Ukulany haszysz zbiera się w pudełkach od zapałek. Pełne pudełko to waluta wymienna. Jeden kupił za nią używane auto, inny konia za pięćdziesiąt pudełek. Na rodzinne święta zamiast koperty z gotówką też można wpaść z pudełeczkami.
Sarana i jej mąż Sowiet mieszkają trochę na uboczu. Płot krzywy i furtka skrzypi cierpiąco. Podwórko namoknięte jak brudna gąbka, połamane płyty chodnikowe wyznaczają drogę przez błoto. Niebieski domek ma parę dekad na karku, kolejne warstwy farby maskują upływ czasu. Jest ganek, kuchnia, dwie izby.
Życie codzienne toczy się w letniej kuchni, w ogrodzie. Tu gotuje się, je i ogląda telewizję. Narożna kanapa, na stole pucharki z konfiturą i miska z chlebem, zasłoniętym od much uciętym kawałkiem firanki. Pod sufitem, jak w barze albo na stacji benzynowej, telewizor. Na dole Sarana sprawdza klasówki, na górze śpiewa Dinara Akułowa, królowa kirgiskiego popu. Sarana jest po czterdziestce, Akułowa jest kobietą bez wieku. Śpiewa o miłości, koniecznie tragicznej: nigdy cię nie zapomnę, niech nasza miłość powróci.
– Gdyby wszyscy kochali szczęśliwie, nie byłoby o czym śpiewać – stwierdza nauczycielka.
Sarana kocha szczęśliwie. Ona uczy w szkole, Sowiet, jej mąż, imał się różnych prac, budował domy, handlował, jak wielu. Po likwidacji sowchozu większość Rosjan wyjechała. A z nimi cały sprzęt rolniczy. Sarana podsumowuje: – To, co Ruscy przywieźli, wywieźli z powrotem do domu.
Ziemię sprywatyzowano. Mieszkańcy dostali niecałe osiem arów na głowę. To mało, a warunki są trudne. Zimą klimat surowy, a latem upał, potrzebna jest irygacja, którą po upadku sowchozu nie miał kto zarządzać. W ogóle mało kto się wtedy rolnikiem przejmował. Zakładano, że chłop dalej będzie orał, siał i zbierał, brakowało jednak ziarna, nawozów, maszyn, paliwa. Brakowało też gotówki, żeby je kupić, a i z dostępnością bywało krucho.
Sarana i Sowiet mają półtora hektara, tyle odziedziczyli po krewnych. Da się na tym posadzić ziemniaki, posiać garstkę pszenicy. Jest krowa i piętnaście owiec. Mleko odnoszą do sklepu, który skupuje dla przetwórni. Nie biorą za to pieniędzy, tylko towar z półki. Barany sprzedają za gotówkę. Za jednego trzy tysiące somów, jakieś sto dwadzieścia pięć złotych, kropla w morzu potrzeb.
Sarana ma etat, pensja jest regularna, ale mizerna: dwanaście tysięcy somów, czyli pięćset złotych. Żyć za to się nie da. To problem wielu mieszkańców Kirgistanu, którzy zamiast pensji dostają od państwa kieszonkowe. Pół biedy, jeśli masz pole, sad albo ogród. Bez tego i bez dużej rodziny wyżyć trudno. I bez baranów. Przy każdym domu jest zagródka, w niej dwa–trzy barany. Cały dzień siedzą, jedzą i tłuścieją. W Kirgistanie hoduje się rasy kurdiuczne, od słowa „kurdiuk” oznaczającego zapasy tłuszczu przy ogonie, coś w stylu wielbłądziego garbu. Takie tłustodupe barany – kurdiuk potrafi ważyć pięć albo więcej kilo – są w cenie. Jak rodzina będzie mieć większy wydatek, barany pójdą pod nóż. Czekają cierpliwie, jakby ze współczuciem patrząc na finansowe zmagania właścicieli.
– Nikt by się nie brał do haszyszu, gdyby nie bieda – mówi Sarana i wspomina lata dziewięćdziesiąte. – Tu nic nie było. Ani chleba, ani ziarna na chleb. Jakoś musieliśmy żyć. – Dla rolników z bajkowego sowchozu było to brutalne przebudzenie do nowej rzeczywistości. Pozostawieni sami sobie runęli w czarną dziurę.
W tej dziurze to krzak marihuany dał im oparcie: złapali się go i po nim wyleźli na wierzch.
Sowiet, który imię dostał na cześć władzy ludowej, jest mężczyzną niewielu słów. Może dlatego, że nie wie, po jakiemu ma mówić. Rosyjski to jego pierwszy język, mimo że jest Kirgizem. Konopliewka (wieś tak naprawdę nazywa się inaczej) była w pełni zrusyfikowana. Kirgiskiego zaczął uczyć się dopiero w dorosłym życiu, dzięki żonie.
Siedzimy w letniej kuchni. Sarana kreśli prace domowe, Sowiet miesza ziemniaki na patelni. Smaży je pokrojone, z cienko pociętą dymką. Ziemniaki znad Issyk-kulu nie mają konkurencji, podobnie jak konopie. Sowiet ma praktykę w gotowaniu, za to haszysz zna tylko w teorii. Tak twierdzi, ale gotów się tą teorią podzielić. W lipcu i sierpniu idzie się w pola szukać konopi. Zrywa się górne liście i kwiatostany, trze się je w rękach, pod wpływem tarcia powstanie haszysz. Sowiet odkłada łyżkę i pociera ręce. To ręczna robota, po rosyjsku rucznik.
– W gorącą pogodę trzeba trzeć, inaczej się nie klei.
– A nie możesz pokazać w praktyce? – pytam.
Sowiet wygląda przez okno.
– No ale widzisz, że znowu pada.
Gotowy haszysz ląduje w pudełkach, takich po zapałkach. Sowiet ma całą kolekcję, leżą na półce w kuchni. Zagrzechocze jednym, żeby było jasne, że są w nim zapałki. Po co ci tyle zapałek? – pytam.
Mruga do mnie okiem:
– Umówmy się, że zbieram.
Takie pudełko – po rosyjsku koroboczka – to wygodna miara objętości haszyszu. Pudełko z wkładem waży około dwudziestu gramów. Aktualnej ceny Sowiet nie zna, powinien za nie dostać jakieś cztery tysiące somów, niecałe dwieście złotych. W dzień zapełnisz trzy do pięciu, a jak ktoś jest robotny, to i dwadzieścia.
– A ty? – pytam wprost.
– Mówię przecież, że jestem teoretykiem.
– Oj, każdy ma trochę praktyki – szczebiocze Sarana znad zeszytów szkolnych. – Każdy kiedyś tarł, i młodzi, i starzy. Mężczyźni na polu, kobiety koło domu, bo i dziećmi trzeba się zająć, i obejście ogarnąć. Nawet moja babka tarła, choć ledwie chodziła. – Popularność chałupniczej produkcji Sarana wyjaśnia krótko: – Ludzie rzucili się na to, bo to darmowe pieniądze.
Konopie rosną dziko, nie trzeba ich siać ani pielęgnować. Narzędzi też nie trzeba. Tylko ręce i pudełka po zapałkach, to wszystko. Pieniądze może i darmowe, ale praca ciężka, narzeka Sowiet, teoretyk.
– To takie opary wydziela, że boli głowa i całe ubranie śmierdzi, trudno się pozbyć tego zapachu. – Kiedy milicja jeździ po polach, nie musi ludziom do kieszeni zaglądać, wystarczy zapach rąk. To czuć na odległość. Najlepszy sposób, by szybko zmyć dowód winy, to nasikać na ręce. Tylko mocz zmywa ten zapach, mówi Sowiet i wraca do patelni.
W dzikich latach dziewięćdziesiątych handel haszyszem odbywał się bez zbędnych ceregieli. Kupcy zajeżdżali do wsi, nawet niekoniecznie po zmroku. Chodzili po domach, jakby chcieli kupić jajek albo mleka. Milicja nie zapuszczała się w te strony. Niepodległy Kirgistan musiał najpierw okrzepnąć, miał ważniejsze sprawy na głowie.
Ostatecznie miejscowa przedsiębiorczość nie uszła jednak uwagi urzędników. W kolejnej dekadzie pojawiły się kontrole, handel przeniósł się pod osłonę nocy. Niektóre domy wyspecjalizowały się w pośrednictwie. Sprzedawano tylko sprawdzonym ludziom, najlepiej takim, co mają krewnych w regionie. Dziś milicja odwiedza okolicę regularnie. Wieś wystawia czujki, ale i tak czasem ktoś wpadnie na polu. Wtedy trzeba negocjować. Gorzej, jeśli masz dużo towaru lub złapali cię na sprzedaży. Na to jest paragraf w kodeksie karnym i trzeba się nagimnastykować, by wyjść z tego bez szwanku.
Ile to dużo, a ile to mało, wynika z ustawy. Do 2007 roku duża ilość zaczynała się od czterdziestu gramów, czyli od dwóch pudełek. Nowe przepisy obniżyły ten próg do trzech gramów. To narzędzie do walki z handlem narkotykami tworzy nowe szanse zarobku dla lokalnej milicji. Za niską klasyfikację czynu wielu ludzi gotowych jest zapłacić. Milicjanci ponoć na ogół biorą.
– Chcą zarobić, ale jakieś osiągi też mieć muszą – mówi Sowiet. Przekonała się o tym sąsiadka, złapali ją w drodze z pola, haszysz miała w skarpecie. Proponowała milicjantom pieniądze, nie wzięli. Tego dnia puścili już pięć osób. Robił się wieczór, trzeba było złapać kogoś, żeby statystyka się zgadzała. Dopiero wyższa instancja umorzyła postępowanie, za stosowną opłatą.
Latem w Konopliewce odbywają się kampanie walki z marihuaną. Delegacja z miasta przyjeżdża z telewizją sfilmować, jak likwiduje rzekome uprawy. Dzikie konopie rosną wszędzie, we wsi, przy drodze i na leżących odłogiem polach. Nie rosną w równych rządkach, czekając, aż ktoś je skosi. Dla pokazuchy można wyciąć parę krzaków, wszystkich nie da się znaleźć.
Nikt tu tych wizyt nie lubi. Raz, że urzędnicy niszczą pola. Dwa, że telewizja niszczy ludziom reputację. Trzy, że kampanie są nieskuteczne. I nie o skuteczność w nich chodzi.
– Władza chce się wykazać. Szkoda, że przypomina sobie o nas tak rzadko. Widziałaś drogę do nas? Nie remontowali jej od czasów ZSRR! – mówi Sowiet. Do stolicy kraju, Biszkeku, jest ponad czterysta kilometrów. Cały dzień jazdy.
– Ale prezydent Dżaparow jest przecież znad Issyk-kulu, to nie dba o swoją prowincję? – pytam zdziwiona. W Kirgistanie panuje pogląd, że prezydenci lubią dbać o swoje rodzinne strony.
– Sadyr? Przypuszczam, że nie wie o naszym istnieniu.
Ludzie we wsi mówią, że konopie rosły tu od zawsze. Historycy – że uprawę wprowadzono w latach trzydziestych XX wieku, bo Związek Radziecki potrzebował surowca na płótna i sznury. Ile metrów wyprodukowano z kirgiskich konopi, trudno powiedzieć. Ale haszysz wytwarzano tu przez cały okres ZSRR. Tyle że robili go przyjezdni. W ludzkiej pamięci panuje zgoda: to kryzys lat dziewięćdziesiątych skierował ludzi na te przedsiębiorcze tory. Maryśka rośnie dziko, ale na tutejszej ziemi. Skoro inni mogli na niej zarabiać, to mogą i miejscowi chłopi.
Która wieś zajęła się tym jako pierwsza, też nie wiadomo. W Konopliewce mówią, że to ludzie z sąsiednich wsi pierwsi wpadli na ten pomysł. W tej sąsiedniej, że ci z Konopliewki. W tej branży nikt nie chce być prekursorem. Ale wszyscy mieli ten sam problem. Skąd brać pieniądze, gdy cała wieś jest na gotówkowym głodzie? Kredyt w banku dostać było trudno. Banki pożyczały na inwestycje w biznes, jednak Kirgizi chcieli kupować zwierzęta: konie, owce, krowy. A na to bank kredytów nie dawał. Kraj tradycyjnie hodowlą stoi, po sowchozie zwierząt zostało niewiele. Z czasem banki wprowadziły pożyczki grupowe, ale ludzie musieli jakoś zarobić na życie i na spłatę pożyczek.
Pieniądze potrzebne są okrągły rok. Na wsi zarabia się je jednak głównie po żniwach. Po upadku sowchozu brakowało gotówki: na inwestycje w rolnictwo, na lekarza, na rachunek za prąd, na szkołę. Nagle za wszystko trzeba było płacić. Kosztują też toje, czyli imprezy rodzinne, a rodzina to w Kirgistanie najlepszy system ubezpieczeń. Jak komuś powinie się noga, krewni zawsze pomogą. Rodzina to też matury, parapetówki i jubileusze, i masa innych imprez: obrzezanie, swaty, wesele i tak aż do pogrzebu, a nawet dłużej, bo po stypie są jeszcze wspominki. Kirgiskie życie to tasiemiec rodzinnej balangi. Na każdej trzeba się stawić z kopertą.
– Kiedyś dałaś chustkę albo kupon materiału. Potem tylko gotówkę, bo to najpotrzebniejsze. Jak tylko coś przyoszczędzę, zaraz ktoś się ożeni i pieniądze trafi szlag. – Sarana narzeka na swój los. Na urodziny lub imieniny wystarczy dać tysiąc somów, jakieś czterdzieści złotych, ale na wesele już parę tysięcy. Panuje akuratna buchalteria: każda rodzina ma kajet, w nim zapiski, kto ile dał i kiedy. – Te pieniądze do ciebie wrócą, ale to potrwa – mówi Sarana. Kiedy pojechała na kurs nauczycielski do Stanów Zjednoczonych, obiecała sobie, że po powrocie nie będzie już szastać pieniędzmi. Mąż tylko się zaśmiał: „This is not America”.
I znów pomogły konopie. Zamiast kopert na wesela goście zaczęli przynosić pudełka z wkładem. Mówili na to „kara-koj”, po polsku czarny baran, tyle że zamiast żywego zwierzaka dawało się ekwiwalent w pudełku. Haszysz to nie gotówka, ale da się użyć jako jej zamiennika. Sąsiad Sarany kupił używany samochód, ktoś inny konia za pięćdziesiąt pudełek. W spożywczym kupisz na kreskę, u handlarki benzyną też. Późnym latem i jesienią oddaje się długi.
– To pieniądze z rolnictwa czy z haszyszu? – pytam sąsiadkę, która handluje benzyną.
– A co to za różnica? – odpowiada. Paliwo i tak sprzedaje na lewo. Granica z Kazachstanem jest trzy godziny od wsi, tam paliwo znacznie tańsze niż w Kirgistanie. Benzyniarka mieszka na tykającej bombie, dom pełen ma benzyny ponalewanej w butelki po oleju.
– A jak ludzie nie mają gotówki, to płacą w pudełkach? – pytam.
Sąsiadka taksuje mnie wąskimi oczami.
– Zdarza się.
Tarcie haszyszu to praca jak każda inna. Pozwala na niezależność finansową, na godne życie bez konieczności wyjazdu za granicę. Gastarbeiterka w Rosji, Turcji i Europie jest podstawą wielu budżetów domowych. To też rodzinna plaga, małżeństwa się sypią, dzieci nie widzą rodziców przez lata.
– Haszysz to mniejsze zło – tłumaczy Sarana. Lepsze to, niż czekać biernie na pomoc od państwa, która i tak nie przyjdzie.
Haszysz jest po to, żeby na nim zarabiać. Jego produkcja zaspokaja popyt na rynku, nie własne potrzeby mieszkańców. Wieś zachowuje bezpieczny dystans do towaru, którego dostarcza światu. Ludzie chcą sprzedać i zapomnieć, mało ich obchodzi, co dzieje się potem. Wiadomo, towar jedzie do Biszkeku, stamtąd do Kazachstanu i dalej do Rosji. Zważywszy, że niedaleko jest granica z Kazachstanem, pewnie i tędy coś przechodzi. Dumnych z tej pracy jest niewielu, choć sam haszysz, skoro pisał o nim największy kirgiski pisarz Ajtmatow, musi być szczególny. Sowiet twierdzi: – Jest tak dobry jak ten z Afganistanu.
Kirgiskie słowo oznaczające haszysz, „anasza” albo „nasza”, zapożyczenie z arabskiego, w rozmowach nie pada wcale. Tak samo „kendir”, czyli konopie. Ludzie obchodzą temat dookoła.
Jak chcesz kupić lub sprzedać, mówisz, że masz pudełko, albo w ogóle nie mówisz co. „Mam sprzedać” albo „Chcę kupić”. Z kontekstu wiadomo, że nie ziemniaki. Sarana twierdzi, że nie ma tu kultury palenia.
– Może jakieś podrostki popalają w ukryciu? – zastanawia się.
W szkole wychowawcy robią pogadanki o narkotykach. Robiła i ona. Ilu nauczycieli tarło lub trze? Sarana wzdycha, trudno się żyje w moralnym rozkroku. Wierzy jednak, że Kirgizi mają naturalną awersję do dragów. Ta niechęć do naszakurów, czyli palaczy haszyszu, została jeszcze z ZSRR. Kilka historii – zawsze dotyczących innych wsi – służy jako przestroga: ktoś zapalił, wciągnął się i zszedł na psy. Ponoć tutejszy haszysz jest tak mocny, że buchniesz trzy razy i wpadasz w nałóg.
Wódka to co innego.
Deszcz w końcu przestał padać. W samą porę, bo Sowiet i Sarana wybierają się w góry, do doliny Karkara, zaraz przy granicy z Kazachstanem. Zwykła droga, jama na jamie. W aucie pachnie kazachską benzyną i tanimi papierosami. Okna zamknięte, dym szczelnie wypełnia auto, czujemy się jak w wędzarni. Sowiet pali jednego za drugim, jakby chciał zamortyzować uderzenia. Ma prawie dwa metry wzrostu, aż dziw, że mieści się za kółkiem, co chwilę wali głową w lichy sufit. Po drodze, w chmurze pyłu, dosiada się autostopowicz, Czech. Samotny turysta pośrodku gór, z plecakiem i w sandałach, idzie pieszo do Kazachstanu przez góry.
Przejście graniczne otwarte jest tylko latem, zimą przełęcze są zawalone śniegiem. Na granicy budynek oblany grubymi warstwami farby olejnej jak tort lukrem, tyle że takim, co obłazi. Nad nim jaskrawo czerwona flaga Kirgistanu. Obok przyczepa przerobiona na przydrożny sklepik. W okienku babcia w kwiaciastej chuście i złotych kolczykach, uśmiecha się serdecznie. Mało kto do niej zagląda. Za nią na półkach batoniki, papierosy, piwo. Kupuję torebkę Snickersów, na prezent, w gości nie wypada z pustymi rękami. Babcia wydaje resztę w gumach do żucia. Nie ma nic w kasie, bo nie było klientów. Po dacie produkcji batoników oceniam, że klientów nie było od lat.
Gdyby pogranicznicy więcej palili, biznes lepiej by się kręcił, bo oni to akurat mają pieniądze. Czeski turysta musi zapłacić myto. Podatek na naprawę drogi, mówią mu uchachani mundurowi. Opłata za przejście przez otwartą granicę wynosi tysiąc somów, jakieś pięćdziesiąt złotych. Jak ktoś już na ten wygwizdów dojechał (a co dopiero doszedł!), to przecież nie zawróci. Ciekawe, ile wynosi podatek za wywóz haszyszu albo import benzyny.
Po dolinie Karkara hulają tabuny zgrabnych koni. Są tu w siódmym niebie. To dżajłoo, górskie pastwisko, wysokość: 2200 metrów. Nomadzi spędzali tu w jurtach lato, dopóki władze radzieckie nie zmusiły ich do osiadłego trybu życia. W latach trzydziestych Kirgizi, którzy wcześniej wędrowali ze swoimi stadami między kysztoo a dżajłoo, musieli zatrzymać się w drodze. To nie był proces pokojowy. Zwierzęta konfiskowano, stały się własnością kołchozów i sowchozów, czyli państwa. Temu, kto stawiał opór, groziło zesłanie, więzienie, gułag i łatka kułaka, wroga ludu.
W Konopliewce jest tak jak wszędzie: dziś byli nomadzi mieszkają we wsi i oddają zwierzęta na letni wypas na dżajłoo. Wypasa je Raisa, kuzynka Sarany.
Mieszka w ceglanym domku, pośrodku pastwiska. Cegły pochodzą z ruin sowchozu, jak sama przyznaje. Izba przedzielona szafą. Za zasłoną jakieś wyrko. Ławki, stół, kuchenka na butlę gazową, obok ciepło opatulony wisi na stojaku skórzany worek na kumys. Raisa doi klacze trzy razy dziennie, powinna cztery, ale jest zmiana klimatu, mówi, trawa słabo rośnie. Co trochę wstaje, przemiesza kumys – ten mlaśnie głośno. Nalewa wszystkim pełne miski. Wszystko nalewa się tu do pełna, to oznaka szacunku. Za nie do pełna nalany kumys można by się obrazić.
To, co ważne, wisi w domu na gwoździu: siatki z różnymi dobrami, kosmetyki, wiktuały. Na ścianie pstrokaty dywan z parą tygrysów czających się w trzcinach. Trudno powiedzieć, czy to polowanie, czy gody. To chyba tygrysy kaspijskie, zamieszkiwały kiedyś olbrzymie wnętrze Azji, od jeziora Bałchasz aż po Kaukaz Południowy, wyginęły prawie sto lat temu. Obok z kalendarza spoglądają błękitnookie husky, akurat tych to tu nigdy nie było. Na ścianie półka, na półce piramida pudełek od zapałek, wydaje się, że zbierają je tu wszyscy. Przybity do ściany jest zegarek na rękę, z sufitu zwiesza się lep na muchy.
Raisa jest z tych, co bez względu na wiek zawsze są chude jak patyk. Jest po pięćdziesiątce, na pastwisku mieszka z synową. Nosi gumiaki, legginsy i rozpinaną sukienkę z krótkim rękawem, chyba jeszcze z dostaw z Leningradu. Za stołem cztery pokolenia kobiet: Raisa, jej matka, synowa i wnuczka. Różnią je wiek, tusza i stan uzębienia. Matka szczękę nosi w torebce, zakłada tylko, jak musi, obce ciało przeszkadza jej w ustach. Żuje chleb ze śmietaną i gotowane mięso. Jak trafi jej się twardszy kawałek, wypluwa i oddaje prawnuczce. Popija wódką, to jej urodziny.
Toasty wznoszą wyłącznie kobiety. Sowiet polewa, butelkę trzyma w gotowości, pod stołem, przy nodze.
Litr, bo po co się rozdrabniać. Naleje też sto gram sąsiadowi, który wpadnie na chwilę. Chce pożyczyć zapałki. Raisa zdejmuje z półki parę pudełek. Facet upije się w trymiga, i to sentymentalnie. Opowiada coś o swojej służbie wojskowej na Krymie i że gotów jest walczyć za Rosję.
– Rosja to jest kraj! – woła, chwiejąc się na zydelku. Kiedy potem zgania konie z pastwiska, kiwa się w siodle jak kukiełka, bełkocąc coś pod nosem.
Raisa stoi na progu i patrzy z politowaniem.
Czy to możliwe, że alkohol osłabia mężczyzn i wzmacnia kobiety? – myślę, patrząc na te babki, co piją do dna i z wprawą, a potem bez mrugnięcia okiem ogarniają gospodarstwo. To komunizm to przyniósł czy tak było zawsze? – zastanawiam się na głos. Raisa klepie mnie po ramieniu:
– My tu portki nosimy i kasę zarabiamy.
Pobyt u Raisy to jak wizyta w restauracji z długą listą dań. Na przystawkę głowa jaka, gotowana pięć godzin w bulionie. Sowiet delikatnie oddziela nożem mięso od kości, nie zmarnuje się ani krztynka. Jemy ręką, maczając mięso w brudnym słoiku z chili. Potem wjeżdżają na stół zupa i kuurdak – ziemniaki smażone z mięsem. Na koniec, jakby dla gimnastyki, lepimy manty, pierogi, też z mięsem. Raisa śmieje się, wałkując ciasto: – My, Kirgizi, lubimy zjeść. Tu wysoko jest, górzysty kraj, potrzeba nam kalorii.
Słońce zaczyna prażyć, za parę dni będzie dobra pogoda na tarcie. A trzeć jest co. Karkara to zagłębie haszyszu. Długa dolina ciągnie się wzdłuż granicy, jakby unosiła się w powietrzu między państwami. W czasach radzieckich szumiały tu pszeniczne łany, po upadku sowchozu wszystko zarosło, w tym konopiami.
– My już nie trzemy, za duży stres. – Raisa kręci głową.
O tym, że haszysz nadal ktoś trze, świadczą jednak krzaki konopi, które kępami wyrastają z ziemi. Sterczą z nich oskubane z liści kikuty. Ktoś te liście zerwał i po coś. Sowiet kilka razy wstaje od stołu, wspina się na wzgórze, obserwuje przez lornetkę pola i drogę do granicy.
– To trą ludzie czy nie? – pytam przy kolejnej kolejce wódki. Matka Raisy zezuje na mnie:
– Trą, ale nie gadają o tym.
– Witamy w Kanabislandzie – obwieszcza radośnie Timur, przejeżdżając granicę powiatu Tüp. Zbliżamy się do Anaszewki, gdzie ma kawałek pola. (Anaszewka to też nazwa zmyślona, wieś istnieje jednak naprawdę).
Timur jest po czterdziestce. Nieduży, żylasty. Oczy wąskie, skąpy wąsik i komplet białych zębów, którymi uśmiecha się bez przerwy. Chuliganka, mówi o mnie z pochwałą w głosie. O sobie mógłby powiedzieć to samo, choć stara się ustatkować. Nie pije. Po alkoholu kompletnie mu odbija. Robi burdy, dostaje ataków zazdrości o żonę. Postanowienia mocno się trzyma.
Razem z żoną i kilkuletnim synem mieszkają w maleńkim domku w Karakole. Na podłodze walają się zabawki, wiadra z farbą i puszki ze sprejem.
Timur jest utalentowanym artystą, lekką ręką maluje górskie szczyty, nomadów na koniach, polowania z orłami, motywy typowo kirgiskie, ale bez kiczu. Miał parę wystaw w Europie, do tej pory dziwi się, że ludzie tyle płacą za sztukę. Jemu sztuka się nudzi, więc Timur idzie na skróty. Podłącza laptop do rzutnika, rzuca na płótno zdjęcie i na jego podstawie maluje, jak w kolorowance. Potem wyłącza rzutnik. Obraz gotowy.
– Im mniej zachodu, tym lepiej – podsumowuje.
Timur mieszka w mieście, do Anaszewki jeździ na daczę i na wspomniane pole, spadek po dziadku. W 1916 roku, kiedy car ogłosił mobilizację mieszkańców Azji Środkowej na I wojnę światową, wybuchło antycarskie powstanie. Brutalnie je stłumiono, tysiące Kirgizów ratowało się ucieczką przez góry Tienszan do Chin. Droga wiodła przez przełęcz Bedel, bagatela 4282 metrów, ludzie marli z zimna, głodu i wysokości. To Ürkün, kirgiski exodus, zginęło w nim co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy osób. Dziadek Timura nie uciekał, schronił się w pieczarze w górach, gdzieś tam ukrył swój majątek: cztery bycze żołądki wypchane złotem. Może by ich poszukać, proponuję. Nie da się, odpowiada Timur. Widział przez lornetkę, to ponad linią wiecznego śniegu.
Na polu dziadka Timur postawił chiński kontener. Blaszaną kiszkę podzielił na trzy izby, podłączył prąd. Na zimę ociepli jeszcze ściany. Tysiąc dolarów zapłacił za to pudełko, akurat sprzedał parę obrazów za granicę i miał gotówkę.
W blaszaku żona obiera ziemniaki, my idziemy na obchód pola.
– Widzisz ją? – pyta Timur podekscytowany.
Przed kontenerem, ustawionym na niewielkim wzniesieniu, rozciąga się pole malin. W równych rządkach wystają z trawy krzaczki.
– Polska malina – oznajmia Timur, prężąc się dumnie. Tak naprawdę to malina z drugiej ręki. Sadzonki sprzedano z Polski na Białoruś, a kiedy minęła ich pierwsza młodość, krzaczki pojechały dalej, do Kirgistanu. To malina używana, ale popularnością i tak bije na głowę kirgiską. – Polska malina trzyma fason – tłumaczy mi Timur. Kirgiska rozciapcia się od razu, nawet nie trzeba smażyć konfitur. Leniwe gospodynie wrzucają malinową pulpę do butelek po Fancie i siup – do zamrażarki. Rozmrozisz i masz gotową do herbaty. Timur jest podwójnie zachwycony. Przypadkiem mam skarpetki z napisem po rosyjsku „Żyźń malina”. Nie dość, że Polka, to jeszcze ma skarpety w maliny. To jak wygrać w lotto.
W obejściu rosną nie tylko maliny. Za kontenerem strzelają w górę konopie. Wielkie krzaki, spokojnie można by się w nich schować. Zapach – mimo że to koniec września – obezwładnia. Timur ogląda moje ręce.
– Przydałyby mi się takie! Jak cienki papier ścierny, takie najlepszy haszysz robią. To co, trzemy? – pyta. Wtem syczy: – Padnij!
Jakieś sto metrów od nas, za płotem, jedzie Kirgiz na koniu. Tłusta kobyła mija nas powolnym krokiem, jeździec w białym kałpaku na głowie kiwa się sennie. Schowani w kucki czekamy, aż znikną za drzewami.
– Czyli co – szepczę w krzakach – kobiety i dzieci robią lepszy haszysz niż inni?
– No ba. A stare dziadki, co mają sterane dłonie, najgorszy.
Zagrożenie minęło, można wyjść z ukrycia. Biorę roślinę w dłonie, zrywam górne liście i kwiatostany i zaczynam trzeć.
– Dłuższe ruchy! Dłuższe, ale szybkie! – poucza mnie Timur. Jak połamanych liści trochę zostanie w rękach, każe mi strzepnąć i rwać z kolejnego krzaczka. – Lecisz jak pszczółka, z kwiatka na kwiatek. – Szczerzy się radośnie. Skóra robi się ciepła, przyjemny zapach unosi w powietrzu. – Dobra, starczy. Chodź do domu.
No i masz, akurat przez podwórze idzie ciotka Timura! Podomka w kwiatki, serdak i chustka na czubku głowy.
– Cholera. Ciekawski babon, akurat teraz musiała przyleźć! – złości się Timur.
Wysyła ją na herbatę do kontenera: niech idzie pogadać o babskich sprawach z żoną. My za to chowamy się w samochodzie. Jeszcze rzut oka w lusterko. Żadnych innych niespodziewanych gości. Teraz tylko splunąć w ręce i zeskrobać konopną plastelinę z dłoni. Wałki brązowej pasty, jak brudu, oddzielają się od rozgrzanej skóry i spadają na leżącą na kolanach ścierkę. Powstanie z tego sporawa kulka. Ręczna robota. Rucznik, mój własny. Timur bierze kulkę, obraca w palcach jak czarną perłę.
– Chuliganka – mówi zadowolony. – To co, kiedy spalimy?
Timur pali, ale nie sprzedaje. – Może i jestem czarną owcą w rodzinie, ale dzieci chcę mieć bezpieczne i zdrowe. Nie chciałbym, żeby im ktoś sprzedał, więc i ja nie sprzedaję.
Haszyszu ma jednak pod dostatkiem. Zawsze ktoś wpadnie, coś przyniesie. Jak na potwierdzenie tych słów, na progu pojawiają się goście. Arsłan i Bołot, wiejska kawalerka w dość zaawansowanym wieku. Tu na wsi nieżonaty mężczyzna powyżej dwudziestego piątego roku życia to już stary kawaler. Jeden z tych dwóch, Bołot, na widok obcych ucieka do domu. Arsłan ma więcej odwagi.
Arsłan zbliża się do trzydziestki. O takich jak on mówi się, że czytają namaz, czyli modlitwę. Tak bardziej laicka część społeczeństwa nazywa tych, którzy odkryli dla siebie islam na serio. Nie w wersji synkretycznej, jaką z pewnym luzem praktykuje reszta kraju. Bo kirgiski islam przesiąknięty jest przedislamską religią środkowoazjatyckich stepów, a do przykazań religii podchodzi wybiórczo. Arsłan praktykuje islam czysty, jak twierdzi, bliski źródeł. Chodzi do meczetu, modli się, jego żona będzie nosić hidżab, zapowiada. Tylko najpierw musi tę żonę znaleźć.
Arsłan to po polsku Lew. Ten Lew ma rzadką brodę, dres i adidasy. Zje z nami smażone ziemniaki, ale zamiast piwa prosi o herbatę. – Przepraszam, ale w islamie nie wolno. Wszystko, co szkodzi zdrowiu, to grzech, haram – wyjaśnia grzecznie. Obok telefonu kładzie na stole papierosy, Swiss American Tobacco, to kontrabanda z Tadżykistanu, zapalniczkę i pudełko zapałek. Wyjmuje z niego zawiniętą w sreberko kostkę.
– A to nie jest haram? – pytam.
Lew wydaje się spłoszony. – To prezent dla Timura – bąka.
Timur imponuje chłopakom, bo ma szczęście do kobiet. To u niego rodzinne, twierdzi. Dziadek żonaty był trzykrotnie. Ostatni ślub brał jako siedemdziesięciolatek. Panna młoda miała lat osiemnaście.
– Taką młodą miałem babcię – cieszy się Timur i podkreśla: – Miał dziadek branie u kobiet jak jakiś Brad Pitt.
Ojciec Timura skończył sześćdziesiątkę, nadal flirtują z nim ekspedientki na targu. Żona Timura jest o dwadzieścia lat młodsza.
– Co robić? – mówi Timur zadowolony. – Takie geny.
Arsłan geny ma najwyraźniej inne. I inne oczekiwania. Szuka panny porządnej, pracowitej, dobrze wychowanej. Żeby nie była zepsuta, nie leciała na kasę i szanowała teściów. Jakoś nie może znaleźć kandydatki. Kirgistan ma ten sam problem, co wiele wiejskich regionów świata: młode kobiety są mobilne, ambitne, chcą jechać do miasta, na uniwersytet, do szkoły. Takich chłopaków jak Arsłan jest na wsi paru. Nie mają lekkiego życia. Rodzina dręczy pytaniami: Kiedy ślub? Kiedy poznamy synową? Jak uda im się czmychnąć z domu, palą jointy za kontenerem Timura.
– Chodźmy zajarać – rzuca Timur.
Arsłan niby się ociąga, daje się jednak przekonać. Pipeta nagrzewa się przyjemnie.
– To nasz najlepszy wynalazek – chwali się Timur. Nikt tu nie ma bibułek, a papierosy szkoda psuć na skręty. Pali się z zakraplacza. W odróżnieniu od haszyszu zakraplacz to towar deficytowy. Do apteki Timur wysyła żonę, mężczyznom apteka nie sprzedaje.
Siedzimy przed kontenerem, ciepły zapach haszyszu unosi się w chłodnym górskim powietrzu. Zmrok powoli kładzie się na krzakach malin i badylach konopi.
– Przyjedź za rok, natrzemy więcej, będzie kajf – mówi Timur.
– A milicja nie przyjeżdża? – pytam.
– Przyjeżdża, ale nic nie znajduje.
Timur zatrzymuje powietrze w płucach. Maryśka rośnie dziko, jeden krzak tu, drugi tam.
– To ogromny teren, przecież nie będą ludziom po polach łazić – mówi, po czym wydycha powietrze.
Mycie rąk wodą z mydłem pomaga tylko trochę. Myję raz, drugi i trzeci. Ręce są czyste, zaróżowione od tarcia, ale pachną haszyszem i lekko się kleją. Napawam się ich żywicznym zapachem. Wiem, najlepiej nasikać, przypominam sobie rady Sowieta, teoretyka z Konopliewki. Mój rucznik oddaję Timurowi, robię tylko zdjęcie, na pamiątkę. Timur ostrzega: – Trzeba schować, to nie są żarty. Możemy pójść do pierdla.
Zanim odjedziemy, Arsłan wpadnie jeszcze raz zapalić. Timur pokazuje mój urobek, wprost pęka z dumy: – Moja szkoła. – Klepie mnie po ramieniu.
Kulkę zabieramy ze sobą. Arsłan macha nam na piaszczystej drodze.
Kiedy nasza zakurzona Łada zbliża się do rogatek powiatu, Timur robi się nerwowy. Na wszelki wypadek oddaje haszysz żonie. Ta siedzi z ręką na klamce: jak tylko zobaczy drogówkę, przez szparę w drzwiach ma dyskretnie wyrzucić towar. Na poboczu, pod zagajnikiem chudych topoli, akurat stoi milicyjne auto. Brzuchaty milicjant w opiętym mundurze leniwie macha na nas lizakiem. W Ładzie cisza jak makiem zasiał. Jak w szkole, gdy wywołują do tablicy, udajemy, że nas tu nie ma. Timur idzie na negocjacje. Minuty ciągną się w nieskończoność. Wraca triumfujący, z grzywną za zepsuty kierunkowskaz.
– Gdybym ja tarł, glina poczułby zapach na odległość – rzuca.
Tekst pochodzi z książki Emilii Sułek „Baranie oko. Reportaż z Kirgistanu”, która ukazała się właśnie w Wydawnictwie Czarne.
To wielowątkowa podróż do Kirgistanu, serca Azji Środkowej, gdzie mieszkańcy szukają swojej tożsamości w cieniu pomników Lenina i bohatera narodowego eposu Manasa.
Emilia Sułek prowadzi nas przez kraj podzielony na zrusyfikowaną północ i biedniejsze południe. Zagląda do opustoszałych ośrodków wydobycia uranu i na wysokie przełęcze, gdzie czas mierzy się rytmem życia w jurcie. W Sülüktü prawosławny ksiądz chce odbudować starą cerkiew i rywalizuje o wiernych ze wspólnotą adwentystów. W Otradnoje młode dziewczyny trenują hokej na kartoflisku. A sposobem na przetrwanie w zapomnianych przez świat wioskach jest produkcja haszyszu.
Autorka przygląda się także temu, co sprawia, że Kirgistan był przez długie lata najbardziej demokratycznym krajem regionu. Mimo silnego patriarchatu i zwyczaju porwań matrymonialnych, to właśnie tu w 2010 roku prezydentką została Roza Otunbajewa, pierwsza kobieta na takim stanowisku w Azji Środkowej.
Z książki wyłania się obraz Kirgistanu jako kraju ludzi wolnych, gościnnych, wciąż wiernych swoim koczowniczym korzeniom.
Emilia Sułek: – Moi bohaterowie wierzą, że jako nomadzi wolność mają we krwi. Tyle że tak naprawdę nomadami już nie są, Związek Radziecki siłą przywiązał ich do ziemi. Czy przejście na osiadły tryb życia jest równoznaczne z kulturową amnezją? Czy osiadły nomada od razu staje się rolnikiem? Może gdzieś głęboko zachowały się ślady nomadyzmu? A jeśli tak, to gdzie? Ta książka szuka tych śladów.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
reporterka, doktorka antropologii z Uniwersytetu Humboldtów, zajmuje się Europą Wschodnią i Azją Środkową. Na podstawie badań terenowych napisała książkę „Trading caterpillar fungus in Tibet” (Amsterdam University Press). Laureatka Recherchepreis Osteuropa (2024) i Gliwickiej Nagrody Literackiej (2025) za książkę „Baranie oko”, która ukaże się w Wydawnictwie Czarne. Publikowała m.in. w The Guardian, WOZ: Die Wochenzeitung, New Lines Magazine, Piśmie, Gazecie Wyborczej i Polityce.
Komentarze