu) został pierwszym przedstawicielem rdzennej ludności na stanowisku prezydenta.

Mimo że ludność rdzenna, zamieszkująca często biedniejsze regiony wiejskie, stanowi około połowy populacji Boliwii, nie mogła dotychczas liczyć na żadną reprezentację polityczną i była marginalizowana.

„Wcześniej, za rządów prawicowych neoliberalnych prezydentów nikt nie przejmował się rolnikami, żyliśmy w strasznej biedzie” – mówił Guardianowi Martín Cornejo Choque, wiejski przywódca z prowincji La Paz.

“Drogi były niewybrukowane, nie mieliśmy nawet mostów, ale dzisiaj, dzięki rządowi, wszystkie społeczności rolnicze korzystają z rozwoju”.

„Moja babcia nie mogła wejść do sklepu w tradycyjnym ubraniu aż do czasu, kiedy Evo został prezydentem. Teraz może i to już się nie zmieni” – mówiła inna zwolenniczka Moralesa.

Morales umiał zaangażować marginalizowaną dotychczas wiejską ludność rdzenną w politykę, istotnym elementem konsultowania decyzji uczynił referendum.

Wśród istotnych zmian rządów Moralesa można wymienić:

  • wprowadzenie wiedzy o politycznych i społecznych ruchach tubylczych w Ameryce Łacińskiej do programu nauczania;
  • obniżenie wskaźnika biedy z 59.9 proc. w 2006, do 36.4 proc. w 2018 przy stałym wzroście ekonomicznym (oraz zadłużenia);
  • promowanie obsadzania funkcji publicznych przedstawicielami ludności tubylczej i kobietami
  • zmniejszenie analfabetyzmu z 13,7 proc. do 3,8 (w 2014);
  • walka o dekryminalizację koki, będącej dla ludności Aymara i Quechua świętą rośliną;
  • zobowiązanie urzędników do nauki języków tubylczych;
  • drastycznie zmniejszenie nierówności w dochodach;
  • zmiana konstytucji i nazwy kraju na Wielonarodowe Państwo Boliwia, żeby podkreślić boliwijską multietniczność, której symbolem stała się wielokolorowa flaga wiphala – symbol andyjskiej ludności tubylczej.

Miał też na swoim koncie wiele zaniedbań, dotyczących między innymi puszczy amazońskiej. Kiedy płonęła, nie umiał zapanować nad sytuacją, wspierał wypalanie terenów i upierał się przy prowadzeniu dróg przez środek puszczy – wywołał tym wściekłość swojego najwierniejszego elektoratu. Prezydent międzynarodową krytykę odrzucał jako „środowiskowy kolonializm”, czym nie różni się wiele od prawicowego prezydenta Brazylii.

Konflikt etniczny

Nic dziwnego, że na moment przed wyborami Boliwijczycy wydawali się skonfundowani. Aż 20 – 30 proc. deklarowało, że nie wie, na kogo zagłosuje.

Konflikt po wyborach wyostrzył podziały. Sam Morales podgrzewa atmosferę etnicznego konfliktu z uchodźstwa, mówiąc, że jedyne czemu jest winny, to „bycia tubylcem i antyimperialistą”. Zamach stanu nazwał też „rasistowskim”.

Świat podzielony

Podzielona jest nie tylko Boliwia.

„Oczywiście, że to zamach stanu” – komentuje były prezydent Urguwaju Jose Mujica, guru latynoamerykańskiej lewicy. Wymieniając państwa, które opowiedziały się za Moralesem, BBC używa sformułowania „tradycyjni sojusznicy” i jest to określenie dość trafne. Jeśli chodzi o Boliwię, region podzielił się na tradycyjnych zwolenników z obozu „antyimperialistycznych bojowników” oraz tradycyjnych przeciwników pod egidą USA.

„Słowo zamach pojawia się zawsze, kiedy przegrywa lewica” – powiedział prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, który podobnie jak Donald Trump nigdy nie uznał ostatnich wyników wyborów w Boliwii.

Zamach stanu, czyli co?

Według Aníbala Péreza-Liñána, autorytetu nauk politycznych i relacji międzynarodowych, zamach stanu to proces „w którym siły bezpieczeństwa państwa obalają rząd, który jest u władzy stosując przemoc lub groźbę przemocy”. Istotny jest tu również element pogwałcenia zasad konstytucyjnych oraz fakt, że ci, którzy dochodzą w wyniku zamachu do władzy, nie mogliby tego osiągnąć w zgodzie z konstytucją.

Zdaniem prof. Eriki De Bruin z Hamilton College, specjalistki w relacjach cywilno-militarnych, różnica między zamachem, rewolucją czy powstaniem jest coraz mniej wyraźna, bo coraz częściej zamachom stanu towarzyszą masowe  protesty, ale „rzadko się zdarza, żeby odnosiły sukces bez poparcia wojska”.

De Briun uważa, że poproszenie prezydenta o dymisję, zakładało groźbę przemocy, jeśli nie w wyniku działań wojska, to w wyniku agresji protestujących, którym wojsko by nie przeszkodziło. Według politolożki, można mówić o zamachu stanu.

Ostrożniejszy jest politolog prof. Abel Escribà Folch z Uniwersytetu w Barcelonie. Przyznaje, że sugerowanie dymisji nie należy do kompetencji szefa sił zbrojnych, ale zwraca uwagę,  że aby mówić o zamachu stanu, potrzebna jest jeszcze wola sił zbrojnych do pozostania u władzy.

Inni, jak prof. Oliver Stuenkel z São Paulo, mówią – może i był zamach stanu, ale fałszerstwo też: „Niedemokratyczne rządy są często obalane niedemokratycznymi metodami, właśnie dlatego, że głosowaniem nie da się ich łatwo usunąć.

Co dalej?

Władze po zbiegłym prezydencie przejęła we wtorek 12 listopada wiceprzewodnicząca Senatu Jeanine Añez Chavez.

Stojący przed nią w hierarchii wiceprezydent i szefowie parlamentu zrezygnowali po ucieczce Moralesa. Podczas jej zaprzysiężenia na pełniącą obowiązki prezydenta nie było kworum, bo z sali wyszli przedstawiciele rządzącej partii b. prezydenta. Trybunał Konstytucyjny poparł jednak nową prezydent, która zobowiązała się do rozpisania nowych wyborów w ciągu 90 dni.

Stany Zjednoczone natychmiast uznały jej prezydenturę. Część Boliwijczyków przyjęła normalizację z ulgą po trwających 3 tygodnie powyborczych protestach, w których zginęło przynajmniej 7 osób. Inni, łącznie z byłym prezydentem, uważają ją za uzurpatorkę.

Morales odgraża się, że wróci, ale raczej sam w to nie wierzy.

Podchodzimy najbliżej barierek. Dla Was.
Wesprzyj OKO, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press