Poddawani mobbingowi, szantażowani medycy, otrzymają oficjalne wsparcie. „Na porządku dziennym jest zmuszanie lekarzy do pracy ponad siły, a także do wykonywania prac, w których nie czują się kompetentni”, mówi dr Bartosz Fiałek. "Będę z ramienia związku pomagać tym ludziom, bo wiem, jak sam bym skończył, gdyby nie pomoc OZZL"

Dr Bartosz Fiałek kilka miesięcy temu padł ofiarą – jak to sam określa – „nieakceptowalnego zachowania ze strony starszego kolegi”. W październiku 2018 roku dyrekcja szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy, w którym pracuje Fiałek, wydała zarządzenie. Obligowało ono lekarzy do pracy w dwóch miejscach jednocześnie – w macierzystym oddziale i na SOR-ze. Rzeczniczka Biziela tłumaczyła później, że zarządzenie miało być tymczasowe i wynikało z braków kadrowych.

Zdecydowana większość lekarzy położyła uszy po sobie. W Fiałku obudził się jednak związkowiec. „Nie można »tymczasowo« narażać ludzi na utratę zdrowia i życia” – tłumaczył pod koniec lutego 2019 OKO.press. „A ta tymczasowość miała trwać ponad cztery miesiące. Zarządzenie było niewykonalne i niezgodne z przepisami”.

Fiałek zebrał dokumentację, zasięgnął opinii prawników i Izby Lekarskiej. Długo zabiegał o spotkanie z dyrekcją, ale ponieważ się nie doczekał, wystąpił do Państwowej Inspekcji Pracy. Ta wysłała kontrolę.

Zastępca dyrektora szpitala wezwał młodego związkowca na dywanik. „Pan się wp… nie w to, co potrzeba. Zastanowię się, jak panu ulżyć w specjalizacji” – usłyszał Fiałek. A potem jeszcze dobitniej: „Wynoś się stąd człowieku. A ja się zastanowię, jak cię zwolnić”.

Gdzie szukać pomocy

Dyrekcja szpitala miała jednak pecha. Fiałek nagrał całą rozmowę, a związek opublikował nagranie na swojej stronie. OZZL stanął murem za lekarzem. Dyrekcja się wycofała. Do dziś trwa dochodzenie w prokuraturze oraz postępowanie wyjaśniające przed Okręgowym Rzecznikiem Odpowiedzialności Zawodowej.

Fiałek stracił niemało nerwów, ale ze sprawy wyszedł zwycięsko. Przy okazji odebrał sporo sygnałów od kolegów z innych ośrodków, że u nich jest jeszcze gorzej, że są zmuszani do brania dyżurów, szykanowani. Że słyszą groźby – sugeruje się im np., że jeśli się na coś nie zgodzą, to stracą pracę. Że jak raz się postawią przełożonemu, to potem mają problemy z wyjazdem na konferencję czy dostaniem urlopu.

„Tak to we mnie rosło i rosło, aż w końcu postanowiłem coś z tym zrobić” – mówi dziś Bartosz Fiałek. „Zmobilizowała mnie dodatkowo pewna ważna osoba, której nazwiska nie chcę ujawniać. Spytała, dlaczego do tej pory nikt nie chroni mobbingowanych, zastraszanych przez przełożonych lub kolegów lekarzy?”.

No właśnie. Gdzie w takiej sytuacji powinno się – przynajmniej teoretycznie – szukać pomocy?

Pół roku bez odpowiedzi

W Polsce są dwie takie instytucje – Samorząd, czyli Izba Lekarska i związek zawodowy (w innych krajach funkcjonuje albo jedna z tych instytucji, albo tak jak u nas – dwie).

Samorząd ze swoim Kodeksem Etyki stoi właśnie na straży relacji między lekarzami, pilnuje zasad wykonywania zawodu lekarza. Związek koncentruje się natomiast na warunkach pracy i płacy. A zatem sprawy takie jak Fiałka powinien regulować Samorząd. Niestety, tylko w teorii.

„Znałem swoje prawa i wiedziałem, że powinienem zgłosić się do rzecznika odpowiedzialności zawodowej z ramienia Samorządu i że to on będzie rozstrzygał w sprawie. Nastąpiło to 28 stycznia 2019. Do dziś nie dostałem oficjalnej odpowiedzi. Dlatego wciąż nie wiem, czy sprawa będzie umorzona, czy też – co w mojej opinii jest bardziej prawdopodobne – rzecznik skieruje ją do Okręgowego Sądu Lekarskiego z aktem oskarżenia. Ale ja nie mogłem przecież czekać pół roku! Gdyby nie stanął za mną związek, dawno bym stracił pracę, a może nawet miał wilczy bilet”.

Jak odmówisz, to zobaczysz

Fiałek przekonał kolegów, że w ramach struktur związkowych warto stworzyć „komórkę szybkiego reagowania”. Początkowo będzie działał z pomocą kilku osób. Jednak docelowo będzie to „specgrupa”. W ubiegłym tygodniu umieścił na swoim Facebooku informację, żeby zgłaszali się do niego wszyscy ci medycy, którzy czują się szantażowani, którzy spotkali się z niedopuszczalnymi praktykami ze strony swoich kolegów lekarzy.

Szanowni Państwo,z uwagi na liczne sygnały otrzymywane ze środowiska lekarskiego dotyczące wręcz skandalicznych…

Opublikowany przez Lekarz Bartosz Fiałek Piątek, 21 czerwca 2019

Niebawem do zgłoszeń będzie służył specjalny adres mailowy i numer telefonu. W najbliższych planach jest także stworzenie zamkniętej grupy „Dość poniżania w ochronie zdrowia”, której członkowie będą mogli się wymieniać własnymi doświadczeniami.

Jakie sytuacje zdarzają się najczęściej?

„Zwykle jest to bezpośredni przełożony, który w jakiś sposób mobbinguje, grozi, nęka, szantażuje, dyskredytuje, ale nie wykluczam też relacji horyzontalnych, poziomych, gdzie rówieśnicy walczą i ten silniejszy gnębi słabszego” – tłumaczy Fiałek.

„Z sygnałów, które docierały do mnie do tej pory, wynika, że na porządku dziennym jest zmuszanie lekarzy do pracy ponad siły, a także do wykonywania prac, w których nie czują się kompetentni. Mają wprawdzie umowę z zakresem obowiązków, ale jak przychodzi co do czego, nikt się tym nie przejmuje. »Jak odmówisz, to zobaczysz«, »Jeśli chcesz być dalej lekarzem w tym szpitalu, powinieneś to zrobić. U nas każdy tak robi« – słyszą na oddziałach.

Zacznijmy od własnego podwórka

„Moim zadaniem będzie wysłuchanie wszystkich pokrzywdzonych, a następnie udzielenie im stosownych informacji merytorycznych, technicznych, formalnoprawnych” – mówi Fiałek. „Będziemy się wspólnie zastanawiać, jakie są możliwe kroki do podjęcia. Czy lepiej iść »na ostro«, czy »na miękko«, a może w ogóle na razie nie reagować”.

Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem akcji na Facebooku odezwała się poprzez związek do Fiałka lekarka mówiąc, że jest szantażowana od ponad pół roku, ale dopiero teraz odważyła się o tym opowiedzieć. „Zainspirowała ją moja sprawa i uznała, że nie będzie dłużej chować głowy w piasek” – opowiada Fiałek. „To było dla mnie bardzo mobilizujące, ale jednocześnie uświadomiło mi jak bardzo lekarze bywają zastraszeni” – dodaje.

O dr Fiałku pisaliśmy w OKO.press kilkakrotnie. Ja sam nazwałem go „wojownikiem”. Ponieważ czego jak czego, ale odwagi i woli walki mu nie brakuje. Nie godzi się na to, jak funkcjonuje dziś polski system ochrony zdrowia i chce go zmieniać. Zależy mu na tym, by stał się znacznie bardziej przyjazny dla lekarzy i pacjentów. W tym celu działa aktywnie we władzach związku.

Nie za dużo tych obowiązków? Do tego wszystkiego, co Pan już robi, teraz komórka szybkiego reagowania – pytam Fiałka.

„Mam głębokie przekonanie, że powinienem się tego podjąć” – odpowiada lekarz. „Skoro mówimy głośno, że ochrona zdrowia wymaga reform, to popatrzmy najpierw w kierunku własnego podwórka. Ja to zrobiłem i wiem, że nie wszystko w moim środowisku jest OK. Wszystkich patologii z pewnością nie usuniemy, ale nie godzę się też na to, by tuszować wiele skandalicznych sytuacji i udawać, że ich nie ma. Uznałem, że po to, by być uczciwym orędownikiem zmiany w ochronie zdrowia, muszę też walczyć o to, żeby moje środowisko było w porządku”.


Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Masz cynk?