Domaganie się reparacji za straty z II wojny światowej jest stałym sposobem, w jakim PiS przymila się do twardego elektoratu kosztem dobrych stosunków z sąsiadem Polski. Teraz do prawicowych wyborców postanowił poumizgiwać się prezydent Andrzej Duda. W jego ustach twierdzenia o reparacjach są jednak dokładnie tak samo fałszywe, jak w ustach Kaczyńskiego

Temat reparacji wojennych od Niemiec nie był obecny w polskiej polityce od 2004 roku, gdy posłowie Ligi Polskich Rodzin wnieśli w Sejmie projekt uchwały „w sprawie uznania deklaracji z 23 sierpnia 1953 roku o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych za nieobowiązującą”.

Po zwycięstwie PiS w wyborach sprawa wróciła z pełną mocą jako element polityki „wstawania z kolan”. Od 2017 roku sprawę pilotuje – bez sukcesów – poseł Arkadiusz Mularczyk, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II wojny światowej. Jak ogłosił w marcu 2018, wartość reparacji powinna wynieść co najmniej 850 mld dolarów – to ok. 2,2 wartości rocznego budżetu rządu federalnego Niemiec (w 2018 r. miał wydatki na poziomie 338 mld euro), przeliczonego na dolary według kursu z dnia publikacji tego tekstu (1,14 dolara za euro).

Mularczyk ogłosił, że to Jarosław Kaczyński jest pomysłodawcą i politycznym mocodawcą projektu domagania się pieniędzy od Niemiec. Potwierdzają to wypowiedzi najważniejszych polityków obozu rządzącego.

Ówczesny minister obrony narodowej Antoni Macierewicz w TVP mówił w sierpniu 2017: „Nie jest prawdą, że państwo polskie zrzekło się reparacji. To sowiecka kolonia PRL zrzekła się części reparacji dot. NRD”, a prezes Jarosław Kaczyński przekonywał delegatów na kongres PiS w Przysusze, że „Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań”, a „ci, którzy tak mówią, są w błędzie”.

Ponad rok później do tego chóru dołączył Andrzej Duda, który sprawę reparacji poruszył w wywiadzie dla niemieckiego magazynu „Bild am Sontag”. O jego wypowiedzi informowały szeroko polskie media.


Moim zdaniem kwestia reperacji nie jest rozstrzygnięta (…) Ustalenia parlamentarnej grupy ekspertów potwierdzają, że poniesione przez nas straty nie zostały zrekompensowane. Jest to zatem kwestia prawdy i odpowiedzialności.

Andrzej Duda, wywiad dla „Bild dam Sontag” - 28/10/2018

Fot. Maciek Jazwiecki / Agencja Gazeta


Fałsz. Sprawa jest zamknięta w sensie prawa międzynarodowego.


Rzeczywistość jest inna niż to, co opowiadają Antoni Macierewicz, Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda.

Reparacje: sprawa między Polską a ZSRR

Po pierwsze, w sensie prawnym Polska otrzymała reparacje za straty spowodowane okupacją niemiecką w czasie drugiej wojny światowej, bo po 1945 roku państwo polskie zaliczone zostało do wschodniej strefy reparacyjnej, która na mocy Konferencji Poczdamskiej reparacje otrzymywała za pośrednictwem ZSRR, będącego sygnatariuszem umowy kończącej II wojnę światową.

16 sierpnia 1945 roku w Moskwie podpisano polsko-radziecką „umowę w sprawie wynagrodzenia szkód wyrządzonych przez okupację niemiecką”. Regulowała ona kwoty i formy reparacji, kwestię mienia niemieckiego i innych niemieckich aktywów na terenie Polski, do których ZSRR zrzekło się roszczeń oraz… nakładała na Polskę obowiązek dostarczania do Rosji kilkunastu milionów ton węgla rocznie po „specjalnej cenie umownej”, która wyniosła ok. 10 proc. ceny rynkowej, co nie pokrywało kosztów wydobycia i transportu. W 1947 roku PRL oceniała, że wartość transportowanego do Rosji surowca przekracza wartość otrzymywanych reparacji wojennych.

Po drugie, Polska w wyniku Konferencji Poczdamskiej otrzymała niemieckie obszary wschodnie – te straty terytorialne zostały przez Niemcy jednoznacznie potwierdzone, i to w kilku traktatach międzynarodowych, m.in. PRL-RFN z 1970 roku, 2+4 z 1990 roku oraz RFN-RP z 1990 roku.

Sprawa reparacji rzeczywiście więc stała się zakładniczką znalezienia się Polski w radzieckiej strefie wpływów. Już po kilku latach, w 1953 roku ZSRR postanowiło przestać drenować finansowo swoje państwo satelickie i 22 sierpnia zawarło z NRD umowę dotyczącą zamknięcia kwestii reparacyjnych ze strony Niemiec, zgodnie z której art. 1 rząd w Moskwie „po uzgodnieniu z rządem PRL zobowiązał się do przerwania z dniem 1 stycznia 1954 roku pobierania świadczeń reparacyjnych od NRD w każdej postaci”.

Następnego dnia rząd Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej wydał oświadczenie, w którym napisano:

„Biorąc pod uwagę, że Niemcy zadośćuczyniły już w znacznym stopniu swym zobowiązaniom z tytułu odszkodowań i że poprawa sytuacji gospodarczej Niemiec leży w interesie ich pokojowego rozwoju Rząd PRL (…) powziął decyzje o zrzeczeniu się z dniem 1 stycznia 1954 roku spłaty odszkodowań na rzecz Polski”.

PiS przekonuje, że oświadczenie podpisane przez Bolesława Bieruta nie ma takiej mocy prawnej jak ratyfikowany traktat międzynarodowy, potwierdzającej zrzeczenie się reparacji wymianie listów między liderami PRL i NRD nie można przypisać charakteru wiążącego, a NRD nie ma sukcesora w prawie międzynarodowym. To jednak nieprawda.

Demokratyczna Polska potwierdza

W 2015 roku, w odpowiedzi na jedną z interpelacji w tej sprawie, wiceminister Henryka Mościcka-Dendys wyjaśniała, że „oświadczenie z 1953 roku stanowiło w świetle prawa międzynarodowego akt jednostronny Państwa Polskiego” i tłumaczyła, że „prawo międzynarodowe uznaje, że przy ocenie aktów jednostronnych należy wziąć pod uwagę zamiar wywołania skutków prawnych oraz publiczny charakter oświadczenia” wobec czego „brak podstaw, aby zakwestionować moc prawną oświadczenia z 1953 roku”.

To samo pisał w analizie dla OKO.press prof. Robert Grzeszczak, specjalista w zakresie prawa Unii Europejskiej, międzynarodowego publicznego i prawa konstytucyjnego, który jest członkiem Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego:

„Nie można wyjąć elementu misternej układanki i oczekiwać, że całość konstrukcji nie runie. Tak jest z domaganiem się reparacji, co oznaczałoby zakwestionowanie prawnomiędzynarodowego stanu rzeczy w 2017 roku, ponad 70 lat po II wojnie światowej. To niebezpieczna gra polityczna. Prawo jest w tej kwestii jednoznaczne – nie ma podstaw do wzruszenia kwestii reparacji, prawnie została już zamknięta”.

To jednak nie wszystko. W 2004 roku, gdy na wniosek posłów Ligi Polskich Rodzin – m.in. Romana Giertycha i Anny Sobeckiej – Sejm zobowiązał rząd do zajęcia się sprawą reparacji od Niemiec, rząd Marka Belki 19 października 2004 stwierdził: „Oświadczenie Rządu PRL z 23 sierpnia 1953 roku o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych Rząd RP uznaje za obowiązujące (…) Oświadczenie z 23 sierpnia 1953 roku było podjęte zgodnie z ówczesnym porządkiem konstytucyjnym, a ewentualne naciski ze strony ZSRR nie mogą być uznane za groźbę użycia siły z pogwałceniem zasad prawa międzynarodowego, wyrażonych w Karcie Narodów Zjednoczonych”. Nie tylko zatem PRL zrezygnowała z reparacji, ale potwierdził to również demokratycznie ustanowiony rząd III RP.

Ministrem spraw zagranicznych w rządzie Marka Belki był Włodzimierz Cimoszewicz, który po podniesieniu sprawy przez rząd PiS pisał w OKO.press: „Temat reparacji jest zamknięty. Kto twierdzi inaczej, jest albo nieukiem, albo niemoralnym graczem politycznym”.

Nawet Marek Magierowski, który w 2017 roku był jeszcze wiceministrem spraw zagranicznych – potem został rzecznikiem prezydenta Dudy, a następnie objął kierownictwo placówki dyplomatycznej RP w Izraelu – powołał się na odpowiedź rządu Belki, pisząc, że „polska doktryna skłania się ku stanowisku, że oświadczenie z 1953 roku stanowi wiążący jednostronny akt Państwa Polskiego – podmiotu prawa międzynarodowego”. Następnego dnia jego szef Witold Waszczykowski musiał odkręcać słowa swojego zastępcy.

Nie dziwi wobec tego, że rząd Angeli Merkel twardo odrzucił postulowany przez PiS powrót do sprawy reparacji.

„Kwestia reparacji wojennych została w przeszłości całkowicie uregulowana prawnie i polityczne. Polska wiążąco, i dotyczy to całych Niemiec, zrezygnowała z tych świadczeń w 1953 roku” – powiedziała na początku sierpnia 2017 roku Ulrike Demmer, rzeczniczka rządu w Berlinie.

Dodała, że „władze w Berlinie poczuwają się do politycznej, moralnej i finansowej odpowiedzialności za II wojnę światową, wypłaciły reparacje i nadal świadczą zadośćuczynienie za nazistowskie krzywdy”.

Niemieckie zadośćuczynienie

Wypowiedź Demmer zwraca uwagę na zupełnie pomijany w polskiej debacie publicznej wątek sprawy – to, co państwo niemieckie robiło i robi, by zadośćuczynić krzywdy wyrządzone przez III Rzeszę, którego RFN jest prawnym sukcesorem.

Już w 1972 roku w Genewie podpisane zostało podpisane porozumienie między ministrem zdrowia i opieki społecznej PRL, a ministrem gospodarki i finansów RFN. Na jego mocy RFN wypłaciła 100 mln marek pomocy finansowej ofiarom hitlerowskich ofiar pseudomedycznych eksperymentów. Wcześniej Niemcy dokonały wypłat o wartości 39 mln marek za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża.

Po zjednoczeniu Niemiec i upadku żelaznej kurtyny Polska i Niemcy zawarły porozumienie o pomocy humanitarnej dla szczególnie poszkodowanych przez prześladowanie nazistowskie w Polsce. Na jego podstawie RFN przekazał 500 mln marek Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, a Polska zobowiązała się do niepopierania roszczeń swoich obywateli na płaszczyźnie międzynarodowej (choć nie ogranicza ono praw obywateli do indywidualnego dochodzenia).

W 2000 roku, po dwuletnich negocjacjach, Niemcy podpisały z USA porozumienie w sprawie wypłat odszkodowań dla więźniów obozów i gett, deportowanych do pracy na rzecz III Rzeszy robotników przymusowych i ich rodzin, osób pozbawionych wolności w więzieniach, aresztach i obozach przejściowych oraz tych ofiar eksperymentów medycznych, których nie objęła wcześniejsza ustawa oraz tych, którzy byli poszkodowani wskutek prześladowań rasowych. Do 2006 roku Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie przekazała ponad 3,5 mld złotych ponad pół milionowi polskich obywateli.

Socjolog, publicysta. Publikuje na łamach Gazety Wyborczej. Doktorant w ISNS UW.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym