0:00
29 lutego 2020

Koronawirus w Polsce: chorzy na pewno już są, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Czy system da sobie radę?

W Wielkiej Brytanii tworzą przychodnie kontenerowe, w USA szpitale polowe. W Polsce część szpitalnych oddziałów zakaźnych nie ma respiratorów. I jeżeli stan pacjenta się pogorszy, co z nim zrobią? Przeniosą na zwykły OIOM? OKO.press rozmawia z ekspertem ds. epidemiologii dr. med. Pawłem Grzesiowskim

Wydrukuj

OKO.press rozmawia z dr. med. Pawłem Grzesiowskim, założycielem i prezesem Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń.

Marta K. Nowak: Porozmawiamy o koronawirusie?

Dr. Paweł Grzesiowski: Może lepiej o tym, co się naokoło niego dzieje? Wie pani, ile kosztuje płyn do dezynfekcji rąk? Taki, który naprawdę działa, czyli ma minimum 60 proc. alkoholu? Na Allegro ceny dochodzą do 1000 zł, a normalnie kosztowały 50 - 60 zł. Spekulacja kwitnie.

Co jeszcze znika z magazynów?

Wszystko, co służy obronie przed wirusem: fartuchy, kombinezony, maski, gogle, wszystko. Takie rzeczy trzeba na wypadek epidemii oczywiście mieć, ale nikt się nie spodziewał takiej skali zapotrzebowania. Oprócz szpitali ogromne ilości zaczęły zamawiać przychodnie i szkoły, które dotychczas prawie w ogóle z tych zabezpieczeń nie nie korzystały, choć powinny.

Czyli zmiana na lepsze.

Tak, to zawsze cieszy. Ale jest kryzys w zaopatrzeniu i to jest widoczne na każdym kroku.

Koronawirusa wykryto już w Niemczech, na Białorusi, Ukrainie, Litwie... W Polsce o dziwo nie. Może po prostu nie wiemy? W Gdańsku pacjenci zgłaszający się z podejrzeniem nie zostali zbadani na koronawirusa. Czytelniczka OKO.press donosi, że chociaż była w grupie ryzyka, za badania kazano jej zapłacić, bo nie jest ubezpieczona. A może epidemia już dotarła do Polski?

Chorzy na pewno już w Polsce są, ale nie może ich być zbyt wielu, bo mniej więcej jeden na dziesięciu trafiłby do szpitala z cięższą postacią wirusa. Statystycznie co piąty pacjent, czyli około 20 proc. chorych ma zapalenie płuc, więc jakieś sygnały już by się pojawiły.

Chociaż i tu nie ma pewności.

W Chinach wszystkie oddziały intensywnej terapii (OIOM) regularnie raportują, ile mają ostrych niewydolności oddechowych. W Polsce takiego systemu nie ma. Mamy w dodatku teraz sezon grypowy, więc trudniej z liczby zachorowań wywnioskować, czy coś już się dzieje.

U wielu osób przebieg choroby jest na tyle łagodny, że mogą jej nie zauważyć. Ale statystyki są nieubłagane. Jak już będziemy mieli epidemię, to na każde sto osób dziesięć, dwadzieścia trafi do szpitali. I będą dwa albo trzy zgony.

Czy musimy czekać na zgony? Nie da się ich uniknąć? Z tego, co mówiła OKO.press Polka mieszkająca we Włoszech, tam wystarczy zadzwonić pod numer alarmowy, przyjeżdża służba medyczna, robi wymaz, badania...

Tu pojawia się ważne pytanie: po co robimy badania? Jeżeli chcemy aktywnie szukać wirusa, to robimy tak jak pani mówi. Ogłaszamy: ktokolwiek ma objawy, niech się zgłasza. To aktywne wyszukiwanie przypadków, tak robią kraje, które już mają u siebie wykrytego koronawirusa.

My jesteśmy przed wybuchem wirusa, więc musielibyśmy przebadać tysiące prawie zdrowych ludzi. System, który mamy teraz w Polsce jest obliczony na wyszukiwanie wierzchołka góry lodowej, czyli tego ciężko chorego, który trafi na OIOM. PZH mówi, że zrobiło około 250 badań od kiedy testy zostały uruchomione.

Czyli tyle, co nic. Zważywszy, że około 200 tys. osób tygodniowo choruje na grypę.

Taki system biernego monitorowania jest zawsze gorszy od aktywnego, ale brutalnie mówiąc: tańszy. Jest przykrojony do mizernego stanu naszej służby zdrowia. Czekamy aż przyjdzie do nas osoba z objawami i wtedy uruchomimy całą procedurę.

Żeby aktywnie wyszukiwać, musielibyśmy mieć dużą sieć laboratoriów, które są w stanie zrobić dziennie tysiąc czy dwa tysiące badań. Jeden test to 200, 300 zł. To mógłby być wydatek rzędu kilku milionów tygodniowo.

Badania na koronawirusa powinny być skierowane do osób, które miały kontakt z chorymi, były na obszarach, gdzie są ogniska choroby. Ale tu też pojawia się problem. Jeśli 100 tys. Polaków w ciągu ostatnich tygodni pojechało do Włoch. 1 proc. z nich poczuje się gorzej, to mamy już tysiąc osób do zbadania.

Większość będzie miała łagodne objawy. Pojawia się pytanie, czy chcemy wiedzieć, czy na pewno nie mają koronawirusa? Chcemy ich za wszelką cenę wyłowić? To by kosztowało majątek i przerosło możliwości naszej służby zdrowia.

Pozostaje opcja, żeby zostali w domu, nie zarażali, leczyli się i zdrowieli. Aż któraś z tych osób poważnie zachoruje.

Nie możemy oczywiście biernie czekać, ale trzeba zachować kryteria do badania: muszą być właściwie objawy, pobyt w kraju z ogniskiem wirusa, trzeba wykluczyć inne choroby.

Ale czy inne kraje nie przygotowują się w większym stopniu?

Te bogatsze stawiają w tej chwili na tworzenie bazy laboratoriów. Tak, żeby dziennie można było wykonać nawet 5 tys. testów.

Myślą też o tym, żeby takie laboratoria były w każdym ośrodku, tak żeby czas między pobraniem materiału a rozpoczęciem badania nie był dłuższy niż dwie godziny. U nas w tej chwili, jak w Bielsku pobrali próbkę, to po tygodniu był wynik, bo musieli wysłać to do Wrocławia, potem do Warszawy...

Na świecie inwestuje się w szybkie diagnozowanie. Anglicy są gotowi natychmiast przyjechać do domu, pobrać wymaz od pacjenta, żeby nie wychodził z domu, wrzucają próbkę do laboratorium i za cztery godziny mają wynik.

Bogate kraje w tej chwili dozbrajają laboratoria, ale też izby przyjęć. W Anglii wprowadza się kontenerowe izby przyjęć, żeby taki pacjent, jak już musi pójść do szpitala, nie stał w kolejce z całą resztą.

Tego wszystkiego u nas nie ma. Władze zapewniają, że jesteśmy przygotowani. Ale pojawi się epidemia tłumy ludzi - także chorych na zwykłą grypę - będzie chciało się dowiedzieć, czy to nie koronawirus. Kto ich obsłuży?

Pacjenci powinni zgłaszać się do szpitali zakaźnych, ale te szybko się zatkają, więc będą odsyłani do normalnego szpitala. W grupie ekspertów

jesteśmy w trakcie obmyślania procedur, które pozwolą skutecznie oddzielić pacjentów z podejrzeniem koronawirusa od innych. Być może najlepszy będzie domofon przy wejściu do izby przyjęć lub SOR, przez który pacjent będzie się kontaktował z personelem i będzie kierowany do odpowiedniego wejścia, być może oddzielna poczekalnia?

To ważne, żeby osoby z objawami grypy nie szturmowały przychodni. Jeśli w szpitalu nie będzie miejsc, należy kontaktować się z lekarzem rodzinnym telefonicznie.

Dla pacjentów z lekkimi objawami grypy czy koronawirusa zalecenie jest to samo - zwolnienie z pracy i pobyt w domu. Problem zaczyna się, gdy pacjenci mają poważne objawy.

Mamy województwa, gdzie nie ma w tej chwili ani jednego wolnego łóżka na oddziale intensywnej terapii. Gdzie pójdą pacjenci z niewydolnością oddechową?

Nie mam pojęcia.

Ja też. Jakimś rozwiązaniem są szpitale polowe. W Stanach zabrano się już za przygotowywanie pod intensywną terapię i takie szpitale uruchomiono w dwóch bazach wojskowych. Takie miejsca trzeba w Polsce znaleźć:

koszary albo opuszczony szpital, w którym w razie rosnącej liczby chorych robimy 100-łóżkowy oddział dla respiratorów.

Nie wiem, czy jest plan, żeby to u nas wprowadzić. Na razie powtarza się tylko, że mamy oddziały i szpitale zakaźne.

Zgodnie z ministerialną listą, na całe województwo lubuskie jest jeden taki szpital!

A część szpitalnych oddziałów zakaźnych nie ma respiratorów.

I jeżeli pacjent się pogorszy, to co z nim zrobią? Przeniosą na zwykły OIOM? Państwo powinno być na to przygotowane.

A co robimy, żeby epidemii zapobiegać? Od niedawna wprowadzono kontrole temperatury w samolotach.

Na jeden samolot jest pięć autokarów, w których nie mierzy się temperatury. To półśrodek, żeby nie powiedzieć ćwierć-środek.

Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta

Na zdjęciu: sprawdzanie pasażerów na lotnisku w Krakowie. Do soboty 29 lutego nie wykryto jeszcze przypadku koronawirusa w Polsce

Moglibyśmy łatwo wprowadzić coś, co sprawdza się w innych krajach, czyli e-medycynę. Pacjent dzwoni na wskazany telefon i jest prowadzony krok po kroku.

Jeśli jest w złej formie, osoba po drugiej stronie może zamówić karetkę, żeby go przywiozła, jeśli trochę lepszej - wydać zwolnienie lekarskie, zarządzić kwarantannę domową, żeby nie musiał chodzić po zwolnienie do lekarza.

W Polsce jest to możliwe. Są już e-zwolnienia, e-recepty. Tylko że ZUS, żeby móc zapłacić za zwolnienie na kwarantannę, musi na razie czekać na decyzję od inspektora sanitarnego. A to zabiera czas, którego nie ma.

Jak powinniśmy się zachowywać w obliczu nadciągającego wirusa?

Przede wszystkim chronić seniorów, to grupa najbardziej wrażliwa. Trzeba zrobić wszystko, żeby do nich wirus dotarł najpóźniej.

Jak groźny jest koronawirus w porównaniu do grypy? W tej sprawie jest masa szumu informacyjnego.

Jeśli chodzi o objawy kliniczne, to grypa przebiega dokładnie tak samo: bóle mięśniowe, gorączka, kaszel...

Nie ma możliwości klinicznie odróżnić grypę od koronawirusa.

Natomiast śmiertelność średnia kwalifikowana na grypę to 0,1 proc., a na koronawirusa: 3 proc. Czyli 30 razy więcej. Wynika z tego, że gdybyśmy 600 tys. ludzi zarazili grypą, a po drugiej stronie 600 tys. zarazili koronawirusem, to w pierwszej umrze 600 osób, a w drugiej 18 tysięcy.

Brzmi przerażająco, ale czy te statystyki nie są wyolbrzymione?

Tak, bo trzeba pamiętać, że w przypadku koronawirusa mówimy wyłącznie o przypadkach potwierdzonych w badaniach, czyli liczbie ludzi, którzy zostali przebadani. Niepotwierdzonych jest przynajmniej cztery - pięć razy więcej.

To by oznaczało, że wśród wszystkich chorujących odsetek może wynosić raczej 0.6 - o,7 proc.

Grypa z kolei jest mierzona po objawach, do statystyk trafiają rozpoznania bez testów.

No właśnie, stąd wskaźniki śmiertelności są tak niskie. Jeśli jak podaje w "Wyborczej" 28 lutego prof. Włodzimierz Gut, doradca głównego inspektora sanitarnego, "w ostatnich dwóch tygodniach zachorowało na grypę 200 tys. osób, a zmarło dziewięć", to odsetek wynosi zaledwie 0,00045 proc., czyli 5/100 promila.

No właśnie, nie jesteśmy w stanie sprawdzić, jaka jest umieralność w przypadku potwierdzonej grypy. Lepiej zatem śmiertelności grypy i koronawirusa nie porównywać, bo są inaczej mierzone. A fałszywe porównania robią straszne wrażenie i groza rośnie.

Ministerstwo Zdrowia i Główny Inspektor Sanitarny 29 lutego zapewniają, że:

  • w Polsce nie potwierdzono do tej pory żadnego przypadku choroby;
  • przekazano 100 mln zł, "o które za pośrednictwem wojewodów będą mogły aplikować szpitale na przygotowania związane z koronawirusem". Wymieniono "na przykład" zwiększenie bazy łóżek zakaźnych, zwiększenie obsady personelu podział izby przyjęć, i SOR dla osób z podejrzeniem koronawirusa. Konkretne działania mają zlecać wojewodowie;
  • rządowy samolot wyleciał po kolejne 30 tys. testów na koronawirusa;
  • inspektorzy sanitarni mają pracować 24 godziny na dobę.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne