31 sierpnia 2021

Licytacja na śmierć i życie afgańskiego dziecka. Bezduszny, okrutny komunikat ministerstwa zdrowia

W południe dowiadują się, że ich syn umarł, informują o tym w wiadomości złożonej z dwóch słów:  "Ali died", dwie godziny później pojawia się "dementi" ministerstwa, "że żadne z dzieci nie zmarło". Można sobie tylko wyobrazić ich reakcję - mieszankę oburzenia i dezorientacji, może rozpaczliwej nadziei

Na zdjęciu: rodzina Alego przed szpitalem w kadrze filmu Roberta Kowalskiego (wkrótce publikacja)

"Sprostowanie" naszej informacji o śmierci Alego przez Ministerstwo Zdrowia - krótki tweet z poniedziałku 30 sierpnia 2021 z godz. 16:11 zawierał kategoryczne stwierdzenie, że "żadne z dzieci nie zmarło" umocnione stwierdzeniem, że "ministerstwo jest w bieżącym kontakcie ze szpitalem". Do tego doszło pouczenie dla mediów (w domyśle - OKO.press), by "potwierdzać tego typu informacje w szpitalu lub ministerstwie zdrowia".

Dodatkowo rzecznik ministerstwa wystąpił jako autorytet moralny, wytykając mediom (OKO.press) "brak szacunku": "Proszę media o więcej szacunku w przekazywaniu informacji dotyczących pacjentów, weryfikowanie przekazu i nierozpowszechnianie niepotwierdzonych doniesień”.

W ten sposób ministerstwo reagowało na doniesienia OKO.press o zatruciu grzybami ewakuowanej z Kabulu afgańskiej rodziny Mihammada. Grzyby zbierali na terenie ośrodka dla cudzoziemców w Dębaku-Podkowie Leśnej, próbowała się dożywić, bo wyżywienie w ośrodku było kiepskie. Po zjedzeniu zupy kilkoro z 12-osobowej rodziny poczuło się źle. W stanie krytycznym znaleźli się Ali i Mustafa.

Sześcioletni Mustafa będzie miał we wtorek przeszczep wątroby, choć „rokowania co do jego przeżycia są wciąż poważne”. Pięcioletni Ali nie został zakwalifikowany na przeszczep z uwagi na "uszkodzenie centralnego układu nerwowego" - poinformowali lekarze Centrum Zdrowia Dziecka we wtorek.

O śmierci Alego poinformowaliśmy w poniedziałek.

Zakładając, że prawdą jest, że ministerstwo było na bieżąco informowane przez szpital, wydający ten komunikat doskonale wiedział, jaka jest prawda: jeden z chłopców żyje i ma szanse na uratowanie życia dzięki przeszczepowi kawałka wątroby od krewnej, ale mózg Alego umarł, pięciolatek nie ma szans na przeszczep, bo nie ma szans na dalsze życie, nawet jeżeli aparatura może podtrzymywać pracę jego serca czy płuc. Nastąpiła śmierć mózgowa.

Ważna jest tu chronologia. O godz. 14:14 Mihammad, ojciec chłopców, wysłał swoim bliskim wiadomość o treści: „Ali died”. Załamany, razem z żoną nie odchodzili od szpitalnych łóżek dzieci. Jak powiedział nam informator ze szpitala, ojciec dowiedział się, że u dziecka nastąpiła śmierć mózgu i dla Alego nie ma już ratunku. Rodzice rozpaczliwie zastanawiali się, gdzie go pochować. W odruchu serca wyobrażali sobie, że w rodzinnej ziemi w Kabulu.

Powiedzmy to wyraźnie raz jeszcze: Ali umarł, w sensie medycznym i ludzkim po prostu, ministerstwo o tym wiedziało, ale "prostowało" informacje mediów (także Polsat News) i pouczało nas, że nie okazujemy szacunku.

Formalistyczne podejście ministerstwa - skoro śmierć nie została potwierdzona, a ciało dziecka nie jest odłączone od aparatury - to dziecko żyje to jakaś makabryczna licytacja, żonglerka pojęciami.

Dlaczego i po co?

  • Czy motywem była próba osłabienia odpowiedzialności polskich władz za śmierć dzieci, skoro ośrodek dla uchodźców niedostatecznie opiekował się Afgańczykami i kiepsko ich żywił?
  • Czy tragedia rodziny Mihammada źle wpisuje się w narrację o pomocy - jak to ujął Jerzy Baczyński w "Polityce" - blisko 1000 "naszym Afgańczykom" ewakuowanym z Kabulu? Bo "nie naszych" należy traktować z okrucieństwem na granicy polsko-białoruskiej jako tak groźną "broń biologiczną", że wymaga wprowadzenia stanu wyjątkowego.
  • Czy chodziło o "utarcie nosa" niezależnym mediom i podkreślenie, że to ministerstwo jest od informowania, a nie jacyś żurnaliści?

Tak czy inaczej kluczowy był fakt, że chodzi o życie i śmierć afgańskiego dziecka. Gdyby zatruł się śmiertelnie Adam syn Macieja, ministerstwo nie prostowałoby prawdy, skoro to był Ali syn Mihammada, rzecz stała się "polityczna".

Nie ma większego znaczenia, który z powyższych motywów wchodził w grę, może wszystkie na raz. Najważniejsze jest co innego - reakcja rodziców. Skupiamy się na ojcu chłopców, bo to on bezpośrednio rozmawiał z OKO.press, a potem poprzez znajomych komunikował ze światem, ale pomyślmy o obojgu rozpaczających w szpitalu rodziców. W poniedziałek w południe dowiadują się, że ich syn umarł o 14:14 informują o tym w wiadomości złożonej z dwóch słów: "Ali died", dwie godziny później pojawia się "dementi" ministerstwa zdrowia: "że żadne z dzieci nie zmarło".

Jakiś bezduszny biurokrata-urzędnik i/lub polityk w resorcie zdrowia de facto sprostował przecież wiadomość wysłaną przez rodziców, którzy właśnie stracili dziecko.

Można sobie tylko wyobrażać ich reakcję - mieszankę oburzenia pomieszanego z dezorientacją, może też rozbudzenie fałszywych nadziei. Może złapali za telefon, wydzwaniali do szpitala: to jak to w końcu jest?

Reakcja wspierającej afgańską rodzinę Pauliny Olszanki na tweet ministerstwa, że dzieci żyją, wyraża część tych emocji:

„Tak? To dlaczego ja rozmawiam z ojcem przez telefon, który jest w rozpaczy, że syn nie żyje? Że chce go pochować w Kabulu? Dlaczego nie ma NIKOGO na miejscu ze strony ośrodka/ministerstwa, który im pomaga? Dlaczego ja płacę za hotel?”.

Trudno wprost zrozumieć, jak ktoś w Ministerstwie Zdrowia, które przecież "specjalizuje się" w kwestiach życia, chorób i śmierci, mógł sobie pozwolić na takie manipulowanie tragicznym wydarzeniem. I przy okazji oskarżyć media o "nieodpowiedzialność" w informowaniu o tragedii, co mogło nasuwać myśl, że szukamy sensacji czy ścigamy się na newsy.

Polskie władze, które uratowały blisko tysiąc Afgańczyków uciekających przed Talibami, nie zadbały dostatecznie o bezpieczeństwo i opiekę nad tymi ludźmi. Komunikat ministerstwa dopełnia czary goryczy.

Udostępnij:

Robert Kowalski

Dziennikarz radiowy i telewizyjny, producent, reżyser filmów dokumentalnych. Pracował w m.in Polskim Radiu, „Panoramie” TVP2. Był redaktorem naczelnym programu „Pegaz” i szefem publicystyki kulturalnej w TVP1. Współpracuje z Krytyką Polityczną, gdzie przeniósł zdjęty przez „dobrą zmianę” program „Sterniczki” z Radiowej Jedynki. Tworzy cykl „Kamera OKO.press”.

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne