Emmanuel Macron zapowiadał, że jego reformy ułatwią życie drobnym, ciężko pracującym kapitalistom, soli ziemi w gospodarce opartej na usługach i zracjonalizowanej produkcji rolnej. Teraz to właśnie oni tysiącami protestują

Zaczęło się od petycji. 16 października Priscilla Ludosky z departamentu Seine-et-Marne (sporej wielkości półkole zaraz na wschód od aglomeracji paryskiej) zwróciła się w ten sposób do ministra ds. solidarnej transformacji ekologicznej o „obniżenie cen paliw na stacjach benzynowych”, w szczególności ropy napędzającej silniki Diesla. Petycję na change.org podpisało do 25 października 225 tysięcy osób, a pod koniec listopada liczba podpisów dochodzi już do miliona (980 082 sygnatariuszy i licznik bije dalej). Media społecznościowe zawrzały, filmik na Facebooku opisujący na potrzeby prezydenta rzeczywistość pracy na farmie rolnej został obejrzany 4 miliony razy, w końcu pojawił się pomysł manifestacji w formie blokady drogowej.

Ruch zaczął się formować na Facebooku i Twitterze, wśród znajomych, oddolnie, lokalnie. Zwolennicy protestu rozpoznawali się na drogach po wsuniętych pod przednią szybę fluorescencyjnych kamizelkach, jakie kierowcy wkładają, gdy muszą np. zmienić koło na poboczu. Kamizelki (gilets jaunes) zaczęły się spotykać na parkingach, w halach, przy dworcach – co upewniało służby i rządzących, że mają „niewielkie zaplecze organizacyjne”.

Zupełnie inny protest

Jednak Kamizelki zaskoczyły wszystkich. O ile z początku ruch miał blokować jedną tylko obwodnicę Paryża, to odzew był tak duży, że w sobotę 17 listopada 2018 blokady pojawiły się w całym kraju. Wedle wyliczeń Ministerstwa Spraw Wewnętrznych łącznie wzięło w nich udział 282 710 osób. Drugi akt protestów, w sobotę 24 listopada, skupił się na Paryżu, choć podtrzymano wiele blokad lokalnych – może dlatego liczba manifestujących spadła do „zaledwie” 106 301 osób (według francuskiego MSW). Osiem tysięcy protestujących zjechało do Paryża. Demonstracja nie została formalnie zarejestrowana, więc rząd uprzedzająco zamknął przed manifestantami Pola Elizejskie i plac Etoile (gigantyczne rondo, w którego centrum stoi Łuk Triumfalny).

Żółte Kamizelki nie miały ochoty podporządkować się widzimisię Macrona i ministra spraw wewnętrznych, Christophe’a Castanera. Wysoki bilans ofiar (24 rannych, w tym 5 policjantów) był to koszt prób przedarcia się na zagrodzone ulice.

Opór tylko rozochocił protestujących, płonęły naprędce sklecone barykady na dojazdach do Pól Elizejskich i samochody, w kilku sklepach stłuczono szyby. Policja odpowiedziała armatkami wodnymi i gazem łzawiącym. Aresztowano 160 osób, z czego 69 w Paryżu.

W całym kraju bilans aresztów dochodzi do tysiąca. Blokady – ustawiane na węzłach komunikacyjnych i na dojazdach do centrów handlowych – kosztowały życie dwie osoby.

Mobilizacja się powiodła, ale pociągnęła za sobą spore koszty. Żółte Kamizelki znalazły się pod ostrzałem współobywateli, którzy skarżą się na blokowanie dojazdów do pracy, a przywódcy blokad dostają pogróżki od sieci handlowych, takich jak popularny na północy Francji E. Leclerc, którym blokady mocno uderzają po utargu. Departament Północny alarmuje, że zniszczenia infrastruktury drogowej dochodzą do pół miliona euro.

Partia Emmanuela Macrona – La République En Marche – zdaje sobie jednak sprawę, że Żółte Kamizelki to zupełnie inny protest niż tradycyjne manifestacje związkowe, co „wliczali w koszta reform”. Traktują więc protestujących łagodnie, a paryscy policjanci otrzymali rozkazy, by raczej pozwolić na zniszczenia materialne, niż dopuszczać się agresji fizycznej. To spory kontrast wobec dość brutalnego traktowania manifestujących związkowców i otwartej agresji w przypadku kolorowej młodzieży z przedmieść. Francuskie przepisy nie pozwalają na różnicowanie rejestrów ze względu na pochodzenie etniczne, ale na zdjęciach z demonstracji widać wyraźnie, że przytłaczająca większość Kamizelek to biali rdzenni Francuzi. Z całą pewnością tak odmienne traktowanie manifestujących stanie się w przyszłości kością niezgody.

Mieszczanie wypchnięci za miasta

Żółte Kamizelki w większości rekrutują się spośród prowincjonalnego drobnomieszczaństwa, drobnych przedsiębiorców i farmerów. Podwyżki cen benzyny i ropy (których część to rosnąca akcyza ekologiczna, ale inny aspekt to wzrost cen surowców czy kosztów dystrybucji) to wierzchołek góry lodowej. Emmanuel Macron zapowiadał, że jego reformy ułatwią życie właśnie im – drobnym, ciężko pracującym kapitalistom, soli ziemi w gospodarce opartej na usługach i zracjonalizowanej produkcji rolnej.

Seria kiepskich odpowiedzi rządu na kryzys, deregulacja, majstrowanie przy świadczeniach, reformy podatków i składek społecznych doprowadziły do tego, że dochody gospodarstw domowych spadają.

Średnio gospodarstwo domowe we Francji dysponuje dziś siłą nabywczą niższą o 440 euro rocznie od tej z 2008 roku.

Pensje i cenniki usług w najlepszym razie stoją w miejscu, a koszty życia i prowadzenia interesu rosną. Do tego dochodzi gentryfikacja w wielkich miastach. Nowoczesne zarządzanie pozwoliło na znaczne zwiększenie komfortu życia. Transport publiczny jest tak dobry, że większość paryżan niespecjalnie zauważyła pierwszą rundę protestów, a odchodzenie od Diesla w stronę silników elektrycznych oczyściło stolicę Francji ze spalin i hałasów. Jednocześnie radykalnie wzrosły ceny nieruchomości i czynszów.

Dziś paryskie mieszczaństwo coraz częściej pozostawia centrum miasta inwestorom i oligarchom z zagranicy, samo wyprowadza się do niegdyś robotniczych, a dziś zastawianych apartamentowcami Saint-Denis, Saint-Ouen, Cergy czy Montreuil. Najemcy mieszkań w tych niegdyś tanich miejscowościach wyprowadzają się coraz dalej od Paryża, w którym często mają pracę i życie towarzyskie, a wszyscy coraz bardziej uzależnieni są od samochodów. Tymczasem warto pamiętać, że rosnące ceny paliwa to rosnące ceny wszystkiego i jeszcze niedawno spokojnie żyjący ludzie dziś ledwo spinają koniec z końcem.

Macronowskie tanie państwo dla nich okazało się bardzo drogie.

Spora część Żółtych Kamizelek to ludzie, którzy uwierzyli Macronowi, że demontaż związkowej hegemonii przyhamuje ten proces. Teraz mówią, że po raz kolejny „dali się nabrać elitom”. Ale choć sympatia do prezydenta-reformisty spada, tylko niewielka część chce jego odejścia i właśnie to wysuwa przede wszystkim na sztandary. Rozproszenie i słaba organizacja ruchu generują zresztą spory chaos.

Kilka dni temu na „oficjalnej” stronie Gilets Jaunes na Facebooku pojawiło się wezwanie do trzeciego aktu protestów pod sztandarami obalenia Macrona. Natychmiast zdementował to Benjamin Cauchy, rozpoznawany jako rzecznik Kamizelek w regionie Tuluzy: „Jestem w kontakcie z pozostałymi inicjatorami ruchu. Oficjalnie odcinamy się od tego apelu. Postanowimy, co robić, w zależności od tego, co prezydent zadeklaruje we wtorek [27 listopada]. Na chwilę obecną nie ma czegoś takiego, jak trzeci akt Żółtych Kamizelek”. Cauchy nazwał apel manipulacją i odciął się od administratorów strony. Problem w tym, że reakcja na wezwanie do manifestowania 1 grudnia już jest spora, a tryb działania Kamizelek – ukrywanie położenia planowanych blokad do ostatniej chwili, nierejestrowanie zgromadzeń ze względu na „nieufność wobec władzy” – uniemożliwia skuteczną koordynację i właściwie gwarantuje chaos.

Macron Francuzów nie pogodził

Jedno wiadomo na pewno. Emmanuel Macron ma ogromny problem, który w dużej mierze sam wykreował – oprócz pogorszenia się sytuacji drobnej klasy średniej problemem będzie flagowa dla jego rządu transformacja ekologiczna.

Dla Żółtych Kamizelek to właśnie ekopodatki są głównym źródłem ich mizerii,

a ekonomiczna presja na wymianę wcześniej atrakcyjnych samochodów dieslowskich to może najbardziej gorzka pigułka do przełknięcia. Skądinąd Maron wspierał diesle, kiedy jeszcze był ministrem w rządzie Hollande’a, co gorzko wypominają protestujący.

Tymczasem dla elektoratu wielkomiejskiego i wyższej klasy średniej, podobnie zresztą jak dla wielu związków zawodowych, transformacja ekologiczna jest najważniejszym zadaniem, przed którym stoi Francja (i zresztą cała Europa). Dla związków to kwestia ekonomiczna – transformacja wygeneruje nowe, stabilne miejsca pracy, a jeśli będzie centralnie zarządzana, związki, mimo reform, wciąż będą miały na nią jakiś wpływ. Ale dla wielu Francuzów i Francuzek podstawowe są katastrofalne wieści na temat stanu środowiska na całej planecie. Zmiany w stylu życia są wyraźne – u wszystkich, których na to stać – i ewentualne odejście od konsekwentnej polityki w tym obszarze spotka się z ogromnym oporem.

Macron jest więc między młotem a kowadłem. Prezydent już wie, że nie spełnił podstawowej obietnicy swojej kampanii zbudowanej na uwodzącej wizji znoszenia konfliktów i wychodzenia ponad partyjne i nie tylko podziały. Jak sam przyznał w zeszłą środę, 14 listopada 2018:

„nie udało mi się pogodzić ludu francuskiego z rządzącymi”.

Wygląda na to, że pozostałe trzy i pół roku jego kadencji będą burzliwe i naznaczone konfliktami.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym