Czy Emmanuel Macron będzie mógł zmieniać Francję i Europę, jeśli zostanie prezydentem? Sprawy Francji zależą od bardzo niepewnych wyborów parlamentarnych w czerwcu, a Europy - od kompromisów z Berlinem. A rychłe sankcje na Polskę, to raczej puste zapowiedzi Macrona

Emmanuel Macron jest faworytem II tury wyborów, która odbędzie się w tę niedzielę 7 maja 2017. Najnowszy sondaż ośrodka Ifop daje mu 59 proc. głosów, a Marine Le Pen – 41 proc. głosów. Przewidywana frekwencja to 72 proc.

Kandydatka Frontu Narodowego zaczęła coraz mocniej rozwadniać swoje postulaty dotyczące szybkiego wyjścia z eurolandu i UE, bo chce przed II turą rozszerzyć bazę wyborczą. Aż 70 proc. Francuzów nie chce bowiem wyjścia ze strefy euro. A wedle kwietniowego Eurobarometru 53 proc. z nich uważa, że obecność w Unii jest dobra dla Francji, tylko 14 proc. – że zła, a reszta nie wie albo się waha (średnia unijna to 57 proc. do 14 proc., a w Polsce 71 proc. do 5 proc.). Jednak przeciwnicy Le Pen zabiegają, by jej – zapewne tylko doraźne – rozmiękczanie linii wobec UE nie zwiodło wyborców. W ten punkt uderza sam Macron.

„Wszyscy znacie przyjaciół i sojuszników pani Le Pen. To reżimy panów Orbána, Kaczyńskiego i Putina. To nie są zwolennicy otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamią wiele swobód demokratycznych, a więc łamią zasady demokracji” – powiedział Macron podczas poniedziałkowego wiecu w Paryżu (1 maja).

Już kolejny raz wykorzystał negatywny przykład Polski dla podkreślenia swej europejskości oraz kontrastu ze skrajnie prawicową Le Pen. To, że Macronowi tak łatwo przychodzi – przecież bardzo wyolbrzymione – porównywanie „reżimu Kaczyńskiego” do „reżimu Putina” tylko dowodzi, jak bardzo popsutą reputację w Unii mają PiS-owskie władze Polski.

Unia rządzi w kampanii

Mocne pozytywne przesłanie Macrona w sprawach UE sprawiło, że Unia stała jednym z głównych wątków francuskiej kampanii. Dlatego przed I turą także inni kandydaci zostali przymuszeni do tematyki, na której – jak sądzono do niedawna we Francji – trudno jest zdobywać głosy, a  zatem będąc zwolennikiem Unii przed wyborami należy ją omijać.

Tym razem stało się inaczej i prounijną kampanię poprowadził Benoit Hamon, kandydat Partii Socjalistycznej (skończył z fatalnym wynikiem 6 proc.). A także François Fillon (20 proc.) z partii Republikanie, choć – po gaullistowsku – mówił o Unii opartej bardziej na współpracy międzyrządowej, niż na brukselskich instytucjach wspólnotowych.

Skąd taka proeuropejska odwaga Macrona? Prounijne poglądy nie są żadnym ewenementem we francuskich elitach, do których niespełna 40-letni Macron należy od dobrych paru lat. Jednak za decyzją, by z Europy uczynić kluczowy punkt programu, stało prócz poglądów chyba też poszukiwanie sposobu, jak przełamać – wydawałoby się zabetonowany – układ polityczny, w którym liczących się kandydatów mainstreamowych wystawiała tylko Partia Socjalistyczna i centroprawicowi Republikanie.

Ponadto Macron w przeciwieństwie do wielu francuskich polityków nie przeszedł żmudnej drogi od wyborów lokalnych, przez regionalne wzwyż do Paryża. Paradoksalnie, brak takiego doświadczenia mógł pomóc świeżym pomysłom na wybory.

Skąd się wziął Macron

Droga wychowanego w lekarskiej rodzinie Macrona ku francuskim elitom prowadziła przez ich najsłynniejszą kuźnię – paryską uczelnię Ecole Nationale d’Administration (ENA). Ale studiował też filozofię i pomagał wybitnemu filozofowi Paulowi Ricoeurowi w wydaniu książki „La Mémoire, l’Histoire, l’Oubli” (głównie w bibliografii i przypisach).

W czasach studenckich poznał się z byłym socjalistycznym premierem Michelem Rocardem o centrowych poglądach gospodarczych. Po ENA poszedł utartą ścieżką wielu jej wychowanków – na zdobywanie szlifów we francuskim odpowiedniku NIK. Jednak potem nie zdecydował się na wejście do polityki, lecz przy pomocy jednego z absolwentów ENA zatrudnił się w banku inwestycyjnym Rothschild.

Macron nie miał bankowego doświadczenia, ale w sukcesie pomogła mu pracowitość i mnóstwo dobrych kontaktów wyniesionych ze studiów i pracy w NIK, kiedy poznał bliżej m.in. szefa koncernu Nestle. W Rothschildzie zarobił 2,9 mln euro za pomoc w przeprowadzeniu zakupu części biznesu Pfizera przez koncern Nestle w 2012 roku.

W tym samym czasie ochotniczo pomagał w prezydenckiej kampanii François Hollande’a. Tuż potem prezydent zatrudnił go jako zastępcę szefa swojej kancelarii i regularnie oddelegowywał do uspokajania ludzi biznesu przestraszonych m.in. zapowiedziami wprowadzenia podatkowej stawki 75 proc. od najwyższych dochodów. Macron popychał szefa do łagodzenia najmocniej lewicowych pomysłów. Ponoć nawet ostrzegał przed zamienieniem Francji w „Kubę, ale bez słońca”.

Pierwsza teka ministerialna

Gdy Macron latem 2014 roku powiedział Hollande’owi, że chce wrócić do biznesu, ten zaproponował mu ministerstwo gospodarki. „Poparłbym pańską ustawę, ale nie mogę, bo jestem w opozycji” – mieli mu powtarzać – jeden po drugim – centroprawicowi deputowani. Z kolei wielu socjalistów oskarżało Macrona, że jako minister ich rządu zdradza ideały lewicy m.in. w swych planach reformy prawa pracy.

Hollande okrawał jego projekty reform z co ambitniejszych elementów, aż latem 2015 roku sfrustrowany Macron podał się do dymisji. Przed rokiem założył własny ruch polityczny „En Marche!”, a jednym z jego głównych doradców ekonomicznych został Jean Pisani-Ferry – założyciel i pierwszy szef prestiżowego brukselskiego think-tanku Bruegel.

Prezydent bez zaplecza

Jeśli Macron zostanie prezydentem, jego pierwszym i bardzo trudnym zadaniem będą czerwcowe wybory parlamentarne. To, że w nich też są dwie tury, dotąd radykalnie zaniżało reprezentację Frontu Narodowego Marine Le Pen (przed II turą przeciw Frontowi często sprzymierzały się partie głównego nurtu). I tak chyba będzie tym razem.

Najsprawniejszą maszynerię wyborczą w terenie mają Partia Socjalistyczna i centrowi Republikanie, ale dopiero okaże się, jak klapa ich kandydatów na prezydenta (nie weszli do II tury) wpłynie na morale ich tradycyjnych wyborców.

Nowicjusz – partia „En Marche!” Macrona – zapowiada, że połowę jego kandydatów będą stanowić kobiety i co najmniej połowę – ludzie, którzy wcześniej nie zasiadali w parlamencie. „En Marche!” czyni z tego swój atut, ale po prawdzie brakowałoby mu doświadczonych posłów do obsadzenia wszystkich okręgów.

Mało kto we Francji ma teraz odwagę prognozować, czy i jaką proprezydencką większość  udałoby się skleić Macronowi w Zgromadzeniu Narodowym. I znaleźć dla niej premiera.

Niektórzy doradcy Macrona liczą, że nawet mniejszościowemu gabinetowi opartemu na „En Marche!” udałoby się jakoś rządzić.

Pomysły Macrona na reformy UE dotyczą głównie zacieśniania integracji strefy euro (m.in. dopełnienie unii bankowej, wspólne instrumenty dłużne i władza budżetowa, eurobudżet) w sposób bliski postulatom wielu polityków centrolewicy i centroprawicy. To w dużej mierze idee podnoszone już przez prezydentów Nicolasa Sarkozy’ego oraz François Hollande.

Dla nich w tych kwestiach kłopotem znacznie większym od utrzymania zaplecza politycznego we Francji były silne opory ze strony Berlina.

Czy Berlin się zgodzi na pogłębienie integracji

Napięcie między postulatami większej solidarności finansowej w eurolandzie (to postulat Francji), a trudnymi reformami strukturalnymi i dyscypliną finansową (to postulat Niemiec), wisi od sześciu-siedmiu nad wszystkimi poważniejszymi debatami o pogłębianiu integracji strefy euro.

Macron, jeszcze jako minister gospodarki, nazywał obustronne ustępstwa i francusko-niemiecki kompromis w tej sprawie Europejskim Nowym Dealem.

I od niemieckich chadeków, i socjaldemokratów dochodzą sygnały, że Niemcy po swych wrześniowych wyborach będą gotowe do nowych kompromisów w eurolandzie. Ale tu wraca problem wyborów parlamentarnych we Francji, bo prezydent Macron do wywiązania się ze swych zobowiązań wobec eurolandu (reformy strukturalne), potrzebowałby stabilnego rządu, a nie kohabitacji z nieswoim premierem. W kampanii prezydenckiej zapowiedział m.in. likwidację 120 tys. etatów w sektorze publicznym w ciągu pięciu lat.

Co z tą Polską

Macron w niedawnym wywiadzie dla dziennika „Voix du Nord” przestrzegł przed unijnymi sankcjami wobec Polski, ale – niestety –

pomieszał krytykę łamania praworządności przez PiS z protekcjonistyczną demagogią, choć zwalcza ją przy innych okazjach.

W kontekście zapowiedzianego przenoszenia fabryki Whirpoola z Amiens do Łodzi de facto oskarżył Polskę o dumping socjalny (nieuczciwą konkurencję przez zbijanie kosztów pracy).

„W sprawie Whirlpool w ciągu trzech miesięcy po moim wyborze zostanie decyzja w sprawie Polski (…).

Nie możemy tolerować kraju, który rozgrywa różnice kosztów podatkowych, społecznych w ramach Unii Europejskiej, której wszelkie pryncypia narusza. A tam jest istota odpowiedzi, jeśli chcemy regulować globalizację. Nie utrzymam dyrektywy o pracownikach delegowanych, jeśli nie będzie harmonizacji socjalnej”

– ta jego wypowiedź cytowana jest przez wszystkie media w Europie i Polsce.

Pracownicy delegowani to dumping?

Szkopuł w tym, że nielubiani we Francji pracownicy delegowani (czasowo wysyłani np. z Polski do Francji płacą m.in. składki ZUS w Polsce, co obniża ceny usług dla francuskich zleceniodawców) nie mają nic wspólnego z Whirlpoolem.

Teraz w sprawie przepisów o delegowanych toczą się batalie w Radzie UE i Parlamencie Europejskim, w których Belgia i Francja są największymi antagonistami Polski i innych krajów z naszej części Unii. Jednak prawo pracy w Polsce czy nawet specjalna strefa ekonomiczna w Łodzi, a to dotyczy Whirpoola, są całkowicie zgodne z zasadami konkurencji w UE.

Sankcje wobec Polski

Ale w tym samym wywiadzie Macron nawiązał do łamania standardów praworządności i liberalnej demokracji.

„Chcę, by przypadkowi Polski przyjrzano się w sposób całościowy. I żeby za nierespektowanie praw i wartości UE wprowadzono sankcje. Traktaty to przewidują. Nie możemy mieć takiej Europy (…), gdzie państwa członkowskie zachowują się, jak Polska i Węgry, w kwestiach dotyczących uniwersytetu, uchodźców, wartości podstawowych, a my postanawiamy nic z tym nie robić”

– powiedział. Przypomnijmy, że w marcowym wywiadzie dla niemieckiego „ Der Spiegel” narzekał: „Przyglądamy się, jak Węgry i Polska nie przejmują się wartościami europejskimi. I nic z tym nie robimy. Wzajemna niezdolność, by zaproponować naszym obywatelom coś ambitnego w kwestii UE, wypala europejskie marzenie”.

Polska w sprawie „podstawowych wartości” (a konkretnie w kwestii przejęcia przez władzę PiS kontroli nad Trybunałem Konstytucyjnym) jest już objęta postępowaniem Komisji Europejskiej na rzecz praworządności, które wszczęto w styczniu 2016 roku.

Na prośbę KE w połowie maja o Polsce będą rozmawiać unijni ministrowie ds. europejskich w Radzie UE, ale poza formalnymi ramami dyscyplinującego artykułu 7. z traktatu o UE teoretycznie grożącego sankcjami.

Do tych sankcji wobec Polski trzeba by – obecnie nieosiągalnej – jednomyślności reszty krajów Unii. Niemcy już ostatniej jesieni zaczęły – za pośrednictwem dyplomatycznych sygnałów – naciskać na hamulec w sprawie artykułu 7., bo w sprawie Polski teraz stawiają na próby nieantagonizowania i cierpliwe wyczekiwanie na lepsze.

Dlatego nie wydaje się, że Macron – po ewentualnych zwycięskich wyborach – zdołałby nakłonić Merkel do zmiany tej polityki wobec Polski. Niewykluczone, że nawet niespecjalnie by próbował, bo tak naprawdę w Unii zajmuje Macrona przede wszystkim jej „pierwsza prędkość”, czyli głębsza integracja krajów strefy euro. A Polska? To coraz dalej od strefy i coraz bardziej margines Unii Europejskiej.



Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!