Ustawa o elektromobilności ma stworzyć narzędzia do rozwoju branży motoryzacyjnej wykorzystującej alternatywne źródła energii: elektryczność, wodór, czy gaz. Pojawiły się w niej również przepisy, które zachęcałyby samorządy do tworzenia stref ograniczonego ruchu aut. Ale przepisy z ustawy zniknęły

Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych została przyjęta przez Sejm 11 stycznia 2018 roku i czeka na podpis prezydenta. W pierwotnej wersji dawała szansę na zmniejszenie poziomu smogu w centrach największych miast. Poprawkę wykreślającą „antysmogowe” przepisy zgłosił poseł Kukiz’15 Krzysztof Sitarski na posiedzeniu połączonych sejmowych komisji infrastruktury i komisji ds. energii.

Poparł go wiceminister energii Michał Kurtyka: „W duchu kompromisu i poszukiwania wspólnego podejścia ze strony wszystkich zainteresowanych jesteśmy gotowi tą poprawkę przyjąć”. Poprawka przeszła. W tej postaci ustawa została przyjęta przez Sejm i Senat.

Samorządy zostały pozbawione instrumentu do zahamowania samochodowej nawały na centra miast.

Uchwalona ustawa dostosowuje polskie prawo do wymagań dyrektywy unijnej 2014/94/UE. Przewiduje stworzenie infrastruktury przyjaznej samochodom napędzanym bardziej ekologicznymi paliwami niż benzyna lub ropa.

Utrącone przepisy

W rządowym projekcie ustawy pierwotnie istniały także zapisy umożliwiające tworzenie w miastach tzw. „stref czystego transportu”. Art. 39 dawał możliwość nakładania przez samorządy na kierowców opłaty do 30 zł dziennie za wjazd „na obszar zwartej zabudowy mieszkaniowej z koncentracją budynków użyteczności publicznej”.

Z opłaty byłby zwolnione, poza autami służb państwowych, czy ratowniczych, auta elektryczne, na gaz CNG lub na wodór. Według ekspertów takich pojazdów w całej Polsce łącznie jest na razie nie więcej niż kilka tysięcy, przepis de facto dawałby możliwość odkorkowania pewnych części miast, zwłaszcza centrów.

Przeciw takim rozwiązaniom od samego początku protestowała partia Kukiz’15. Na posiedzeniu Sejmu 9 stycznia poseł Krzysztof Sitarski grzmiał: „Mieszkańcy dużych aglomeracji i dużych miast, ścisłych miast niemający pieniędzy na nowy pojazd, wielokrotnie droższy od klasycznego, będą uiszczać łącznie kilkaset złotych opłat rocznie. Jest dobrowolność ustanowienia takich stref, niestety, znając polskie realia, te strefy zostaną ustanowione i te opłaty będą egzekwowane w górnej granicy cenowej. Nie będzie ulgi dla obywatela. Finalnie skończy się tak, że centra miast mogą pozostać tylko dla pięknych, bogatych i jeżdżących samochodami elektrycznymi ze Stanów Zjednoczonych albo jeżdżących samochodami kilkunastoletnimi, ale posiadającymi instalację LNG”.

Jednak dojazd do centrów zapewnia na ogół sprawny transport publiczny, a z badań wynika, że jest on zazwyczaj wiele tańszy niż poruszanie się własnym autem. Nie ma więc obawy komunikacyjnego wykluczenia osób biedniejszych. Natomiast alternatywą jest stan obecny – do centrów wielkich miast pchają się setki tysięcy kierowców. Niewielka opłata mogłaby zniechęcić przynajmniej część z nich. Już obecnie w Warszawie w centrum godzina parkowania może kosztować kilka zł, więc za cały dzień – od 6 rano do 18 wieczorem – blisko  30 zł.

Mimo to przeszła w Sejmie poprawka posła Kukiz’15 z poparciem wiceministra energii. Jest to o tyle dziwne, że projekt wyszedł z rządu PiS, a posłowie tej partii mają możliwość przegłosowania przepisów, na którym im zależy, co przecież niejednokrotnie udowadniali.

Co prawda w ustawie został przepis dotyczący stref czystego transportu, jednak w postaci wykluczającej całkowicie wjazd samochodów na benzynę czy ropę. Zdaniem Piotra Siergieja z Polskiego Alarmu Smogowego, żaden samorząd nie zgodzi się na wprowadzenie tego typu rozwiązania. „Wielka szkoda, że tak się stało, że ten zapis usunięto, bo to była tylko i wyłącznie możliwość dla gmin, które mogły taką strefę wprowadzić” – mówi w rozmowie z OKO.press Piotr Siergiej.

Co przemawia za strefami?

Coraz więcej miast na świecie decyduje się na częściowe zamykanie centrów miast dla ruchu samochodów osobowych. Auta są po prostu przyczyną smogu. O ile w Polsce za smog generalnie odpowiadają kotły-kopciuchy w jednorodzinnych domach, to np. w centrum Warszawy szacuje się, że za smog w 60 proc. odpowiadają właśnie samochody.

Inna kwestia to korki. W stolicy codziennie około ponad milion podróży to podróże samochodowe. Biorąc pod uwagę to, że średnio w jednym samochodzie osobowym jeździ 1,3 osoby, mamy do czynienia z ogromnym marnotrawieniem miejsca na jezdniach. Korki to nie tylko niedogodność i wymierne straty (wypalone paliwo, spóźnienia biznesowe, niedostarczone przesyłki), ale również przeszkoda dla karetek.

Po wprowadzeniu płatnego wjazdu do centrum Sztokholmu, nie tylko spadł średni czas jazdy (z uwagi na niższe korki), ale również wzrosło zadowolenie z poruszania się po śródmieściu.

Nie tylko PiS i Kukiz’15

Na posiedzeniu komisji zastrzeżenia do opłat za wjazd do stref miał również poseł PO Cezary Grabarczyk. „To będą zmiany nie tylko dla mieszkańców, ale dla wszystkich podmiotów gospodarczych, które w obrębie tych stref prowadzą działalność gospodarczą. My musimy zważyć wszystkie interesy po to, żeby ta ustawa nie pokrzywdziła uzasadnionych interesów tych podmiotów i mieszkańców tych gmin” – stwierdził.

Choć większość klubu PO głosowała przeciwko ustawie (117 posłów i posłanek), za wprowadzeniem nowego prawa w trzecim czytaniu opowiedzieli się posłowie PO: Marcin Kierwiński, Sławomir Nitras, Agnieszka Pomaska, Rafał Trzaskowski i Wojciech Ziemniak.


OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Analityk nierówności społecznych i rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.
W OKO.press pisze o polityce społecznej i pracy.


Masz cynk?