Sejm przegłosował ustawę o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia – nie uwzględniając uwag Naczelnej Rady Lekarskiej i lekarzy-rezydentów. Lekarze odczytali to jako zerwanie porozumienia z lutego 2018. "Czeka nas w najbliższym czasie fala protestów i strajków w ochronie zdrowia. Przepraszamy pacjentów. Wszystkie inne sposoby zawiodły" - ogłosili

Chodzi o ustawę dotyczącą finansowania służby zdrowia – zwiększa stopniowo nakłady do 6 proc. PKB w 2024 roku.  Została przyjęta w Sejmie 5 lipca 2018. Lekarze-rezydenci na swoim profilu na Facebooku napisali: „Ustawa 6%” przyjęta. Wszystkie poprawki zgłoszone przez nas i zaakceptowane przez Komisję Zdrowia zostały odrzucone. Zdrowie Polek i Polaków po raz kolejny staje się jedynie elementem gry politycznej. Jak zwykle najwięcej stracą pacjenci”.

Za przyjęciem ustawy głosowało 403 posłów, sześciu było przeciwko. Nikt nie wstrzymał się od głosu. To oznacza, że również opozycja poparła „uciszenie protestu” autorstwa PiS.

Wiceszef komisji zdrowia, Tomasz Latos z PiS, podkreślił, że rozmowy rządu z rezydentami będą toczyć się dalej, a ustawa została przygotowana w ekspresowym tempie – 6 miesięcy. Tylko że lekarze nie chcą już rozmawiać. Zapowiadają w najbliższym czasie „falę protestów i strajków”, a przed samymi wyborami parlamentarnymi w 2019 roku – masowe wypowiedzenia.

„Determinacja środowiska jest olbrzymia aby ochrona zdrowia w Polsce stała na światowym poziomie. Jak widać partia rządząca podpisując porozumienie, chciała tylko wyciszyć protest. Ale nie wyciszy go już więcej, przynajmniej dopóki nie będzie normalnie” – napisali lekarze.

Porozumienie Rezydentów, Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy i inne związki zrzeszające pracowników medycznych planują spotkanie pod koniec lipca, na którym ustalą strategię protestów.

Lekarze: Rząd nie uwzględnił żadnego z naszych zastrzeżeń

Zdaniem lekarzy, ustawa złamała warunki porozumienia z lutego 2018, rząd przekierowuje bowiem część zwiększonych nakładów na Agencję Oceny Technologii Medycznych i Fundusz Rozwiązywania Problemów Hazardowych.

Rezydenci: „To niemal 200 mln zł, które zostało kreatywnie zaksięgowane jako wzrost nakładów, tymczasem pieniądze są odbierane pacjentom i trafią do urzędników”.

Uwagi lekarzy do rządowego projektu ustawy są szczegółowo opisane w opinii Naczelnej Rady Lekarskiej. Główne zastrzeżenia dotyczą:

  • tego, że część zwiększonych nakładów na służbę zdrowia, zamiast na świadczenia dla pacjentów zostanie przeznaczona na Agencję Oceny Technologii Medycznych i plan Finansowy Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych;
  • „dodatku lojalnościowego” dla lekarzy rezydentów, który będzie obowiązywał tylko osoby pracujące w sektorze publicznym;
  • podwyżek dla lekarzy specjalistów, które miały być dla wszystkich, a będą tylko dla wybranych,
  • nieuregulowanej kwestii zasad wynagradzania rezydentów za dyżury poza szpitalem kierunkowym.

Żadne z zastrzeżeń lekarzy (mimo że część została przyjęta przez sejmową Komisję Zdrowia!) nie zostały uwzględnione w rządowej ustawie.

Rezydenci: „Porozumienie z rządem było trudnym kompromisem. Teraz zupełnie straciliśmy zaufanie, wracamy do protestów”

Ustawa przegłosowana w Sejmie 5 lipca jest kulminacją rządowej gry z lekarzami. Po proteście głodowym w październiku 2017 roku i  masowym wypowiadaniu tzw. klauzul opt-out, dzięki którym lekarze pracowali w szpitalach bez ograniczeń godzinowych wynikających z kodeksu pracy, w lutym 2018 lekarze rezydenci podpisali porozumienie z ministerstwem zdrowia.

Wprawdzie protesty młodych lekarzy kosztowały w lutym 2018 Konstantego Radziwiłła posadę ministra zdrowia, ale z perspektywy czasu widać, że wymiana personalna na stanowisku ministra zdrowia była zmianą pozorowaną – a rządowi tak naprawdę chodziło o wyciszenie protestu, który dezorganizował pracę publicznej służby zdrowia.

Rezydenci zgodzili się wtedy na duże ustępstwa: 6 proc. PKB na zdrowie w 2024 (pierwotny postulat: 6,8 proc. PKB w 2021 roku) oraz powrót do opt-outów aż do 2028 roku.

Dlaczego lekarze zgodzili się na mniejszy wzrost nakładów? Doktor Krzysztof Hałabuz z Porozumienia Rezydentów tłumaczył w lutym 2018 OKO.press: „Podpisaliśmy porozumienie w takim kształcie, bo strona rządowa wielokrotnie podkreślała, że to jest maksimum ich możliwości. Słyszeliśmy wielokrotnie, że budżet nie jest z gumy”.

Tak o zakończeniu protestu mówił na konferencji prasowej 2 lipca 2018 roku Jarosław Biliński, wiceszef Porozumienia Rezydentów, które organizowało protest głodowy i akcję wypowiadania tzw. opt-outów: „Porozumienie było trudnym kompromisem – ale przerwaliśmy protest, bo było to w interesie pacjentów. Jesteśmy rozczarowani efektami”.

Krzysztof Madej, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, podkreślał, że projekt ustawy nie był poprzedzony konsultacjami społecznymi ani dyskusjami eksperckimi: „Proces legislacyjny był co najmniej nietypowy. Nie było projektu o założeniach ustawy. 25 czerwca dowiedzieliśmy się przez przypadek, z krążących plotek, o tym, że projekt ustawy został opublikowany na stronie Rządowego Centrum Legislacyjnego”.

„Dodatek lojalnościowy” tylko dla zatrudnionych w szpitalach

W lutowym porozumieniu Ministerstwo obiecało 4000 zł brutto miesięcznie dla rezydentów w tzw. dziedzinach niepriorytetowych, 4700 zł brutto dla dziedzin priorytetowych – na pierwszym i drugim roku rezydentury.

Od trzeciego roku pensje będą wynosić:

  • 4500 zł brutto (dziedziny niepriorytetowe)
  • oraz 5300 zł brutto (dziedziny priorytetowe).

Dodatkowo, w porozumieniu zostało określone, że lekarze, którzy zobowiążą się do pozostania i pracowania w Polsce przez co najmniej dwa lata po zakończeniu rezydentury, otrzymają „dodatek lojalnościowy” do pensji – 500 zł miesięcznie brutto.

To właśnie ten dodatek jest teraz kością niezgody między rezydentami a ministerstwem. W projekcie ustawy pojawił się bowiem zapis o tym, że lekarze po skończeniu rezydencji muszą przepracować dwa lata na etacie w szpitalu NFZ.

Doktor Sobotka z Porozumienia Rezydentów: „To miał być ogólny zapis o tym, że lekarze będą pracować w Polsce. Tymczasem ministerstwo chce zrobić z lekarzy niewolników. Ktoś może chcieć np. pracować w Ambulatoryjnej Opiece Zdrowotnej, w placówce Podstawowej Opieki Zdrowotnej, albo otworzyć swój prywatny gabinet. Chodziło o to, żeby lekarze leczyli polskich pacjentów. Zamiast reformować służbę zdrowia, Ministerstwo chce wprowadzić zapisy o pracy niewolniczej [w szpitalu NFZ]”.

Ministerstwo ogranicza podwyżki jak tylko może

Oprócz tego protestujący rezydenci wynegocjowali w porozumieniu z rządem podwyżki dla lekarzy specjalistów. Czyli tych lekarzy, od których rezydenci uczą się zawodu.

Najpóźniej w lipcu 2018 specjaliści zatrudnieni w państwowych placówkach mają zarabiać co najmniej 6750 zł brutto miesięcznie.

Według porozumienia z lutego 2018 muszą zobowiązać się do „niewykonywania tożsamych świadczeń medycznych finansowanych ze środków publicznych w innej placówce medycznej”.

Co to oznacza? Krzysztof Hałabuz z Porozumienia Rezydentów tłumaczy: „Specjalista nie może świadczyć tej samej usługi w dwóch placówkach , czyli np. nie może dyżurować w dwóch szpitalach. Ale może np. dyżurować w jednym, a w drugim przyjmować w poradni. To była propozycja rządowa, ale przystaliśmy na nią, bo to realizacja naszego hasła 1 lekarz, 1 etat”.

Tymczasem według projektu ustawy podwyżki otrzymają tylko lekarze jednostek całodobowych i całodziennych. Co to oznacza w praktyce?

Podwyżki nie obejmują lekarzy pracujących np. w opiece ambulatoryjnej, Podstawowej Opiece Zdrowotnej i Nocnej Pomocy Lekarskiej.

Na swoim profilu na Facebooku rezydenci tak skomentowali ten zapis: „Po co takie ograniczenie? Chyba tylko po to, by ich (lekarzy) już ostatecznie namówić do odejścia z sektora publicznego do prywatnego”.

Podwyżki dostaną tylko ci specjaliści, którzy pracują tylko w jednej placówce – lekarze nie będą mogli nawet dyżurować w innych szpitalach. Tak Ministerstwo Zdrowia rozumie „zakaz konkurencji”.

Biliński: „To będzie katastrofa. Niektóre szpitale będą musiały się zamknąć, bo nie będzie miał kto w nich dyżurować”.

Coraz więcej polskich lekarzy wyjeżdża za granicę

Dlaczego kwestia służby zdrowia w Polsce jest tak ważna? Z wydatkami na poziomie 4,4 procent PKB (dane Eurostatu z 2015 roku) Polska jest znacznie poniżej średniej UE (7,2 proc.). Nic dziwnego, że Polacy i Polki zmuszeni są dużo wydawać na prywatne leczenie (ok. 2 procent PKB), które nie może zastąpić publicznej opieki zdrowotnej, bo jest z natury kosztowne i w wielu aspektach mniej efektywne. 

Publiczna opieka zdrowotna cierpi na brak pieniędzy, dramatyczna jest zwłaszcza sytuacja pielęgniarek, ratowników medycznych oraz – właśnie – lekarzy rezydentów.

Publiczne wydatki na zdrowie w 2015 roku jako procent PKB. Dane Eurostat

Wg danych OECD z 2015 roku, Polska ma 2,3 lekarza na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia w tej grupie najbogatszych krajów świata, do której należymy, wynosi 3,3. Średnia w krajach Unii Europejskiej to  3,4.

Ta sytuacja się pogarsza. Według OECD w 2015 z Polski wyjechało 10 proc. absolwentów medycyny.
Brytyjski odpowiednik Narodowego Funduszu Zdrowia, NHS, zapowiedział w sierpniu 2017, że zamierza wydać 100 mln funtów na pensję dla 2-3 tys. general practitioners, czyli lekarzy pierwszego kontaktu, którzy przyjadą na Wyspy z innych krajów.

Z kolei Komisja Europejska policzyła, że na Zachodzie Europy w 2020 roku wiek emerytalny osiągnie 60 tysięcy lekarzy i tylu będzie rocznie odchodziło na emeryturę. Zapotrzebowanie na młodych lekarzy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej będzie nadal rosnąć, można ich zatrzymać w kraju jedynie przez podwyższenie zarobków i lepsze warunki pracy.


Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym