0:00
27 lipca 2021

Łukaszenka handluje tragediami. Zarabia na przemycie ludzi z Bliskiego Wschodu na Litwę i do Polski

Sytuacja na białorusko-litewskiej granicy się pogarsza. Coraz więcej aktywistów alarmuje o możliwej katastrofie humanitarnej. To skutek polityki reżimu Łukaszenki, który otworzył kanały nielegalnej migracji z Bliskiego Wschodu i zarabia na tym kilkanaście mln dolarów

Wydrukuj

Łączna liczba osób zatrzymanych przez litewską straż graniczną to już prawie dwa tysiące. Ponad dwadzieścia razy więcej niż w całym zeszłym roku. Już teraz migranci są kierowani do prowizorycznych obozów namiotowych utworzonych nieopodal jednostek straży granicznej.

Nagły skok liczby nielegalnych migrantów zaobserwowano również w Polsce. Liczba osób, które przekroczyły w ostatnim miesiącu białoruską granicę kilkukrotnie przewyższa statystyki Urzędu do Spraw Cudzoziemców z całego poprzedniego roku.

Organizatorzy przemytu ludzi nie bawią się w humanitaryzm, widać to po warunkach, w jakich migranci są wysyłani na granicę. Odmawia się im „ustalonych w cenie usługi” racji żywnościowych. Głośny stał się również przypadek dwójki hospitalizowanych dzieci. Przemytnicy podali im tabletki, żeby uciszyć je w trakcie przekraczania granicy. Rodzice na szczęście nie zastosowali się do zaleceń, by w trakcie podróży podać im drugą dawkę.

Polityczny nacisk

Najwyżsi białoruscy urzędnicy też nie kryją się z tym, że nagły wzrost liczby migrantów przekraczających granicę ma związek z działaniami reżimu. Zarówno sam Łukaszenka, jak i wracający do łask dyktatora minister spraw zewnętrznych Uladzimir Makiej jednoznacznie sugerują to w wypowiedziach; „Jeśli [red. unijni decydenci] blokują inwestycje i wprowadzają sankcje, nawet sektorowe... Niech nie dziwią się, że nagle pobiegli do nich migranci”.

Dla władz w Mińsku nielegalna migracja stała się narzędziem politycznego nacisku.

Z drugiej strony Białoruś utrudnia jednocześnie wyjazd własnym obywatelom. Władze zamknęły ruch na ukraińskiej granicy oraz wprowadziły dodatkowe obostrzenia i opłaty na litewskiej i polskiej granicy. Wszystko dlatego, że skala migracji z kraju jest przytłaczająca. W ciągu ostatniego roku tylko do Rosji wyjechało 160 tys. Białorusinów. To prawie 2 proc. mieszkańców kraju.

Śledztwo Biełsatu

Statystki nielegalnej migracji do Litwy i Polski pokrywają się z "turystycznym" boomem w Mińsku. Z roku na rok Białoruś stała się jednym z najbardziej popularnych kierunków podróży Irakijczyków. Jak dowodzi śledztwo Biełsatu przeprowadzone z pomocą litewskiego internetowego wydania 15min i Białoruskiego zrzeszenia śledczych, zwiększenie liczby "turystów" z Iraku, innych krajów Bliskiego Wschodu oraz Afryki jest nieprzypadkowe.

Dziennikarze niezależnej redakcji prześledzili dokładnie całą drogę migrantów przez białorusko-litewską granicę. Na lotnisku udało im się bez problemu nagrać grupę mężczyzn otwarcie rozmawiających o przemycie kilkudziesięciu osób. Z kolei intensywność ruchu na przygranicznych ścieżkach najlepiej obrazuje fakt, że reporterzy natrafili na migranta z Sierra Leone na jednej z leśnych dróg.

12 mln dolarów dla reżimu

Dziennikarze Biełsatu wyliczają w materiale, że „legalny zysk” białoruskich władz to w najbardziej ostrożnych szacunkach 12 milionów dolarów. Wynika z kaucji, które pobiera Białoruś „na wypadek braku udokumentowania powrotu turystów do kraju, z którego przyjechali”.

Nielegalny zysk wynosi dużo więcej. Próba przekroczenia granicy na własną rękę to dla migrantów koszt rzędu 2 500-5 000 dolarów. Pełna usługa zakupiona u przemytników to 15 000 dolarów. Ta druga opcja ma być dla migrantów dużo pewniejsza, bo kiedy uczestniczą w zorganizowanej próbie przemytu, białoruska straż graniczna nie tylko nie próbuje ich powstrzymywać, ale wręcz ułatwia cały proceder.

Śledztwo Biełsatu dowodzi, że cyniczna próba sztucznego wywołania „kryzysu migracyjnego” na litewskiej i polskiej granicy jest nie tylko sposobem na odwet na Unii Europejskiej, ale również nową metodą zarobku przedstawicieli białoruskiego reżimu. Trudno nie widzieć w takich działaniach znamion handlu ludźmi. A już na pewno można nazwać to handlem ludzkimi tragediami.

Karczowanie społeczeństwa obywatelskiego

Zemstą Łukaszenki za sankcje Unii Europejskiej była także trwająca tydzień ofensywa służb wycelowana w białoruskie społeczeństwo obywatelskie. Zakończyła się zatrzymaniem kilkudziesięciu aktywistów i dziennikarzy. Aresztowano i postawiono w stan oskarżenia kilkunastu z nich. Funkcjonariusze zarekwirowali sprzęt i zdemolowali siedziby ponad 30 organizacji.

Całą operację zwieńczyło zdelegalizowanie ponad czterdziestu organizacji pozarządowych. W tym dwóch dużych organizacji jak choćby Imena (platforma do zbiórek na projekty społeczne w Białorusi). Odebrano licencje kilku kolejnym adwokatom broniącym więźniów politycznych.

Atakowani przez władzę nie są politykami, nie aspirują w jakikolwiek sposób do przejęcia władzy w kraju. To ludzie działający na rzecz innych, w tym osób niekoniecznie zaangażowanych politycznie.

W międzyczasie parlament wprowadził szereg nowelizacji do prawa, z których część legalizuje totalitarne rozwiązania wprowadzone przez Łukaszenkę w trakcie minionego roku. Jedną ze znaczących zmian jest możliwość zatwierdzenia w kraju stanu wyjątkowego z powodu demonstracji. Takie rozwiązanie daje władzy możliwość „legalnego” wysłania na ulice wojska.

Wszystkie te zabiegi władzy mają zalegalizować terror i utrzymać względną stabilizację, podobną do tej z okresu stalinowskiego Wielkiego Terroru albo stanu wojennego. Reżim próbuje sparaliżować białoruskie społeczeństwo, obawia się objawów jakiejkolwiek podmiotowości ze strony Białorusinów.

Reżimowa propozycja nowej konstytucji

Białoruscy politolodzy sugerują, że zarówno uderzenie w NGO, jak i niedawne nowelizacje mają sygnalizować przygotowania władz do planowanego w przyszłym roku referendum konstytucyjnego. A raczej do protestów, które podobne referendum mogłoby wywołać.

Opublikowana za sprawą biznesmena Jurija Woskresienskiego, „nawróconego” w areszcie śledczym KGB sztabowca Babaryki, propozycja nowej konstytucji ma być efektem prac tzw. „Okrągłego stołu” zorganizowanego przez białoruski reżim. Ma, między innymi, ograniczać czas u władzy przyszłych prezydentów do dwóch kadencji i doprowadzić do przyśpieszonych wyborów prezydenckich. W Białorusi spekuluje się, że Łukaszenka miałby w nich nie startować.

Hipotetyczna demokratyzacja Białorusi za sprawą wprowadzenia nowej konstytucji jest jednak dyskusyjna. Pawieł Usau zauważa, że wątpliwości wobec proponowanego kształtu konstytucji rosną, jeśli przyjrzymy się jej dokładniej. Dokument zawiera wiele oczywistych sprzeczności – ma dawać konfliktujące ze sobą uprawnienia prezydentowi i Radzie Bezpieczeństwa. Przykład putinowskiej Rosji pokazuje, że dyktatorzy konstytucyjne ograniczenia potrafią bez problemu obejść.

Proponowany dokument szczegółowo opisuje również wymagania wobec ewentualnego przyszłego prezydenta Białorusi, a jednym z głównych warunków ma być udokumentowane, nieprzerwane życie przez ponad 20 lat na terenie Białorusi. Kwestią sporną pozostaje wciąż kogo Łukaszenka mógłby chcieć wypchnąć na stanowisko prezydenta w tych ewentualnych wyborach. Być może jednak to nie on jest osobą, która ma w przyszłych wyborach o czymkolwiek decydować.

Rzucają się w oczy również propozycje zmian światopoglądowych, takich jak explicite nazwanie małżeństwem związku wyłącznie kobiety i mężczyzny. Takie zabiegi wyraźnie wskazują na rosyjskie inspiracje tego dokumentu. Białoruskie społeczeństwo nie uczestniczyło jeszcze w zakrojonej na szeroką skalę nagonce na społeczność LGBT, podobnej do tej zorganizowanej w Rosji albo niedawno w Polsce.

USA zmieniają kurs

Uderzenie w NGO oraz publikacja propozycji nowej konstytucji poprzedziły tygodniową wizytę Swiatłany Cichanouskiej w Waszyngtonie. Demokratyczne siły wiązały z tą podróżą duże nadzieje. Przekonują też, że wizyta była znaczącym sukcesem.

W oczy kłuje jednak brak spotkania Bidena z Cichanouską, o którym wiele mówiono przez cały tydzień spotkań w Waszyngtonie. Brak przypieczętowania amerykańskiej pomocy dla Białorusi widać nie tylko na poziomie symbolicznym – żadne ze spotkań nie zakończyło się ogłoszeniem wiążących decyzji owocujących doraźną pomocą dla sprawy białoruskiej. Wszystkie ustalenia dotyczyły bliżej nieokreślonej przyszłości.

Początkowe działania administracji Bidena, takie jak objęcie sankcjami firm z białoruskiego sektora naftowego, natchnęły działaczy do optymistycznego myślenia o białorusko-amerykańskich relacjach. Polityka Bidena wobec sytuacji w Białorusi wyraźnie zmieniła się jednak po szczycie w Genewie i spotkaniu z Putinem.

Odwrót od jednoznacznej, konfrontacyjnej wręcz polityki USA dotyczącej Białorusi budzi w Białorusinach niepokój. Podobnie jak coraz silniej widoczna podległość Łukaszenki polityce Putina. Jakkolwiek faktyczne przyłączenie Białorusi do Rosji pozostaje politycznym science-fiction, to w praktyce jedyne decyzje podejmowane przez Łukaszenkę w kontekście przyszłości kraju są realizacją interesów Kremla.

Wrak gospodarczy

Gospodarcza i społeczna zapaść, w którą osuwa się Białoruś przez totalitarną politykę Łukaszenki, nie przeszkadza Putinowi. Priorytetami są wyciszenie rewolucji w Białorusi oraz zapewnienie pozostania Białorusi w rosyjskiej strefie wpływów. Za wszelką cenę, nawet przekształcenia Białorusi w gospodarczy wrak podobny Mołdawii. Wszystkim stronom wydaje się zależeć na kontrolowanej (z zewnątrz) tranzycji władzy w Białorusi. Wszystkim oprócz Białorusinów.

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne