Rząd lepiej burzy niż buduje, choć przez dwa lata ministrowie robili sobie zdjęcia z łopatą wbijaną na placu budowy. To jednak tylko tzw. pilotaż, w budowie jest ok. 2 tys. mieszkań. Zrodzona w bólach ustawa skończyła się wielką klapą. Co dalej? Potrzebujemy 3 milionów mieszkań, ale powstanie ich znacznie mniej. A czynsze będą sporo wyższe niż zapowiadano

Dla budownictwa mieszkaniowego w Polsce kryzys jest stanem normalnym. Według Eurostatu w 2015 roku prawie 44 proc. Polek i Polaków mieszkało w przeludnionych mieszkaniach. Poważną deprywacją mieszkaniową (przeludnione mieszkanie z cieknącym dachem, bez łazienki lub niedoświetlone) zagrożona jest jedna dziesiąta społeczeństwa. Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 roku takich mieszkań było w Polsce ponad 1,3 mln.

Nic dziwnego więc, że Program Mieszkanie plus – obok 500 plus sztandarowy program socjalny rządu – budził ogromne nadzieje. Dwa lata temu rząd zakładał, że w ramach tego programu w kilkanaście lat powstanie 3 mln mieszkań. Takie deklaracje słychać było jeszcze niedawno.

„Chcielibyśmy, by do 2030 roku powstało 3 miliony nowych mieszkań. W tej chwili rocznie budujemy 150 tys. mieszkań, a powinniśmy zapewnić budowę 220 tys” – tłumaczył w styczniu 2018 nowy minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński.

Ten rachunek nie zgadza się nie tylko na poziomie arytmetyki. Jest mało realistyczny także dlatego, że ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości, która miała być podstawą programu, po prostu nie działa.

„Państwo na pewno nie wybuduje tego miliona mieszkań, można to uznać za aksjomat” – mówił w lutym 2018 roku Mirosław Barszcz, prezes BGK Nieruchomości.

To jedna z wielu deklaracji, które sygnalizują koniec filozofii przyświecającej tworzeniu Krajowego Zasobu Nieruchomości. PiS chciał budować jednocześnie dużo, tanio i bez uszczerbku na budżecie państwa. Niemożliwa układanka właśnie się rozsypała.

Dwa lata przygotowań

„Program, który przygotował nasz rząd, jest realnym wsparciem dla polskich rodzin i tych wszystkich, którzy chcieliby myśleć o założeniu rodziny, ale nie stać ich na mieszkanie” – mówiła w czerwcu 2016 roku premier Beata Szydło. „To efekt wielomiesięcznej pracy”.

Ta wielomiesięczna praca miała jednak potrwać kolejne kilkanaście miesięcy. Ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości weszła w życie dopiero we wrześniu 2017 roku. Mieszkania miały być dostępne w dwóch formułach: zwykłego najmu oraz najmu z opcją dojścia do własności. Choć mieszkania miały być budowane i zarządzane przez deweloperów (tzw. operatorów mieszkań), KZN miał regulować wysokość czynszu. Ustawa wywołała duże kontrowersje, a nawet demonstrację w Warszawie. Chodziło o tzw. najem instytucjonalny umożliwiający eksmisję na bruk w przypadku trudności z płaceniem czynszu (TK stwierdził niedawno, że taka eksmisja jest niekonstytucyjna, bez względu na tryb postępowania; wniosek skierował RPO).

Według zapowiedzi ministerstwa, przetargi na konkretne inwestycje realizowane już w całości według zapisów ustawy miały zacząć się z początkiem 2018 roku. Nic takiego się jednak nie dzieje. Czym w takim razie chwali się rząd?

Wbijanie łopaty

Chodzi o tzw. pilotaż programu realizowany przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Mieszkania budowane są w nim na podstawie porozumień zawartych między spółką BGK Nieruchomości SA a samorządami i prywatnymi właścicielami nieruchomości. To właśnie z tych inwestycji pochodzą popularne wśród polityków PiS sesje z wbijaniem łopaty – w Białej Podlaskiej łopatę wbił sam prezes Kaczyński.

Wysokość czynszu i droga dojścia do własności jest tutaj ustalana w sposób nieregulowany ustawą, a więc za każdym razem mamy do czynienia z innymi warunkami. Czynsze? Nieco niższe od rynkowych, znacznie wyższe od zapowiadanych przez rząd.

I tak np. w Gdyni (łopatę wbił wiceminister Morawiecki) ministerstwo zapowiadało czynsze na poziomie od 8,5 zł (zwykły najem) do 12 zł za metr (najem z opcją dojścia do własności). Będzie 20 zł za metr (plus opłaty). Podobnie jest w Jarocinie, gdzie mieszkania zostaną oddane do użytku w kwietniu 2018. Koszt najmu 55-metrowego mieszkania miał wynieść 600 zł. miesięcznie – wyniesie jednak 1.300 zł. To stawka nie odbiegająca znacząco od rynkowej średniej w tamtej okolicy.

Chętnych na mieszkania i tak nie brakuje, ale w budowie jest ich niewiele – ok. 2 tys. Z wielkiego projektu „Mieszkanie plus” i ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości niewiele zostało. Dlaczego?

Starczy na cegły

Jeszcze w marcu 2017 roku Mirosław Barszcz z BGK nie tracił rezonu i twierdził, że budowa mieszkań za 2-2,5 tys. za metr kwadratowy jest jak najbardziej możliwa.

„Nie idziemy w wielka płytę, ale w Polsce naprawdę są dobre firmy, które produkują prefabrykaty i je eksportują za granicę” – tłumaczył.

Wieści, że nie wszystko idzie tak pięknie, jak pokazują to w TVP musiały dotrzeć też do prezesa Kaczyńskiego, który w lipcu 2017 zrugał ministra Andrzeja Adamczyka

„Tutaj są zgrzyty. To szło, ale w pewnym momencie się zatrzymało. Tu są błędy, tu są różne sprawy, które można, wydaje mi się, wyjaśnić tymi subiektywnymi przyczynami. To musi być zmienione” – powiedział Kaczyński w swoim niepowtarzalnym stylu.

Na niewiele się to jednak zdało. Ustawę o KZN przyjęto, a minister Adamczyk zdążył jeszcze dostać od Beaty Szydło 70 tys. zł nagrody (którymi najwyraźniej zapomniał pochwalić się w swoim oświadczeniu majątkowym), ale wkrótce odsunięto go od budownictwa. Krajowy Zasób Nieruchomości okazał się klapą („do tej pory tam kupiono sto monitorów, dwa ekspresy do kawy” – mówił w lutym 2018 prezes BGK Nieruchomości).

„Rząd mówi o budowie mieszkań na wynajem po 2,5 tys. zł za 1 m kw. W uproszczeniu to koszt samych cegieł – bez gruntu, uzbrojenia, parkingu, infrastruktury, podatku VAT. W Warszawie realny koszt budowy bez działki jest o co najmniej 1,5 tys. zł wyższy” – mówił „Wyborczej” Konrad Płochocki, dyrektor Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Rząd zorientował się, że z Mieszkania plus w tej formie, jaką zapowiadano nic nie wyjdzie – deweloperzy nie są nim zainteresowani, a bez nich sam nic nie zbuduje. Na usprawiedliwienie PiSu trzeba napisać, że publiczne projekty mieszkaniowe przez 30 lat miały w Polsce raczej marginalną skalę, więc wyzwanie było równie ogromne jak potrzeba publicznego budownictwa. Drożejące materiały budowlane i brak pracowników (szacuje się, że w branży brakuje nawet 150 tys. rąk do pracy) ostatecznie pogrzebały projekt. Z zapowiedzi polityków PiS wynika, że BGK będzie z grubsza robił to, co dotychczas w komercyjnym „pilotażu”. Zamiast regulowanych czynszów rząd planuje dopłaty dla mniej zamożnych lokatorów (ekonomiści są raczej zgodni, że to lepsze rozwiązanie), także w inwestycjach czysto komercyjnych. Specustawa mieszkaniowa ma ułatwić i przyspieszyć procedurę odrolnienia gruntów.

Sytuacja wyjściowa

Skala planowanych inwestycji nie robi już takiego wrażenia.

„My, BGK Nieruchomości, w ciągu najbliższych 12 lat, będziemy mogli dużym wysiłkiem sfinansować zbudowanie 200, może 250 tysięcy mieszkań. Natomiast to co robimy jest po to, by przetrzeć szlaki, pokazać prywatnym inwestorom, że tu jest biznes, że można na tym zarobić pieniądze” – mówił prezes Barszcz w TOK FM.

Jedno co z pewnością pozostanie po KZN to „najem instytucjonalny”. W tym nowym odchudzonym i komercyjnym mieszkaniu plus lokatorzy także będą mogli być wyrzuceni na bruk, czy – jak to określił prezes Barszcz – „w najgorszym razie po prostu wrócą do sytuacji wyjściowej”.

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o pracy, podatkach i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym