0:00
18 czerwca 2021

Czech z wioski Uhelna o Turowie: "45 mln euro od Polski? To nie uratuje naszej wioski"

"Obawiam się, że oba rządy zawrą takie porozumienie, które dobrze będzie wyglądać tylko na papierze" - mówi w rozmowie z OKO.press Milan Starec, mieszkaniec Uhelnej, czeskiej wioski obok kopalni Turów.

Wydrukuj

W Pradze ruszyły negocjacje polskiej delegacji z czeskim rządem w sprawie kopalni Turów, za którą nasi sąsiedzi pozwali nas do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Polskę reprezentują minister aktywów państwowych Jacek Sasin, minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau, minister spraw UE Konrad Szymański i minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka.

Czesi już przygotowali projekt umowy w sprawie Turowa. Jej treści nie podano, ale według wcześniejszych zapowiedzi znalazły się w niej m.in.: zwrot wydatków na budowę nowych źródeł wody pitnej, budowa specjalnego ekranu, który ma ograniczyć odpływ wód podziemnych oraz budowa wodociągów.

Do TSUE trafił też wniosek dotyczący 5 mln euro kary dla Polski za każdy dzień działania kopalni od dnia wydania decyzji o zastosowaniu środka tymczasowego. W przypadku tej sprawy, środkiem tym ma być natychmiastowe zawieszenie działania odkrywki.

Mieszkańcy przygranicznych wiosek są niezadowoleni z propozycji rządu w Pradze. Napisali nawet list otwarty, w którym wzywają do bardziej zdecydowanych kroków niż wymuszenie na Polsce pieniędzy na przygraniczne inwestycje.

"Z każdym dniem do naszych domów zbliżają się koparki i pogłębiają się negatywne skutki wydobycia. Dotykają one przede wszystkim nas, mieszkańców przygranicznych wiosek, ale także tysięcy innych ludzi żyjących w regionie libereckim. Ostatnie badanie Czeskiej Służby Geologicznej wykazało, że ilość wody uciekającej z terytorium Czech stale rośnie, w zeszłym roku poziom wód gruntowych spadł o niewiarygodne 8 metrów.

Jednocześnie mieszkańcy sąsiednich Václavic już odczuwają brak wody w studniach, a w niektórych miesiącach w roku nie mają nawet jej w ogóle" - czytamy w liście.

Jego autorzy - sześciu mieszkańców i mieszkanek miejscowości po czeskiej stronie granicy - uważają, że wycofanie się z powództwa na podstawie proponowanej umowy byłoby błędem. "Dopóki górnictwo zbliża się do naszych domów, istnieje zagrożenie utraty wody" - piszą.

O Turowie rozmawiamy z Milanem Starcem, jednym z sygnatariuszy listu i mieszkańcem Uhelnej - przygranicznej wioski, z której widać kopalnię i elektrownię Turów.

Katarzyna Kojzar, OKO.press: Jak mieszka się w sąsiedztwie kopalni Turów?

Milan Starec: Codziennie w drodze z pracy do domu widzę odkrywkę i pracujące w niej maszyny. Nie jest to przyjemny widok, ale to nie najważniejszy problem. To tylko symbol tego, co wiąże się z sąsiedztwem kopalni.

Nie tylko codziennie ją widzę, ale także słyszę. Wydobycie zbliża się do granicy i im bliżej naszej wioski prowadzone jest wydobycie, tym wyraźniej słychać hałas dochodzący z Turowa. Jest o wiele głośniej niż kiedyś.

Zainstalowałem w komórce aplikację do mierzenia hałasu, jak słyszę dźwięki kopalni, sprawdzam, czy nie przekraczają legalnych poziomów. Pomiar pokazuje nawet 40 decybeli. Odkrywka jest 400 metrów od granicy - nawet nie chcę myśleć, jak głośno będzie, kiedy wydobycie jeszcze bardziej się do nas zbliży.

Do tego dochodzą problemy z wodą.

Tak, to jest największy problem, o którym wszyscy mówią. W Uhelnej jest trochę inna sytuacja niż w innych wioskach. Nie mamy studni przy każdym domu, tylko jedno ujęcie wody zaraz obok wioski, do którego są podłączone rury.

Jak przeprowadziłem się do Uhelnej, byłem pewien, że ten system daje bezpieczeństwo i że nigdy nie zabraknie nam wody. Ale to nieprawda. Poziom wody w naszym ujęciu spada, z roku na rok jest jej coraz mniej. Alternatywy brakuje, nie możemy się podłączyć do innego ujęcia, a budowa nowego zajmie lata. Są takie plany, ale dopiero w powijakach - nawet nie powstał jeszcze ostateczny projekt.

Kiedy zauważyłeś, że w Uhelnej brakuje wody?

Temat pojawił się po raz pierwszy, kiedy PGE robiło dokumentację do wydania nowej koncesji. Wcześniej słyszeliśmy tylko, że czeska strona czeka na polskie badania dotyczące wpływu kopalni na środowisko. W końcu się doczekaliśmy – dokumentacja PGE powstała na rok przed planowaną datą wydania koncesji. To oznacza, że spółka dała sobie tylko rok na przeprowadzenie konsultacji i dokończenie formalności.

Zaczęliśmy sprawdzać z sąsiadami, bo nie robiłem tego sam, co się znalazło w tych raportach od PGE. Wyczytaliśmy, że nasze ujęcie wody jest zagrożone. Dowiedzieliśmy się tego od samego PGE!

Wtedy zrozumieliśmy, że coś trzeba zrobić, bo jedynym rozwiązaniem, jakie proponuje PGE, jest ekran przeciwfiltracyjny. Nasze służby geologiczne twierdzą, że to nie wystarczy, bo ekran będzie za płytki i za krótki. A jeśli on nie zadziała, źródło wody wyschnie i będziemy musieli się wyprowadzić. Jak do nas to dotarło, uznaliśmy, że musimy zrobić wszystko, żeby chronić to ujęcie w Uhelnej.

Były rozmowy ze stroną polską?

Były próby rozmów, ale ani polski rząd, ani PGE nie chcieli nas słuchać. Pamiętam publiczne konsultacje w Bogatyni, kiedy hetman kraju libereckiego Martin Puta dostał dwie minuty na wypowiedź.

Dwie minuty na opowiedzenie o ogromnym zagrożeniu dla przygranicznych wiosek i o kolejnych 25 latach mieszania przy kopalni!

To jest tak ogromny poziom arogancji ze strony PGE, że nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. PGE potraktowało tak nie tylko Czechów, ale też mieszkańców Opolna Zdroju, które ma zostać wysiedlone, gdy odkrywka będzie sięgać po dalsze złoża. Po 2 minutach zabierano mikrofon i nie można było już więcej się wypowiadać.

A w końcu Turów dostał koncesję na sześć lat, bez konsultacji i bez oceny oddziaływania na środowisko.

Trudno było uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Polska jest częścią UE, więc obowiązuje ją unijne prawo. Ale rządzący to zignorowali, jak zauważyli, że w 12 miesięcy nie zdążą przygotować wszystkich formalności potrzebnych dla nowej koncesji, to wydali sobie po prostu zastępczą, sześcioletnią. Tak po prostu, ignorując zupełnie przepisy UE.

Myślę, że to był największy błąd, jaki popełniła polska strona. Potem okazało się, że to jeszcze nie koniec i już po złożeniu czeskiej skargi do TSUE, Polska wydała nową koncesję, do 2044 roku.

Teraz kiedy sprawa już trafiła do TSUE i kiedy Polsce grożą milionowe kary, sprawa Turowa stała się bardzo głośna. Jeszcze półtora roku temu mało kto o problemach związanych z kopalnią mówił i pisał. To, że wszystkie oczy są nagle zwrócone w waszą stroną, daje ci nadzieję, że wreszcie uda się rozwiązać ten problem?

Daje nadzieję. Problem z Turowem stał się wreszcie publiczną sprawą, o co zabiegaliśmy. Ale do tego dochodzi presja, którą czuje czeski rząd, bo przecież pozwaliśmy naszych sąsiadów do TSUE. Chcemy, żeby powstało porozumienie, które rozwiąże sprawę.

Obawiam się jednak, że oba rządy zawrą takie porozumienie, które dobrze będzie wyglądać tylko na papierze. 45 mln euro od Polski na inwestycje? Ok, ale to wciąż nie uratuje naszej wioski, która będzie wysychać, nawet jeśli Polska zapłaciłaby 100 milionów euro.

Nie znamy treści proponowanej przez Czechy umowy, ale wiadomo już, że rząd będzie domagał się od Polski wkładu finansowego do inwestycji po czeskiej strony, budowy wodociągów i ujęć wody. To nie wystarczy?

Jeśli popatrzymy na to z ekonomicznego punktu widzenia: to wystarczy. Oczywiście. 45-50 mln euro na inwestycje to nie jest kwota wzięta z nieba. Już wcześniej została dokładnie wyliczona, region liberecki w zeszłym roku próbował przedstawić podobne rozwiązania i zawrzeć z Polską umowę.

Władze regionu poprosiły dwóch czeskich dostawców wody, żeby oszacowali, ile budowa wodociągów i nowych ujęć, które zabezpieczą przygraniczne wioski, będzie kosztować. Podali właśnie tę kwotę, dlatego wierzę, że ona wystarczy.

Ale to nie rozwiązuje problemu. Po pierwsze: zanim te wszystkie inwestycje powstaną, miną lata. Lata, kiedy kopalnia będzie działać i dalej odciągać wodę z Czech. Po drugie: co z wodą powierzchniową?

Nowe wodociągi nie przywrócą wody do jezior czy stawów. Dlatego TSUE zdecydowało o natychmiastowym zawieszeniu działania kopalni. Żeby zatrzymać ten proces i uchronić przed dalszym odpływem wody. Jakaś umowa musi być zawarta, bo tego konfliktu nie da się ciągnąć w nieskończoność. Ale nie może zamiatać problemu wody pod dywan.

Co powinna w takim zawierać?

PGE powinno udowodnić, że ekran zadziała. Można to łatwo sprawdzić, bo czeskie służby geologiczne wytyczyły punkty, gdzie sprawdza się poziom wody. Kiedy ekran powstanie i będzie lepszy niż zapowiadano, będziemy mogli sprawdzić w wyznaczonych punktach, czy poziom wody rośnie, czy spada.

Jeśli będzie rosnąć, to znaczy, że ekran zadziałał. Dopóki on nie powstanie i nie będziemy mieli dowodu na to, że działa, wydobycie nie powinno się zbliżać do czeskiej granicy. W ogóle, moim zdaniem, powinno zostać zawieszone. Jak PGE udowodni, że ekran spełnia swoją funkcję, będzie można wydobywać dalej, bez szkody dla Czechów.

Nie uważasz, że najlepsze byłoby jednak ogłoszenie daty odejścia od węgla i ostatecznego zamknięcia kopalni?

Jakbym był egoistą, powiedziałbym: przestańcie wydobywać jutro. Ale z tego żyją ludzie, Bogatynia zależy od węgla. Nie chcemy, żeby kopalnia została zamknięta na stałe, od razu, bez alternatywy dla pracowników.

To, czego naprawdę bym sobie życzył, to żeby ekran zbudowany przez PGE działał i żeby ogłosili likwidację kopalni w 2026 roku. Moim zdaniem mogą zapomnieć o 2044 roku, to niemożliwe, że odkrywka będzie działać tak długo.

Więc idealny scenariusz to likwidacja Turowa w 2026 roku, skorzystanie z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, stworzenie nowych miejsc pracy przy OZE i elektrowni wodnej, która mogłaby powstać w zalanej wodą odkrywce.

Jest szansa na zrobienie dużego kroku w przód, a na razie ponad 200 mln euro unijnej pomocy jest zamrożone. PGE blokuje mieszkańcom szansę na rozwój i nowe miejsca pracy.

Polscy politycy argumentują, że czeski rząd zainteresował się problemem Turowa, bo na jesieni są wybory parlamentarne. Premier Babiš przegrywa w sondażach, więc sprawą kopalni chce polepszyć swoje notowania.

Próbowaliśmy zainteresować stronę polską problemem Turowa od 2019 roku, więc taki argument nie ma większego sensu. Babiš powiedział otwarcie, że nie przejmuje się Turowem, przekazał całą sprawę ministerstwu środowiska. Tym bardziej więc nie wiem, jak rozwiązanie tego problemu miałoby mu pomóc podczas wyborów.

Gdyby polska strona chciała z nami rozmawiać, kiedy o to prosiliśmy, już od roku umowa międzynarodowa byłaby podpisana i nie trzeba by było wciągać w to TSUE. Do pozwu doprowadziła ignorancja polskich rządzących i nie zostawiła Czechom wyboru. Skarga do TSUE była ostatecznością, nikt tego nie chciał. Ale nie da się prowadzić debaty i negocjacji, kiedy do rozmowy jest gotowa tylko jedna strona.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne