Zanim został ministrem, Konstanty Radziwiłł postulował podniesienie nakładów zdrowia do 6 proc. PKB. Młodzi lekarze mieliby zarabiać równowartość dwóch średnich krajowych, a lekarze specjaliści - trzech. Dzisiaj pieniędzy w budżecie jest nawet więcej niż w 2015 roku

Minister zdrowia odniósł się do postulatów głodujących lekarzy-rezydentów, którzy strajkują już dziewiąty dzień, domagając się m.in. zwiększenia nakładów na zdrowie do 6,8 proc. PKB i podwyżek płac:


Oczekiwania rezydentów są nierealistyczne

Konstanty Radziwiłł, Polityka przy kawie, TVP 1 - 09/10/2017

Fot. Tomasz Stanczak / Agencja Gazeta


Minister w 2015 roku: Rezydenci powinni zarabiać dwie średnie krajowe


Słowa ministra Radziwiłła są o tyle zadziwiające, że kiedy nie był ministrem, jako jeden z pierwszych sformułował te żądania, które dziś stawiają strajkujący. Jako prezes Naczelnej Izby Lekarskiej podczas IX Zjazdu Lekarzy domagał się dla lekarzy-rezydentów zarobków równych dwóm średnim krajowym, a dla lekarzy specjalistów – trzech.

Podczas XI Forum Rynku Zdrowia Konstanty Radziwiłł, wtedy jeszcze nie minister, a już nie prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, domagał się w ciągu 2-3 lat finansowania zdrowia na poziomie 6 proc. PKB.

Mówił wtedy: „na ochronę zdrowia Polska wydaje zaledwie 4,4 proc. PKB. To znacznie mniej niż np. nasi sąsiedzi. W przypadku Czech to 6,8 proc. PKB. Należy zatem zwiększyć nakłady na ten cel”.

Nie da się zaprzeczyć, że to postulaty niemal identyczne z postulatami rezydentów, które brzmią następująco:

  1. zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do poziomu europejskiego nie
    niższego niż 6,8 PKB w przeciągu trzech lat,
  2. likwidacja kolejek,
  3. rozwiązanie problemu braku personelu medycznego,
  4. likwidacja biurokracji w ochronie zdrowia,
  5. poprawa warunków pracy i płacy w ochronie zdrowia.

Tymczasem zarówno PKB, jak i średnia krajowa znacząco wrosły od 2008 roku: PKB o,58 biliona złotych, a średnie wynagrodzenie o prawie 1000 złotych.

Określenie „nierealistyczne żądania” w ustach Radziwiłła dziwi tym bardziej, że jego własny resort twierdzi, że 6 proc. PKB to „kwota niezbędna do sprawnego działania ochrony zdrowia”. Takie stwierdzenie pada w ministerialnym dokumencie z lipca 2016 „Strategia zmian w systemie ochrony zdrowia w Polsce”.

Zamiast rozwijać metafory, lepiej policzyć o jakich kwotach mówimy. Ministerstwo Zdrowia zrobiło to zresztą za nas:

„W 2016 roku wysokość środków publicznych (na szczeblu centralnym) przeznaczanych na służbę zdrowia to kwota 76.967.604 tys. zł. Zakładając wielkość środków publicznych gwarantującą sprawne działanie ochrony zdrowia na poziomie 6 proc. PKB, kwota powinna wynosić ok. 102.120.396 tys. zł. Brakujące środki to ok. 26 miliardów zł”.

Podniesienie nakładów na zdrowie do 6 proc. PKB kosztowałoby niewiele więcej niż roczny koszt programu 500 plus, który według przyjętego we wrześniu budżetu na 2018 rok wynosi 24 mld zł.

6,8 proc. jakich żądają rezydenci kosztowałoby budżet nieco więcej – 29,5 mld zł, ale to wciąż „tylko” 1,22 razy więcej niż flagowy projekt socjalny PiS.

Młodzi lekarze: nie chcemy wyjeżdżać!

Protest głodowy jest oznaką desperacji młodych lekarzy, którzy nie chcą wyjeżdżać z Polski, ale jeśli nic się tu nie zmieni, to – jak twierdzą – nie mają wyboru. Głodówka trwa od 1 października, uczestnicy się wymieniają. Jeśli ktoś zasłabnie, to rezygnuje z protestu, a na jego miejsce przychodzi ktoś inny. „Cholernie bym nie chciała wyjeżdżać. Lepiej jest leczyć tutaj. Nas już jest i tak strasznie mało. Zresztą, jak my wyjedziemy, kto będzie leczył Polaków? Nawet nasze rodziny i naszych znajomych?” – mówi we wtorek 10 października OKO.press Justyna, młoda lekarka z Łodzi, która głoduje drugą dobę. „Ale nie ma też co robić z siebie męczennika. Jeśli nic się nie zmieni, wyjeżdżam. No bo na razie jestem sama, całe moje życie to praca. Mogę dorabiać, pracować nocami. Ale w pewnym momencie chciałabym mieć rodzinę i chciałabym, żeby moje dzieci znały mamę nie tylko z komunikatorów internetowych. A niestety tak najczęściej młode lekarki w Polsce wychowują swoje dzieci”. Justyna jest na specjalizacji z anestezjologii – ta specjalizacja nie trafiła do „wybranych” przez ministra Radziwiłła jako najpotrzebniejsze Polakom, w związku z tym nie dostanie podwyżki. Justyna z przekąsem komentuje propozycję podwyżek ministra: „No jasne, my nie jesteśmy potrzebni – przecież wcale już nie jest tak, że oddziały stoją, bo nie ma kto znieczulać pacjentów”.

Paweł Janiszewski skończył ratownictwo medyczne, jest wykwalifikowanym ratownikiem. Mógłby ratować życie Polaków. Ale zamiast tego zatrudnił się w banku: „Nie chcę wyjeżdżać – przez chwilę pracowałem za granicą, ale zdałem sobie sprawę, że nie potrafię mieszkać poza Polską. Ale nie potrafię też tu pracować w zawodzie – nie na takich warunkach. To był mój własny, osobisty protest. Nie chciałem dokładać mojej cegiełki do tego chorego systemu. Ale potwornie tęskniłem za ratownictwem. Skończyłem więc zdrowie publiczne, teraz kończę też bioetykę i szukam pracy na styku medycyny i IT”. Tymczasem jednak Paweł głoduje razem z rezydentami: „Jestem tutaj, bo najważniejszy postulat strajkujących to podniesienie nakładów na zdrowie. Może inni nie będą musieli w przyszłości dokonywać takich wyborów jak ja”. Co powiedziałby ministrowi Radziwiłłowi, gdyby spotkał się z nim twarzą w twarz? „Jest Pan ministrem zdrowia. Dlaczego nie stoi Pan po naszej stronie? A jeśli nie ma takiej możliwości, to niech chociaż Pan nie psuje sobie życiorysu przez bycie pionkiem politycznym – niech Pan albo zrezygnuje, albo nas poprze”.

Polska wydaje na zdrowie najmniej w regionie

Z wydatkami na poziomie 4,6 procent PKB (dane Eurostatu z 2015 roku) Polska jest znacznie poniżej średniej UE (7,2 proc.). Gorzej jest tylko na Cyprze, Łotwie, Estonii i Rumunii. Nic dziwnego, że Polacy i Polki zmuszeni są dużo wydawać na prywatne leczenie (ok. 2 proc. PKB), które nie może zastąpić publicznej opieki zdrowotnej, bo jest z natury kosztowne i w wielu aspektach mniej efektywne.  Skutek? Zadłużone szpitale, kolejne protesty przedstawicieli różnych zawodów medycznych i zaledwie 2,3 lekarza na 1000 pacjentów (dane OECD z 2015 roku). To najmniej w naszym regionie.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że polscy lekarze są przepracowani i przemęczeni – w badanych przez inspektorów placówkach rekordzista pracował 120 godzin bez przerwy. Tymczasem minister Konstanty Radziwiłł uważa, że „lepszy zmęczony lekarz, niż żaden”.

A przecież rezydenci nie muszą głodować – mogą wyjechać na Zachód, gdzie polscy lekarze przyjmowani są z otwartymi ramionami i zarobią znacznie więcej za znacznie mniej godzin pracy. W interesie zarówno rządu, jak i nas – pacjentów jest to, żeby ich tu zatrzymać.

Olga Pietrzak, specjalizacja z ginekologii w Łodzi: „Nikt z nas nie wyklucza wyjazdu. Z każdym rokiem jesteśmy coraz bardziej zdesperowani. Lekarzy w Polsce jest za mało, średnia wieku np. lekarza ginekologa to 60 lat. Jak nasi starsi koledzy odejdą na emeryturę, to sypnie się to wszystko jeszcze bardziej”.

 


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym