Prof. Paweł Machcewicz, usunięty przez PiS ze stanowiska dyrektora Muzeum II Wojny Światowej, rekonstruuje atak PiS na imponującą placówkę, jaką stworzył. Zwycięstwo władzy ma doprowadzić do zastąpienia bogatej, poważnej opowieści o największej tragedii w dziejach ludzkości, lukrowaną opowieścią o Polakach niezwyciężonych pomimo martyrologii

Ponieważ przejmowanie przez PiS Muzeum II Wojny Światowej trwało wiele miesięcy i rozpisane było na wiele dramatycznych aktów – propagandowych ataków ze strony władzy i prorządowych mediów, procesów sądowych, gorących dyskusji w Sejmie i Senacie – łatwo zapomnieć, co się wydarzyło. Pamięć odświeży nam ta książka prof. Pawła Machcewicza (dziś, 6 grudnia 2017 –  oficjalna premiera) – kroniką pracy nad muzeum, a później wielomiesięcznej walki w jego obronie.

Jak na historyka przystało, książka jest doskonale udokumentowana i kompletna. Przytłacza liczbą manipulacji, medialnych aktów agresji i zwyczajnych kłamstw ze strony polityków PiS, którzy konsekwentnie i bez żadnych skrupułów dążyli do rozprawy ze znienawidzoną placówką (i jej dyrekcją).

„Jeszcze niedawno wydawało się, że takie historie nie mogą się wydarzyć naprawdę, że przynależą raczej do świata groteskowych opowiadań i sztuk teatralnych Sławomira Mrożka” – komentuje prof. Machcewicz batalię o Muzeum.

Przypomnijmy niektóre epizody tej tragicznej w skutkach groteski.

Nocny sms

O planowanej likwidacji muzeum jego pracownicy dowiedzieli się nocą 15 kwietnia 2016 roku. Prof. Machcewicz pisze: „Kilka minut po dwudziestej trzeciej, tuż przed zgaszeniem światła zauważyłem w telefonie SMS-a (…). Ktoś natrafił na komunikat, który w godzinach wieczornych pojawił się na stronie internetowej ministerstwa. Obwieszczenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapowiadało likwidację Muzeum II Wojny Światowej. Drogą do tego miało być jego połączenie z Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 roku, w wyniku czego powstanie nowa instytucja kultury, nosząca tę ostatnią nazwę”.

Niepolski punkt widzenia

Machcewicz mógł się spodziewać zamachu na muzeum. Politycy PiS krytykowali je od momentu, w którym rząd Tuska zapowiedział jego powstanie. Muzeum wymyślił zresztą sam prof. Machcewicz, w 2007 roku zaproponował w „Gazecie Wyborczej”, by je stworzyć jako wypowiedź w polsko-niemieckim sporze o historię „wypędzonych”.

W 2008 roku prof. Machcewicz pisał o planowanej ekspozycji:

„ma pokazywać, że wysiedlenia Niemców po zakończeniu wojny były nie tylko rezultatem dążeń do stworzenia państw jednolitych narodowo – jak głosi Związek Wypędzonych – ale przede wszystkim kontynuacją przymusowych migracji, które rozpoczęły na niespotykaną wcześniej skalę III Rzesza i ZSRR. W tej części wystawy należy też zaznaczyć, że nawet w najtragiczniejszym momencie dla niemieckiej ludności cywilnej – ucieczek przed Armią Czerwoną – kontynuowane były niemieckie zbrodnie: marsze śmierci z Auschwitz i innych obozów, np. na wybrzeżu bałtyckim”.

Wbrew powtarzanym w kółko przez PiS zarzutom, Muzeum powstało właśnie po to, żeby reprezentować polski punkt widzenia – ale przez odwołanie do wartości uniwersalnych i dzięki szerokiemu historycznemu kontekstowi. Miało pokazywać i pokazuje pełny obraz II Wojny Światowej i jej konsekwencji, w tym „wypędzeń” Niemców z zachodnich terenów Polski.

Ma być o polskiej martyrologii

W listopadzie 2008 roku Jarosław Kaczyński trzykrotnie w ciągu jednego tygodnia wspomniał o muzeum, zarzucając mu między innymi, że posłuży do „dezintegracji narodu polskiego”.
Podczas debaty na temat oceny pierwszego roku rządów Donalda Tuska Kaczyński wpisał projekt w szerszy kontekst: „Jest sprawa tego wszystkiego, co się dzisiaj w Niemczech dzieje, a co w istocie oznacza redefinicję sensu moralnego, a więc także politycznego drugiej wojny światowej.

Jest sprawa, szanowni państwo, Muzeum II Wojny Światowej. O czym ono ma mówić? O polskiej martyrologii [Oklaski] czy o krzywdach Niemców? Otóż, szanowni państwo, ono powinno mówić o polskiej martyrologii [Oklaski], o holokauście, który dotyczył Polaków,

bo inaczej to, realnie rzecz biorąc, zgadzamy się z tym, że zbrodni dokonali beznarodowi naziści, natomiast w Polsce istniały polskie fabryki śmierci – choćby niedawno o tym pisano. To jest w praktyce zgoda na taką sytuację i odchodzenie od polityki, którą żeśmy podjęli w tej sprawie, jest ciężkim szkodzeniem Polsce [Oklaski].

Tusk odpowiedział wówczas: „Nikt nie dał panu monopolu na patriotyzm i prawdę”.

Ta słuszna uwaga została naturalnie całkowicie zignorowana. PiS przez cały okres sporu wokół muzeum – trwającego z przerwami przed dekadę – zachowywał się tak, jak gdyby miał absolutny monopol jeśli nawet nie na prawdę historyczną, to na „polski punkt widzenia”. Zdaniem polityków PiS i publicystów można było albo go przyjąć, albo automatycznie wpisać się w „nurt zdrady narodowej” czy „opcję niemiecką”.

Fajka Stalina i Lenin z Jedwabnego

Muzeum jednak powstawało i jego dyrektor z dumą opisuje eksponaty, które udało się pozyskać. Znalazła się wśród nich fajka Stalina, która po bardzo skomplikowanej historii trafiła do Polski przez Kazachstan (Stalin sprezentował ją radzieckiemu bohaterowi wojennemu); posąg Lenina, który znajdował się na rynku w Jedwabnem i który w 1941 roku stał się ważnym rekwizytem w trakcie mordu popełnionego na żydowskich mieszkańcach miasteczka; czy wreszcie chusteczka do nosa Bolesława Wnuka, działacza ludowego z Zamojszczyzny, posła na sejm II RP, który został w listopadzie 1939 roku aresztowany przez Niemców i w czerwcu 1940 roku zamordowany w ramach akcji niszczenia polskich elit.
Przed egzekucją na chustce, przekazanej potem przez strażnika, napisał pożegnanie z rodziną:

„Kochana Żono, Niuniusiu, Laluniu, Grzesiu, matko, siostro, szwagry, krewni, znajomi, dziś zostaję rozstrzelany przez władze niemieckie. Ginę za ojczyznę z uśmiechem na ustach, lecz ginę niewinny. Za krew niech Bóg zapłaci przekleństwem wiecznym podłym łotrom. Twój Bolek”.

Nie, bo nie

Kampania wymierzona w to „antypolskie” muzeum zaczęła się tuż po przejęciu władzy przez PiS. Machcewicz opisuje detale.

„Wszystkie nasze prośby i wnioski, w dowolnej sprawie, były odrzucane, na ogół bez podania żadnego powodu. Zwróciłem się na przykład do ministra Glińskiego, by z przyznanego nam budżetu 100 tys. złotych wydać na zakup nowych serwerów, gdyż stare od dawna nie odpowiadają potrzebom rozrastającej się instytucji. Odpowiedź była odmowna, mimo że nie prosiłem o dodatkowe pieniądze, a tylko o rutynowe przekwalifikowanie wspomnianej kwoty na tzw. środki inwestycyjne.

Nie miały znaczenia wyjaśnienia, że grozi nam w każdej chwili awaria serwerów, utrata danych i perturbacje dla ogromnej inwestycji, pochłaniającej wielkie środki publiczne.

Podobnych sytuacji były dziesiątki”.

Do „frontalnego ataku” doszło w kwietniu 2016 roku, kiedy władze ogłosiły likwidację Muzeum i połączenie go z Muzeum Westerplatte – placówki, która nie miała jeszcze nawet adresu i numeru telefonu. Był to trik prawny, który pozwolił usunąć prof. Machcewicza (oraz wielu jego najbliższych współpracowników) i przejąć muzeum.

Brutalny upór

W kampanii PiS wymierzonej w muzeum i samego prof. Machcewicza uderzająca jest bezwzględność połączona z uporczywym powtarzaniem zarzutów, które były całkowicie fałszywe. Chociaż były one wielokrotnie odrzucane i wyjaśniane, powtarzano je nadal – a potem jeszcze raz, i jeszcze.

W czasie debaty w Sejmie poseł Arkadiusz Czartoryski, skądinąd historyk z wykształcenia i niegdysiejszy nauczyciel historii, zarzucił muzeum pominięcie:

  • Monte Cassino,
  • Dywizjonu 303,
  • eksterminacji polskiej inteligencji i księży na Pomorzu, w Auschwitz i Dachau,
  • Żegoty i ratowania przez Polaków Żydów.

Wszystkie te zarzuty były całkowicie fałszywe. Są jednak powtarzane do dzisiaj.
Zapis walki o muzeum to świadectwo stylu, w jakim PiS realizuje swoje polityczne cele – nie liczy się ani z normami prawa, ani z prawdą, ani z dobrymi obyczajami.

Muzeum musi zostać zniszczone, a jego ekspozycja będzie zmieniana – tak, aby odpowiadała nacjonalistycznej wizji historii Polski, którą PiS chce przekazać światu, według której Polacy byli wiecznie bohaterskim, wiecznie cierpiącym i wiecznie prześladowanym narodem bez skazy.

„Niezwyciężeni” jak głupi dowcip

Na razie prawie nic nie zostało zmienione, bo też łatwiej jest wygadywać głupstwa niż przygotować choćby jeden eksponat. Ale już w tej chwili, po kilku godzinach zwiedzania ogromnych zbiorów świadczących o okrucieństwie, cierpieniu i absurdzie tej największej katastrofy w dziejach, widz natyka się na cukierkowo-patriotyczną animację „Niezwyciężeni” wyświetlaną w olbrzymim formacie. Z tej produkcji zamówionej przez IPN dowie się, że pomimo wyjątkowych cierpień to my, Polacy, właściwie wygraliśmy tę wojnę.

Robi to przygnębiające wrażenie, jakby ktoś chciał przy pomocy nacjonalistycznych frazesów („ale my nigdy się nie poddajemy”) zakpić z prawdziwego cierpienia milionów ofiar polskich, żydowskich, rosyjskich, ukraińskich…

Za granicą nikt się na takie bajdurzenie o tragedii nie nabierze, a także specjaliści w Polsce będą wiedzieli, jak było naprawdę. Prawdziwe szkody może to wyrządzić niestety głównie w głowach zwiedzających przejęte przez władze muzeum, zwłaszcza młodych ludzi.

Książka prof. Machcewicza to wielka przestroga i głos protestu przeciw temu, co się wydarzyło i co jeszcze może się zdarzyć.

P. Machcewicz, „Muzeum”, wyd. Znak Horyzonty, Kraków 2017


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press