11 lipca 2016

Kurski oskarża w afekcie. Wycofuje się z uczuciem

Po wygranej przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości, Jacek Kurski przedstawia się jako obrońcę „niewygodnej prawdy i interesu publicznego”. Rzecz dotyczy jednej z ujawnionych przez niego „afer”. Sprawdziliśmy kogo i o co oskarżał prezes TVP w tej i innych sprawach. I jak bronił zarzutów przed sądami. A raczej: jak się z nich wykręcał

W ubiegłym tygodniu Europejski Trybunał Sprawiedliwości ogłosił, że wyrok polskiego sądu, w procesie wytoczonym Jackowi Kurskiemu przez wydawcę „Gazety Wyborczej” - Agorę, naruszał zasadę wolności wypowiedzi, gwarantowaną przez europejskie prawo. Prezes TVP triumfował w mediach:

"To wielki dzień - dla mnie i dla wolności słowa w Polsce. Ten wyrok pokazuje, że społeczność międzynarodowa spektakularnie potępiła praktykę stosowaną całe lata przez środowisko Agory, polegającą na zakładaniu sądowego knebla wszystkim tym, którzy ośmielili się stanąć w obronie niewygodnej prawdy i interesu publicznego".

Prawicowe media przedstawiały wiadomość tak, jakby zarzuty wysuwane niegdyś przez Kurskiego pod adresem „Gazety Wyborczej”, potwierdziły się. Jest jednak inaczej.

Kurski – w tej i innych sprawach – najpierw rzucał publicznie najcięższe oskarżenia, a później, w procesach sądowych wycofywał się ze swoich słów, tłumaczył się „działaniem w afekcie”. Przekonywał, że żywi pozytywne uczucia do tych, których wcześniej oskarżał i życzy im wszystkiego dobrego.

Kurski vs Agora. "Bardzo kocham brata"

Wyrok Trybunału w Strasburgu dotyczy wystąpienia Jacka Kurskiego sprzed 10 lat. Dokładnie z 8 maja 2006 r. Kurski – wówczas poseł PiS, był gościem programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” w TVP2. Przekonywał, że w Polsce istnieje „układ”. I że jest w stanie wykazać związek między tym układem, a „oszalałym atakiem na PiS” prowadzonym przez „Gazetę Wyborczą”. Demonstrując opublikowaną w gazecie reklamę firmy J&S tłumaczył:

„Ta firma sprowadza do Polski przytłaczającą większość ropy naftowej, miliardy euro wyprowadza z Polski dla spółki, która jest zarejestrowana gdzieś na Cyprze. Tu nie chodzi o żadną reklamę. To jest finansowanie przez układ - który jest zagrożony przez PiS - zmasowanej propagandy przeciwko PiS”.

Podczas procesu, który mu wytoczyła Agora, Kurski tłumaczył, że mówiąc o układzie, nie miał na myśli niczego złego:

"Istnieje w Polsce układ medialny, który nie jest zachwycony rządami PiS-u. Przez określenie „układ medialny” rozumiem dominującą część mediów, wyznaczająca pewien kierunek i modę, tj. porozumienie między niektórymi mediami (…) układ ten nie obejmuje nielegalnego finansowania mediów przez podmioty ze sfery biznesowej”.

Nie próbował dowodzić, że Agorę łączą biznesowe więzi z J&S. Mówił:

"Powiązałem reklamę firmy J&S z działalnością „Gazety Wyborczej”, gdyż i ta firma i gazeta mają niechęć do rządu (PiS), nie są mu przychylne".

I zapewniał, że jego intencją nie było obrażanie redakcji:

"Mam rodzonego brata w „Gazecie Wyborczej”. Bardzo go kocham, bardzo zależy mi na jego sukcesie, zatem zależy mi na tym żeby firma, w której pracuje, była firmą dobrze postrzeganą w opinii publicznej".

Sąd uznał, że polityk nie przedstawił żadnego dowodu na to, że reklama J&S miała wpływ na treść publikacji „Gazety Wyborczej”. A także, że jego wypowiedzi są „obiektywnie zniesławiające” i „godzą w renomę” Agory. Nakazał mu zamieścić przeprosiny na łamach „Gazety Wyborczej”. Sąd apelacyjny i Sąd Najwyższy utrzymały wyrok. Kurski nie opublikował ogłoszenia, więc „Gazeta Wyborcza” zrobiła to sama, a zapłatę wyegzekwował komornik.

Zgodnie z orzeczeniem Trybunału w Strasburgu, Polska ma zwrócić prezesowi TVP te pieniądze i koszty procesu – łącznie 12 450 euro.

Kurski vs Donald Tusk. "Działałem w afekcie emocjonalnym"

Miesiąc po występie u Jana Pospieszalskiego, Kurski był gościem programu „Teraz My” w TVN. I ujawnił kolejną „aferę” -którą media nazwały „aferą billboardową”.

Według jego relacji spółka PZU miała w 2005 r., wspierać kampanię prezydencką Donalda Tuska.

„Wyjdzie na jaw, w jaki sposób PZU, za pieniądze podatników, wszystkich Państwa tutaj siedzących, finansowało billboardy pana Donalda Tuska z napisem „Człowiek, z zasadami”" - zapewniał widzów.

I opisywał mechanizm, który – według jego relacji – miały zastosować władze PZU, by po cichu zaangażować się w kampanię.

„Wszystko było od początku ukartowane (…) PZU wykupiło za 50 mln zł kampanię „Stop piratom drogowym” – billboardy oraz kampanię telewizyjną (…) Te billboardy zostały sprzedane za 3 proc. pewnej firmie (…) I ta firma rozejrzała się dyskretnie po rynku i zjawiła się taka partia - Platforma Obywatelska, która za 3 proc. wartości wkupiła billboardy opłacone przez PZU”.

Donald Tusk i PO złożyli wówczas pozew sądowy przeciwko Kurskiemu. Na sali sądowej poseł przekonywał, że o nic ich nie oskarżał – przywoływał tylko relacje swoich rozmówców z PZU:

„Nie podniosłem bezpośrednio zarzutu, iż PZU finansowało billboardy Donalda Tuska z napisem „Człowiek z zasadami”, tylko pośrednio, powołując się na osoby, które mi to mówiły”. „Wprost nikomu nic nie zarzucam – nigdy bym nie ośmielił się zarzucać wprost bez dowodów”.

Tłumaczył, że jego wypowiedź w "Teraz My!" sprowokowana została wcześniejszym atakiem SLD i PO na PiS oraz nowego, wspieranego przez tą partię prezesa PZU:

„PiS został zaatakowany w kontekście PZU i ta wypowiedź była emocjonalnym afektem, ja może nie wypowiedziałbym tej kwestii, gdyby nie pewna emocjonalna sytuacja”. „Tu mi puściły nerwy i działałem w afekcie i powiedziałem cały mechanizm” – wyjaśniał na kolejnych rozprawach.

Przyznawał także, że nie ma dowodów na to, że "afera", którą ujawnił, rzeczywiście miała miejsce:

„Ja powziąłem pewną wiadomość, ale nie przesądzam, że jest to prawda. Jeżeli okaże się, w toku postępowania prokuratury, iż jest to nieprawda, jestem w stanie wyrazić ubolewanie i przeprosić jako Jacek Kurski”.

Sąd uznał, że poseł tak właśnie powinien zrobić- bo to, co mówił w "Teraz My!" było nieprawdą. Zarzuty oparł na relacjach trzech osób, które - jak czytamy w uzasadnieniu wyroku - „były nawzajem dla siebie źródłem informacji - plotki korytarzowej”. Kurski nie zadał sobie trudu by je zweryfikować, choć - jak zauważył sąd - "doskonale zdawał sobie sprawę, że jego słowa (w telewizji) odniosą „rażący skutek”. I nie działał w afekcie - bo w czasie programu korzystał z notatek, które ze sobą przyniósł.

Zgodnie z wyrokiem, podtrzymanym przez sąd apelacyjny, Kurski musiał przeprosić Tuska i PO w mediach oraz przekazać 15 tys. zł na cele charytatywne.

Kurski vs Cezary Stypułkowski. "Byłem poruszony i wstrząśnięty"

Pokłosiem występu Kurskiego w programie „Teraz My!” w 2006 r. był także inny proces. Wytoczył mu go były prezes PZU – Cezary Stypułkowski. Według relacji Kurskiego, to za jego rządów miało dojść do afery z odsprzedażą Platformie billboardów przeznaczonych na kampanię „Stop wariatom drogowym”. Ale nie było to najmocniejsze oskarżenie, jakie padło ze strony polityka pod adresem Stypułkowskiego.

„Perfidii i pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że „Stop wariatom drogowym” to coś znaczy. Trzy lata wcześniej prezes Stypułkowski w wypadku drogowym zabił trzech ludzi. Zabił trzech ludzi jadąc jak pirat drogowy. Sprawę bardzo inteligentnie zatuszowano. Oto prawda o Polsce, oto prawda o układzie” – grzmiał Kurski w programie TVN.

Gdy, parę lat później, zeznawał w tej sprawie przed sądem, znane już były wyniki śledztwa prokuratury dotyczące wypadku. Według ustaleń śledczych sprawcą kolizji nie był Stypułkowski, lecz mężczyzna kierujący drugim samochodem. Były prezes PZU jechał z dozwoloną prędkością.

Kurski tłumaczył sądowi, że wiedzę o wypadku czerpał z artykułów prasowych - głównie z tygodnika „Wprost” i że był „poruszony”, a nawet „wstrząśnięty” podawanymi tam informacjami.

„Nie było moją intencją w jakikolwiek sposób obrażanie powoda, czy sprowadzenie na niego infamii. (…) Sformułowanie o zabiciu trzech osób było skrótem myślowym, padło w ferworze dyskusji telewizyjnej, odnosiło się do sytuacji, w której powód uczestniczył w zdarzeniu, w którym zginęło trzech niewinnych ludzi” – mówił. I dodawał: „Chcę również wyrazić radość, że po mojej wypowiedzi powód awansował i wiodło mu się dobrze zawodowo”.

Sąd uznał jednak, że wypowiedź Kurskiego stanowiła „instrument w walce politycznej”, była wymierzona w Stypułkowskiego i naruszyła jego dobre imię. Nakazał politykowi przeprosić byłego prezesa PZU - w telewizji oraz na kilku billboardach. Sąd apelacyjny utrzymał ten wyrok, a Sąd Najwyższy odmówił przyjęcia w tej sprawie skargi kasacyjnej.

Kurski vs Iwona Ryniewicz. "Byłem poddany presji"

Na tym jednak seria procesów, wytoczonych Kurskiemu w związku ze sprawą PZU, się nie kończy.

Tydzień po głośnym występie w "Teraz My!" polityk został zaproszony do programu Bogdana Rymanowskiego "Magazyn 24 godziny" w TVN24. Przekonywał widzów, że w PZU niszczone są dowody "afery billboardowej". Powołując się na swoje źródła w spółce, tym razem zaatakował Iwonę Rynieweicz - ówczesną szefową biura marketingu PZU

„Dzisiaj uzyskałem informację, że pani Ryniewicz - szefowa biura mm… tej… korporacjno-reklamowego, komunikacji korporacyjno-reklamowej jeszcze dzisiaj wynosiła segregatory i to jest skandaliczne" - relacjonował.

Gdy dziennikarz zauważył, że to poważne oskarżenie, Kurski kontynuował:

„Nie oskarżam, mówię, że dostałem taką informację i to jest skandal, że osoba, która współpracowała z prezesem Stypułkowskim i odpowiadała za cały ten proceder jeszcze może buszować po tych biurach”.

Ryniewicz pozwała Kurskiego do sądu. W pozwie pisała, że po jego wypowiedziach w mediach została dyscyplinarnie zwolniona z pracy i że naruszyły jej dobre imię - na które pracowała całe życie.

Kurski znów tłumaczył się emocjami, jakie towarzyszyły mu w tamtym czasie:

„Taka informacja (o wynoszeniu dokumentów) była powiedziana w panice, że jest kwestia utraty dowodów”. "Jeśli dobrze pamiętam, to byłem poddany wtedy presji; minister Ziobro zwołał konferencję, pojawiło się sporo informacji że dokumenty zostały zniszczone”.

Przyznawał, że nie sprawdzał, czy faktycznie ktoś wynosi dokumenty ze spółki. I tłumaczył, że przecież w programie Rymanowskiego nie oskarżał Ryniewicz, "tylko powiedział, że otrzymał taką informację".

Sprawa zakończyła się ugodą. Kurski ogłosił w prasie, że jego wypowiedzi dotyczące Ryniewicz "nie znajdują odzwierciedlenia w stanie faktycznym”.

Pół roku temu, minister skarbu Dawid Jackiewicz powołując Jacka Kurskiego na szefa Telewizji Polskiej, przekonywał, że „zna on i rozumie media oraz wie, w jaki sposób muszą funkcjonować, by gwarantować Polakom do uczciwej i rzetelnej informacji”.

Każdego dnia widzowie TVP mogą przekonać się co znaczy "prawda" według Jacka Kurskiego.

Przeczytaj także:

Udostępnij:

Bianka Mikołajewska

Od wiosny 2016 roku wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Wcześniej dziennikarka „Polityki” (2000-13) i krótko „GW”. W konkursie Grand Press 2016 wybrana Dziennikarzem Roku. W 2019 otrzymała Nagrodę Specjalną Radia Zet - Dziennikarz Dekady. Laureatka kilkunastu innych nagród dziennikarskich. Z łódzkich Bałut.

Jakub Stachowiak

Dziennikarz "Superwizjera" TVN

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne