Marihuana jest coraz powszechniej stosowana w leczeniu bólu, wspieraniu leczenia onkologicznego, łagodzeniu padaczki. W Polsce medyczna marihuana jest legalna od 2017 roku, ale pacjenci są spychani do szarej strefy: brakuje i leków, i poinformowanych lekarzy. „Ustawa jest jak klucz w drzwiach, tylko że ktoś zapomniał ściągnąć łańcuch”
Pisanie o medycznej marihuanie to chodzenie po polu minowym: wystawienie się na zarzuty ze strony tych, którzy twierdzą, że leczenie "ziołem" to działanie nieracjonalne, a nawet groźne w skutkach.
Za taką postawą stoi często narkofobia - przekonanie, że marihuana jest "narkotykiem", a narkotyk nie może leczyć, za to będzie uzależniający i szkodliwy.
Źródłem niechęci jest też wykluczanie marihuany jako czystej szarlatanerii medycznej, wrzucanie jej do jednego worka z podejrzanymi czy jednoznacznie szkodliwymi praktykami tzw. medycyny alternatywnej, ruchem antyszczepionkowców itp.
Jakie by nie było źródło tej niechęci, to utrudnia ona przyjęcie do wiadomości, że medyczna marihuana jest lekiem w wielu krajach legalnym i istnieją badania wskazujące na jej skuteczność w leczeniu spastyczności, jaskry, lekoopornej padaczki dziecięcej, a także łagodzeniu bólu i innych dolegliwości w stanach terminalnych.
Z drugiej strony, pisanie o medycznej marihuanie grozi rozbudzaniem nadmiernych nadziei i trzeba powtarzać, że żadnym razie nie należy nią zastępować sprawdzonych sposobów leczenia.
Tak czy inaczej, mamy w Polsce sytuację paradoksalną: za legalizacją leku nie poszła ani edukacja lekarzy i pacjentów, ani starania, by środek był dostępny w rozsądnej cenie, co musiałoby oznaczać produkcję w kraju (może np. na wzór Izraela, z zachowaniem kontroli państwa).
O zbliżającej się śmierci dziecka mówiono jej codziennie, od dawna, na różne sposoby. "Proszę pozwolić mu odejść", "Proszę się do tego nie przyzwyczajać, to i tak niedługo umrze". Maks miał 5 lat i kilkaset ataków padaczki dziennie. Nawet kiedy było z nim już tak źle, że wprowadzono go w śpiączkę, ataki nie ustały. Doszła jeszcze zakrzepica, zapalenie osierdzia, sepsa...
Był rok 2014. Nad łóżkiem syna Dorota podjęła desperacką próbę. O tym, że poda mu przez sondę wywar z marihuany, nie powiedziała nawet rodzinie. Tak zaczął się powrót do zdrowia Maksa (ma dziś 10 lat) i początek drogi marihuany do polskich pacjentów.
Ustawa dopuszczająca stosowanie medycznej marihuany została przyjęta w 2017 roku. Ale lekarze wciąż nie chcą o niej słyszeć lub boją się ją przepisać. Zepchnięci do szarej strefy pacjenci nie chcą nawet mówić o swoich dobrych lub złych doświadczeniach. Zamykamy się w kręgu niewiedzy, szara strefa kwitnie, a zagrożenia rosną. "Ustawa jest jak klucz w drzwiach, tylko że ktoś zapomniał ściągnąć łańcuch" - mówi Dorota Gudaniec.
Rozdźwięk między zastygłą świadomością lekarzy, a potrzebami i doświadczeniami pacjentów osłabia status medycyny konwencjonalnej dając szerokie pole do popisu ruchom radykalnego zwątpienia, takim jak antyszczepionkowcy.
Projekt ustawy o legalizacji medycznej marihuany złożony w lutym 2016 przez Piotra Liroya-Marca przez rok przechodził przez komisję.
Za ustawą zagłosowało jednak aż 440 posłów, przeciw było tylko dwoje: Zbigniew Ziobro i Beata Kempa.
"Legalizacja była przełomowa, ale szybko się okazało, że nie spełnia oczekiwań" - mówi Dorota Gudaniec, mama Maksa, współautorka ustawy i prezeska Fundacji Krok po Kroku. "Nasz projekt zakładał edukację, kontrolę jakości i pacjentów, monitoring efektów niepożądanych, dostępność różnych preparatów, możliwość prowadzenia przez instytuty państwowe upraw w Polsce..." - wylicza.
Niewiele z tego zostało. "Na każdym spotkaniu projekt tracił jakąś istotną część - został kadłubek". Z czym jest dziś problem? W relacji Gudaniec:
"Przychodząc do lekarza po receptę na medyczną marihuanę pacjent powinien ją dostać razem z zaleceniami jak stosować. Ale lekarzy, którzy coś o medycznej marihuanie wiedzą, jest według moich szacunków około 50 w całej Polsce" - mówi Gudaniec.
"Najczęściej usłyszysz: przykro mi, ja się tym nie zajmuje. Niestety jest też wielu lekarzy, którzy powiedzą: co pani sobie wyobraża, ktoś pani bzdur naopowiadał". Efekt? Terapia w tajemnicy i na własną rękę.
"Musicie zrozumieć, że bywamy sceptyczni" - mówił podczas konferencji "Medyczna marihuana w teorii i praktyce" jeden z uczestniczących lekarzy. "Chory i jego rodzina tracą rozum, zapłacą każdą cenę, uwierzą w każdy cudowny sposób".
"W kwestii leczniczej marihuany świat medyczny podzielił się na radykalnych empiryków, którzy każdy przypadek pacjenta traktują jako wystarczający dowód, i na tych, którzy odrzucają wszystko, co nie jest gruntownie udowodnione badaniami (evidence based)" - tłumaczy OKO.press dr Jerzy Jarosz, lekarz anestezjolog, założyciel pierwszego w Polsce punktu konsultacyjnego dla lekarzy i pacjentów zainteresowanych leczeniem marihuaną oraz dyrektor Centrum Naukowo-Dydaktycznego Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie.
"Problem w tym, że prawda leży pośrodku. Leczenie marihuaną to medycyna, której lekarze uczą się od swoich chorych. To, że w ogóle mamy wiedzę, którą możemy sprawdzać w badaniach zawdzięczamy krajom takim jak Kanada czy Australia, które zamiast wsadzać ludzi do więzienia, zbierały od nich informacje" - mówi dr Jarosz.
Aktualne badania, prowadzone także w Izraelu, gdzie państwo wspiera uprawy i leczenie marihuaną, wskazują, że kannabinoidy (substancje czynne zawarte w marihuanie):
"Niewystarczające" lub "umiarkowane" dowody - taki werdykt pojawia się często w opracowaniach naukowych i odstrasza lekarzy. "Konieczna jest większa liczba badań"- pisze w raporcie Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) i wymienia szereg innych dolegliwości, przy których łagodzeniu zdaniem pacjentów - pomogła im właśnie marihuana.
To właściwie problem ze stosowaniem medycznej marihuany w pigułce - badania nie nadążają za doświadczeniami pacjentów, którzy eksperymentują na własną rękę.
Zdaniem dr Jarosza badań jest zbyt mało z kilku powodów:
Ta wielka improwizacja może być groźna. Dlaczego? Niekoniecznie przez samą roślinę, która:
ALE:
Zagrożenie medyczną marihuaną płynie dziś głównie z niewiedzy i wielkich nadziei.
"Zdarzył nam się przypadek chorego na cukrzycę, który wpadł w śpiączkę, bo wierzył, że marihuana go uleczy i odstawił inne leki" - mówiła dr Miri Ognitz, anestezjolożka z Izraela, która opowiadała o 10 latach doświadczeń lekarzy w leczeniu marihuaną.
"Jedną z naszych głównych bolączek, jest obniżanie oczekiwań i rozbijanie mitów, które narosły wokół marihuany".
"Codziennie dostaję od pacjentów maile: mam raka, kupiłem olejek CBD, co teraz. A kannabinoidy nie są dziś lekiem na chorobę, tylko lekiem wspomagającym oraz lekiem jakości życia" - mówi dr Jarosz, który sam ma kilkunastoletnie doświadczenie w leczeniu chronicznego bólu u pacjentów.
Zdaniem Jarosza dużym zagrożeniem jest brak kontroli nad rynkiem. "Światowe zainteresowanie marihuaną, to niestety świetna kampania reklamowa, na której korzysta biznes". Podczas gdy certyfikowana medyczna marihuana grzęźnie w procesie dopuszczania na rynek, co wiąże lekarzom ręce, powstaje mnóstwo obchodzących prawo produktów spożywczych, które nie przechodzą rygorystycznych kontroli jak środki medyczne.
„Ilość psychoaktywnego THC jest często zaniżana albo brakuje informacji o składzie. W USA przebadano 84 tego typu produkcji i okazało się, że tylko 26 jest dobrze opisana pod kątem zawartości. W Polsce nikt tego nie bada” - tłumaczy dr Jarosz.
Pacjentom zainteresowanym medyczną marihuaną dr Jarosz zawsze zaleca konsultację z lekarzem. "Nie może być tak, że chorzy leczą się u handlarzy czy uzdrowicieli, bo boją się porozmawiać z lekarzem". Zdaniem Gudaniec, pacjenci na taką rozmowę często nie mają szans - lekarze traktują ich jak przestępców.
Ministerstwo zdrowia zamiast edukować i wspierać monitorowanie stosowania medycznej marihuany, szerzy dezinformację i narkofobię. A pacjenci radzą sobie z chorobą jak mogą - nielegalnie, a wiedzę zamiast od lekarzy czerpią często z wątpliwych źródeł.
Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).
Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).
Komentarze