23 maja 2021

Łukaszenka oszalał. Porwał samolot Ryanair, by uprowadzić opozycyjnego dziennikarza

Białoruski myśliwiec zmusił do lądowania w Mińsku samolot Ryanair ze 171 pasażerami lecący z Aten do Wilna. Po to, by zatrzymać Romana Protasiewicza, administratora jednego z najpopularniejszych w Białorusi kanałów społecznościowych. To element rozprawy z niepokornymi mediami

W trakcie przelatywania nad Białorusią białoruskie służby poinformowały pilotów samolotu rejsowego Ryanair, że na pokładzie może znajdować się bomba. Procedura wymuszała na zespole awaryjne lądowanie. Samolot znajdował się już jednak kilkanaście kilometrów od litewskiej granicy, a zdania na pokładzie były podzielone.

Do zawrócenia na lotnisko w Mińsku pilotów zmusił jednak MiG-29 białoruskich sił lotniczych. Na lotnisku okazało się, że bomby na pokładzie nie ma, ale przy okazji zdecydowano o ponownej kontroli pasażerów. Okazało się, że był wśród nich jeden z najbardziej poszukiwanych przez totalitarny reżim Łukaszenki „ekstremistów”. Został zatrzymany.

Aktualizacja z godz. 21:00. Władze białoruskie zatrzymały sześć osób spośród pasażerów samolotu, w tym partnerkę Romana Protasiewicza. Czworo zatrzymanych ma obywatelstwo Rosji.

Jak podaje Szymon Jadczak z Wirtualnej Polski, Samolot SP-RSM, który został dziś zmuszony do wylądowania w Mińsku należy do RYANAIR SUN, spółki córki Ryanair, zarejestrowanej w Warszawie, na ulicy Cybernetyki. Samolot ma polskie oznaczenia i polską flagę na kadłubie.

Atak na samolot Ryanair wywołał poruszenie na całym świecie. Zareagowali przywódcy Litwy, Niemiec, Francji, szefowa Komisji Europejskiej. Także premier Polski.

View post on Twitter

"Łukaszenka jest zagrożeniem nie tylko dla swoich obywateli ale i dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Jego akt terroryzmu państwowego wymaga natychmiastowej i twardej reakcji wszystkich europejskich rządów i instytucji".

Rzecznik NATO zażądał międzynarodowego śledztwa w sprawie przechwycenia samolotu Ryanair przez władze Białorusi.

Oto sceny z lotniska w Mińsku.

Roman Protasiewicz był jednym z głównych redaktorów kanału Nexta. Kiedy jego drogi z tym medium się rozeszły, przejął rolę głównego administratora innego, bardzo popularnego w Białorusi kanału na platformie Telegram – Biełaruś golovnogo mozga, publikującego ironiczne komentarze do białoruskiej rzeczywistości.

Za to znalazł się na szczycie białoruskiej listy poszukiwanych przez reżim, obok Sciepana Puciło, drugiego z założycieli Nexty. Władze zarzucają mu ekstremistyczną działalność terrorystyczną. Według różnych źródeł grozi mu wyrok 15 lat więzienia albo nawet kara śmierci. Egzekucje w przypadku takich wyroków wciąż są w Białorusi regularnie wykonywane.

Wcześniej Łukaszenka rękami swoich aparatczyków umieścił na czerwonej liście Interpolu kilku najważniejszych przedstawicieli białoruskiego społeczeństwa zmuszonych do ucieczki z kraju. Między innymi liderkę opozycji Swiatłanę Cichanouską.

Po tym, jak zrozumiał, że nie ma już szans na dogadanie się społecznością międzynarodową, zdecydował najwyraźniej, że nie ma nic do stracenia i nagina możliwości prawa międzynarodowego do terroryzowania Białorusinów aktywnie wspierających społeczeństwo poza granicami kraju.

Atak na TUT.BY

W środku tygodnia białoruskie służby przypuściły bezprecedensowy atak na jedną z największych redakcji w kraju – TUT.BY. Resorty siłowe potraktowały dziennikarzy TUT.BY jak groźnych gangsterów.

O świcie 18 maja milicjanci wyważyli drzwi do biur redakcji w kilku najważniejszych białoruskich miastach, przetrząsnęli pomieszczenia i zarekwirowali sprzęty. W tym samym czasie porwano kilkunastu pracowników redakcji i kilku dziennikarzy, część uprowadzono z prywatnych mieszkań.

Rodziny nie miały żadnych wiadomości o losach tych osób. Wdowa po założycielu TUT.BY, Julia Czarniauskaja, była pozbawiona kontaktu z bliskimi i adwokatami przez ponad dwie doby.

Ośmiu pracowników portalu wciąż znajduje się w areszcie śledczym, oczekują tam na sfabrykowane zarzuty. Służby zarekwirowały wszystkie ich urządzenia elektroniczne oraz karty kredytowe. Nie mają kontaktu z nikim prócz adwokatów, którym zakazano udzielania jakichkolwiek informacji mediom pod groźbą cofnięcia licencji adwokackich.

"Wybory? Jakie wybory? Tylko wprowadzają chaos"

Już dwa dni po ataku na portal TUT.BY Łukaszenka kazał ogłosić, że przesuwa o dwa lata wybory samorządowe, które powinny się odbyć w ciągu kilku miesięcy. „Bo wybory wnoszą niepotrzebny chaos do życia publicznego”.

21 maja funkcjonariusze służb weszli do studia Biełsatu w Mińsku podczas nagrywania jednego z ramowych, satyrycznych programów.

Postępujące betonowanie białoruskiego reżimu przekonało Unię Europejską do przyśpieszenia czwartego pakietu sankcji. Tym razem presja miałaby objąć nie tylko szeregowych przedstawicieli reżimu, ale również poszczególne sfery białoruskiej gospodarki, które bezpośrednio umożliwiają funkcjonowanie reżimu.

Jeszcze kilka tygodni temu unijni decydenci wstrzymywali się z tą decyzją, ale atak na TUT.BY przeważył. ONZ wyznaczył w tym samym czasie trzech obserwatorów, którzy ocenią skalę łamania praw człowieka w Białorusi.

View post on Twitter

„Ja TUT” - jestem TUTaj

Rzeczniczka TUT.BY, Aleksandra Puszkina, podkreśla, że portal to jedne z najważniejszych mediów w kraju. Jeszcze przed wyborami, kiedy w Białorusi dozwolone było robienie badań socjologicznych, ankiety wskazywały, że z portalu korzysta regularnie 63 proc. Białorusinów. Reżim z dnia na dzień, bez zapowiedzi, pozbawił ich dostępu do najświeższych informacji całkowicie blokując dostęp do witryny.

Dziennikarze portalu stali się dla reżimu wrogiem w trakcie kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi w sierpniu 2020. Wszystko dlatego, że relacjonowali wiece niezależnych kandydatów, kolejno zatrzymywanych, oraz początek narastających represji. Łukaszenka zaczął wtedy korzystać z pogardliwego (jego zdaniem) określenia „tutbajowcy”, oznaczającego pokolenie wychowane w Białorusi po rozpadzie ZSSR.

Jednym z pierwszych tekstów opublikowanych na zastępczej stronie internetowej portalu było podsumowanie represji wobec redakcji: liczne wyroki pozbawienia wolności dla dziennikarzy, kary grzywny zarówno dla poszczególnych pracowników, jak i dla całej redakcji, czy wreszcie pozbawienie licencji masowego dostarczyciela informacji w grudniu 2020 roku.

Mimo trudności redakcja stara się funkcjonować dalej w sieciach społecznościowych. O niesłabnącej popularności portalu może świadczyć fakt, że po zablokowaniu internetowego wydania TUT.BY, kanał portalu na platformie Telegram podwoił liczbę subskrybentów, notując przy tym ponad 100 tysięcy nowych śledzących w ciągu pierwszej doby po ataku.

Zresztą dopiero wieczorem tego dnia opinia publiczna dowiedziała się, że prokuratura wszczęła wobec TUT.BY sprawę karną i zarzuca portalowi uchylanie się od płacenia podatków. O powodach zatrzymań bliscy aresztowanych dowiedzieli się z propagandowych wydań wiadomości, podobnie jak wszyscy Białorusini.

Sfabrykowane dowody opierają się na działalności prowadzonej przez TUT.BY w ramach inkubatora przedsiębiorczości nazywanego Parkiem Wysokich Technologii. Korzystały z niego wszystkie najważniejsze firmy z branży IT w kraju.

Sprawa TUT.BY jest pod tym względem bardzo symboliczna – świadczy o upadku perspektyw na przyszłość, utożsamianych właśnie z prężną przed wyborami branżą IT. Poza tym wyraźnie pokazuje, że w totalitarnym świecie projektowanym przez Łukaszenkę, nie ma miejsca na dostęp do informacji dostarczanych przez kogokolwiek poza kanałami kontrolowanymi przez propagandzistów.

Zaciskanie pętli

Uchodząca za najprężniej rozwijającą się i najbardziej perspektywiczną odnogę gospodarki branża IT właściwie przestała już istnieć. O jej upadku najlepiej świadczy faktyczne zablokowanie działania Parku Wysokich Technologii, które symbolicznie obrazuje stan trawnika przed siedzibą hubu.

Konsekwentne uniemożliwianie pracy niezależnym mediom oraz przedsiębiorcom to tylko jedne z cech nowej odsłony reżimu Łukaszenki. Władze starają się jednocześnie na wszystkie możliwe sposoby utrudniać Białorusinom wyjazd z kraju.

Podniesiono opłaty za wyjazd z Białorusi. W kilku przypadkach wyjeżdżających z kraju Białorusinów bezprawnie zawrócono na granicy, mimo że mieli wszystkie dokumenty uprawniające do opuszczenia kraju.

Współpracownicy jednego z opozycyjnych liderów, Pawła Łatuszki, przekazują też, że po doprowadzeniu do upadku białoruskich przedsiębiorców władze planują przejęcie sektora bankowego.

Aktywiści w poszczególnych regionach alarmują z kolei, że w zastraszającym tempie wycinane są białoruskie lasy. Leśniczy i pracownicy lasów państwowych próbujący oponować takiej gospodarce tracą pracę.

Działania reżimu już teraz odbijają się na sytuacji gospodarczej w kraju – białoruscy weterani jako jedyni na obszarze byłego ZSSR nie otrzymali corocznych premii na hucznie świętowany na Wschodzie 9 maja Dzień Zwycięstwa.

Białorusini coraz częściej, przy różnych okazjach, spotykają się z użyciem przeterminowanej żywności, podobnie jak regularnie przewijają się w mediach społecznościowych doniesienia o przerwach w dostawie gorącej wody czy problemach z jakością wody.

Niemniej Białorusi nie grozi jednak wizja rychłego upadku gospodarczego. Zdaniem Jarosława Romańczuka, Białorusi bliżej do śmiertelnej stagnacji gospodarczej rodem z Mołdawii niż dewaluacji i krachu. To opinia skrajnie różna od tej promowanej przez środowisko Swiatłany Cichanosukiej, ale dobrze oddaje, że część Białorusinów zaczyna dopuszczać myśl o tym, że Łukaszenkę nie sposób będzie przeczekać.

Reżimowa licencja na zabijanie

Tym bardziej że białoruski parlament zaakceptował nowelizację prawa dotyczącego działań resortów siłowych. Od 17 maja maja milicjanci nie muszą martwić się o jakikolwiek konsekwencje użycia śmiercionośnej broni w trakcie rozpędzania protestów.

Faktycznie taki stan miał już miejsce od początku protestów, bo wobec milicjantów nie wszczęto ani jednej sprawy o przekroczenie uprawnień, ale teraz funkcjonariusze nie muszą przejmować się odpowiedzialnością za swoje czyny nawet w teorii.

O podejściu kliki Łukaszenki do zadań resortów siłowych dobrze świadczą wytyczne dotyczące ich pracy i represje wobec uczciwych funkcjonariuszy. Portal ByPol opublikował wyniki śledztwa, które dowodzi, że władze przymusiły białoruskich celników do omijania niektórych wagonów towarowych w trakcie rutynowych kontroli na granicy. W minionych latach to właśnie oni ujawniali największe udokumentowane próby przemytu papierosów na Zachód.

Przyzwalając na użycie śmiercionośnej broni podczas rozpędzania demonstracji Łukaszenka zapewnił jednocześnie wysokim funkcjonariuszom MSW prawo do zmiany wyglądu i stałą ochronę. Stwierdził przy tym wprost, że „w przypadku zajścia takiej konieczności siły MSW będą musiały spełnić rolę policajów” - słowa określającego w Białorusi żołnierzy kolaborujących służb bezpieczeństwa z okresu nazistowskiej okupacji.

Ze zdwojoną zajadłością reżim tropi natomiast uczciwych pracowników MSW. Za ujawnienie rozkazu przyzwalającego na użycie ostrej amunicji wobec protestujących na 18 lat łagru został skazany Dzianis Urad, łącznik w sztabie białoruskich służb. Jak poinformował ByPol, pracownicy MSW nie mogą już bez pozwolenia opuszczać kraju.

Łukaszenka podpisał też dekret o pozbawieniu stopni wojskowych kilkudziesięciu oficerów, którzy aktywnie lub nawet tylko biernie opowiedzieli się po stronie Białorusinów. Niektórzy ze zdegradowanych zawinili wyłącznie zwolnieniem się z pracy po sierpniowych wydarzeniach – część z nich oczekuje już na wyroki w sfabrykowanych sprawach karnych.

Przemoc na pokaz

Władze nie tylko nie ukrywają tego zaostrzenia kursu wobec społeczeństwa i mediów, ale wręcz to podkreślają. Służby prześcigają się w coraz to nowych sposobach przemocy symbolicznej. Jednym z najbardziej poruszających tego przykładów stał się pojemnik na śmieci ustawiony dokładnie w miejscu zastrzelenia bezbronnego Aleksandra Trajkowskiego 10 sierpnia 2020 r., dokonanego przez funkcjonariuszy wojsk wewnętrznych. Śmietnik jest całodobowo ochraniany przez milicjantów.

Podobnie symbolicznie można odbierać sprawę 17-letniego Nikity Zoloterewa, skazanego na łagier za uczestniczenie w protestach. Wobec niego wszczęto kolejne postępowanie, tym razem za rzekome zaatakowanie strażnika więziennego. Dla ważącego 50 kg chłopaka, może oznaczać to kolejne lata wyroku.

Paradoksalnie władze za wszelką cenę próbują przypiąć wszystkim niepokornym łatkę nazistów. Dekret, oficjalnie zdejmujący odpowiedzialność za przemoc ze służb, zakazuje jednocześnie używania wszystkich symboli „używanych przez kolaborantów w trakcie wojny”.

W dniach obchodów 9 maja we wszystkich kanałach propagandy w prymitywny sposób próbowano utożsamiać biało-czerwono-białą flagę z kolaborantami nazistów.

Polacy won

W tym samym czasie białoruska prokuratura oświadczyła, że zamierza wszcząć dochodzenie w sprawie „ludobójstwa żołnierzy Armii Krajowej na Białorusinach”. Ofiarami tego dochodzenia już teraz stali się liderzy polskiej mniejszości w Białorusi. W ubiegłym tygodniu reżim miał oferować im wolność za wyjazd z kraju. Potwierdzili to przedstawiciele Andżeliki Borys i Andrzeja Poczobuta, ale podobne propozycje otrzymali podobno wszyscy osadzeni w Białorusi Polacy.

Ciągłą presję psychologiczną na więźniów dobrze obrazuje przykład Kaciaryny Barysewicz, dziennikarki TUT.BY, która 19 maja wyszła z więzienia po pół roku. Przez ostatni tydzień odbywania kary kobieta była codziennie przewożona do innej placówki. Transfery odbywały się bez informowania jej bliskich.

Radio Svaboda donosi o śmierci jednego z więźniów politycznych Witolda Aszuraka, w kolonii karnej niedaleko Mohilewa. Jego bliscy mieli nie otrzymywać od niego korespondencji już od jakiegoś czasu, ale okoliczności jego śmierci są na razie nieznane. W jednym z ostatnich listów do bliskich podkreślał, że „więźniowie polityczni muszą nosić naszywki w charakterystycznym, żółtym kolorze”.

Jak podkreśla politolog Waler Karbalewicz, białoruskie władze nie tylko przyzwalają i podjudzają dzisiaj do przemocy wobec obywateli, ale wręcz tworzą z niej kult. Na organizowanych przez lokalne władze festynach dzieci zapędza się na spotkania z OMON-owcami i proponuje się im potrzymanie ich pałek i tarcz.

Porwanie samolotu rejsowego z pasażerami na pokładzie samo w sobie jest właściwie aktem terrorystycznym.

W Białorusi rządzonej przez tę odartą już z wszelkich pozorów wersję Łukaszenki nie ma miejsca na przejawy wolności słowa - od niezależnych mediów, przez zakładanie biało-czerwono-białych skarpetek, po memy, które próbują znaleźć powody do śmiechu przez łzy.

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne