„Dzisiaj to nie ja rekrutuję, ale to ja jestem rekrutowany jako pracodawca"; „To są łapanki” – tak sytuację w Polsce opisują sami pracodawcy w ostatnim raporcie SIP o cudzoziemcach na polskim rynku pracy. Polska ma niepowtarzalną okazję, żeby nie powtórzyć błędów Europy Zachodniej sprzed 40 lat i zaplanować sensowną politykę migracyjną i integracyjną

To przełomowy moment – Polska z kraju emigracji zaczyna być krajem imigracji. Na razie przeważająca większość cudzoziemców pracujących w Polsce to Ukraińcy, ale będziemy potrzebować też pracowników z innych krajów.

Teoretycznie to szansa, żeby nie powtórzyć błędów krajów Europy Zachodniej sprzed 40 lat, które ściągali imigrantów zarobkowych bez pomysłu na to, jak ich zintegrować ze społeczeństwem.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że popełnimy jeszcze gorsze błędy. Ani polskie społeczeństwo, ani administracja nie są gotowe na napływ pracowników z zagranicy, który jest niezbędny dla utrzymania tempa rozwoju polskiej gospodarki, ale także ze względu na starzejące się polskie społeczeństwo. Jak piszą autorzy raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej o cudzoziemcach na polskim rynku pracy, „Planując politykę migracyjną (…) musimy patrzeć na nią całościowo. Nie przyjeżdżają do nas bowiem pracownicy czy pracowniczki, tylko ludzie, którym należy zapewnić odpowiednie działania zwiększające integrację w polskim społeczeństwie i zachęcające do migracji osiedleńczych, do przyjazdów całymi rodzinami”.

2 miliony migrantów ekonomicznych

Jak podaje Ministerstwo Pracy, w 2017 roku polskie urzędy pracy wydały 235 tys. pozwoleń na pracę dla cudzoziemców oraz zarejestrowały 1,8 mln tzw. oświadczeń pracodawców „o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi”. 85 proc. pozwoleń na pracę i 95 proc. oświadczeń dotyczyło Ukraińców, których zatrudnia już 10 proc. polskich pracodawców. Pozostali cudzoziemcy pracujący w Polsce to obywatele Białorusi, Mołdawii, Indii, Nepalu, Turcji, Armenii, Chin i Wietnamu. Obsługują nas w kawiarniach, dostarczają paczki i jedzenie, sprzątają w hotelach. Ale nie tylko – coraz częściej pracują jako menedżerowie i inżynierzy. Coraz rzadziej sadzą i zbierają owoce i warzywa. Tomasz Cytrynowicz,

dyrektor biura szefa Urzędu ds. Cudzoziemców z rozbrajającą szczerością przyznał podczas niedawnej konferencji na temat Ukraińców w Polsce, organizowanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich, że nikt tak naprawdę nie wie, ilu Ukraińców pracuje w Polsce – ale są to z pewnością liczby wyższe od tych oficjalnych.

Co ciekawe, jesteśmy też liderem na skalę europejską w wydawaniu wiz długoterminowych i zezwoleń pobytowych dla cudzoziemców z tzw. krajów trzecich. Wg Eurostatu w 2016 roku wydaliśmy 494 tysiące takich dokumentów, co stanowi aż 58 proc. tego rodzaju dokumentów wystawionych w całej Unii Europejskiej.

Tylko że to nadal za mało. Wg. danych GUS już w zeszłym roku nieobsadzonych było ponad 100 tysięcy miejsc pracy. W 2030 roku pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem co piątego stanowiska pracy – z 20 milionów potrzebnych pracowników pracować będzie około 16 milionów, jak wynika z danych Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.

Dlatego coraz więcej polskich firm zatrudnia pracowników i pracownice spoza Unii Europejskiej – wg. najnowszego raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej „Pracodawcy i pracodawczynie a zatrudnianie cudzoziemców i cudzoziemek”, aż 39 procent. Powodem jest brak rąk do pracy. Cytowani w raporcie pracodawcy mówią wprost: to nie my rekrutujemy, ale jesteśmy rekrutowani. „Wyciągamy wszystkie najlepsze atuty, żeby tylko pozyskać pracownika”; „Role się odwróciły”; „To są tzw. łapanki.”;

„U mnie w firmie to już jest jako żart niestety, taki trochę śmiech przez łzy, że u nas rekrutacja wygląda w ten sposób, że wystarczy para oczu, dwie kończyny dolne i górne i już się nadaje do pracy, innych oczekiwań już nie mamy”.

Co w związku z tym robi rząd PiS? Popełnia grzech za grzechem. Po pierwsze, komplikuje procedury. Po drugie, nie planuje polityki migracyjnej. Po trzecie, nie myśli, jak zintegrować migrantów. Po czwarte, podsyca ksenofobię i rasizm.

Grzech nr 1: Skomplikowane procedury. Jeśli ich nie uprościmy, cudzoziemcy po prostu pojadą gdzieś indziej.

Największym problemem, na który skarżą się pracodawcy i pracownicy są długie i skomplikowane procedury. W związku z tym co trzecia przebadana firma korzysta z usług firm pośredniczących w rekrutacji cudzoziemców, a co piąta z usług nieformalnych pośredników (tzw. kierowców, w Azji nazywanych też szerpami) – co otwiera drogę do nadużyć i wykorzystywania potencjalnych pracowników. W Polsce teoretycznie branie prowizji od potencjalnych pracowników jest nielegalne. Ale jak sprawdzić, w jaki sposób działają nieformalni pośrednicy za granicą, którzy rekrutują pracowników bezpośrednio na miejscu, np. w Indiach albo Nepalu? Nie podlegają oni przecież pod polskie prawo.

Pracodawcy wskazują dwie główne przeszkody: bardzo długi czas oczekiwania na zezwolenia w urzędach wojewódzkich i powiatowych, oraz brak przygotowania polskiego personelu konsularnego za granicą.

Na początku 2018 roku weszły w życie nowelizacja ustawy o cudzoziemcach i ustawy o promocji zatrudnienia i rynku pracy. Wprowadzono m.in. nowe rodzaje pozwolenia: na pracę sezonową, oraz w związku z przeniesieniem wewnątrz przedsiębiorstwa. Zmieniły się m.in. przepisy dotyczące wydawania oświadczeń oraz pozwoleń na pracę. Zgodnie z nowymi przepisami trzeba udowodnić, że dany cudzoziemiec ma kwalifikacje do wykonywania zawodu, a urząd ma prawo poprosić o przesłanie oryginalnych dokumentów. Jak przyznaje MSWiA, głównym celem nowelizacji było wdrożenie prawa unijnego.

Ewa Kacprzak-Szymańska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, która pomaga cudzoziemcom pracującym w Polsce, powiedziała OKO.press: „Kiedyś na pozwolenie na pracę czekało się trzydzieści dni, teraz nawet trzy miesiące. W związku z tym pracodawcy masowo zaczęli wyrabiać oświadczenia. W związku z tym procedura wydawania oświadczeń też się wydłużyła: kiedyś trwała 7 dni, teraz nawet miesiąc. Zwiększyły się też kolejki w urzędach wojewódzkich przy wydawaniu pozwolenia na pracę i pobyt czasowy. To jest jedno postępowanie, ale urzędnicy po prostu nie radzą sobie z liczbą zgłoszeń”.

Głównym problemem jest niewystarczająca liczba wykwalifikowanych urzędników. Kacprzak-Szymańska: „Po pierwsze jest ich za mało. Ich praca jest stresująca, a pensje bardzo niskie, w związku z tym w urzędach jest też duża rotacja urzędników. Sam zamysł usystematyzowania sytuacji imigrantów zarobkowych w Polsce jest bardzo dobry, ale według mnie poczucie ze strony ministerstwa jest takie, że już bardzo dużo zrobiono. Tymczasem to dopiero początek!”.

Drugim aspektem jest nieprzygotowanie polskich placówek za granicą. Przykład? W Nepalu nie ma polskiego konsulatu. Obywateli Nepalu, którzy chcą uzyskać wizę do Polski, obsługuje konsulat w Delhi. Ale większość Nepalczyków zainteresowanych pracą w Polsce nie znajduje się wcale w Nepalu, ale w Katarze lub Arabii Saudyjskiej. To pokazuje skalę skomplikowania ewentualnych nowych procedur.

Minister Rozwoju Jerzy Kwieciński zapowiada ułatwienia w dostępie do rynku pracy dla obywateli m.in. Wietnamu i Filipin – ale nadal nieznane są konkrety.

Dlaczego akurat te kraje? Wiceminister rozwoju Paweł Chorąży: „Mamy informacje od pracodawców, że osoby z tych krajów szybko aklimatyzują się w Polsce i dobrze się integrują”. To dość zaskakujący wybór, zważywszy na to, że w 2017 roku obywatelom Wietnamu wydano zaledwie 812 pozwoleń na pracę, a Filipińczykom – 750, z ponad 267 tysięcy. OKO.press wysłało pytanie do Ministerstwa Rozwoju o to, które grupy pracodawców były konsultowane i na jakiej podstawie oceniono, że to obywatele tych krajów najlepiej się integrują. Tę opinię potwierdza Marcin Nowacki ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, opierając się na raporcie przygotowanym przez ZPP na temat integracji migrantów w innych krajach europejskich. OKO.press poprosiło ZPP również o ten raport.

Grzech nr 2: Brak polityki migracyjnej. Bo mamy Ukraińców

Tymczasem Niemcy już szykują specjalne ułatwienia dla pracowników z Ukrainy. Zaraz może okazać się, że Ukraińcom po prostu nie opłaca się u nas pracować. Dlatego trzeba myśleć o polityce migracyjnej na szerszą skalę. Co prowadzi nas do następnego błędu: braku polityki migracyjnej i integracyjnej.

Rząd PiS w październiku 2016 roku uchylił dokument określający politykę migracyjną („Polityka migracyjna Polski – stan obecny i postulowane działania”, przyjęty przez rząd PO w 2012 roku) i od tego czasu deklaruje, że trwają intensywne prace nad nowym dokumentem tego typu.

W marcu Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju przedstawiło ogólny dokument „Nowe priorytety rządowej polityki migracyjnej”, w którym dominuje jasny przekaz: żeby uniknąć katastrofy gospodarczej, potrzebujemy dużej liczby migrantów ekonomicznych. Nie ma w nim jednak żadnych konkretów, jedynie ogólne zapowiedzi.

Jak donosi Dziennik Gazeta Prawna, dokument dotyczący szczegółowych rozwiązań polityki migracyjnej jest przedmiotem sporu pomiędzy Ministerstwem Pracy, Inwestycji i Rozwoju oraz Spraw Wewnętrznych. Resort inwestycji i rozwoju, prowadzony przez Jerzego Kwiecińskiego, pod presją przedsiębiorców proponuje najdalej idące zmiany, na które nie zgadza się MSW, m.in.:

  • wydłużenie możliwości pracy na tzw. oświadczeniu (czyli bez konieczności otrzymywania pozwolenia na pracę, dla obywateli pięciu byłych republik radzieckich),
  • zezwolenia „małżeńskie” (małżonek osoby posiadającej zezwolenie na pracę nie będzie musiał się o nie starać),
  • elektroniczne składanie wniosków o pozwolenie o pracę, wydłużenie okresu obowiązywania pozwolenia na pracę (z trzech do pięciu lat)
  • umożliwienie obywatelom wybranych krajów pracę bez konieczności zdobywania pozwoleń.

Wśród polskich pracodawców panuje też przekonanie, że to nie jest przypadek, że procedura uzyskania pozwolenia na pracę trwa tak długo: ich zdaniem wynika to właśnie z obaw resortu spraw wewnętrznych.

Grzech nr 3: Brak polityki integracyjnej. Bo migranci przyjadą do nas na chwilę

Założenie, że pracownicy spoza UE „przyjadą na chwilę” było podstawowym błędem Francji i Niemiec, które w latach 60. i 70. zapraszały do pracy cudzoziemców. Efektem było do pewnego stopnia stworzenie równoległych społeczeństw i bardzo ograniczone interakcje pomiędzy przyjezdnymi pracownikami a społeczeństwem przyjmującym. Od jakiegoś czasu rządy Europy Zachodniej wprowadzają rozwiązania, które mają zniwelować część negatywnych skutków takiej polityki.

Polska ma szansę, żeby takiego błędu nie popełnić. Na razie jednak rząd PiS działa dokładnie odwrotnie.

Nie istnieje żaden rządowy dokument dotyczący polityki integracyjnej, rząd nie ma sensownego pomysłu na to, jak ułatwiać cudzoziemcom interakcje z polskim społeczeństwem, uczyć się polskiego języka i kultury, czy odnaleźć się na rynku pracy.

To polityka zaprzeczania rzeczywistości – rząd nie chce zmierzyć się z faktami i z prawdziwymi problemami prawdziwych migrantów. To z pewnością nie jest metoda na to, żeby cudzoziemców zachęcać do przyjazdu do Polski – i do zamieszkania tu na stałe.

Łatwiej utrzymywać fikcję postaci „uchodźcy wyobrażonego” – terrorysty, Araba, muzułmanina, który jest sumą wszystkich strachów Polaków. Tymczasem statystycznie uchodźca w Polsce raczej jest samotną matką z Czeczenii z czwórką dzieci, której nikt w Polsce nie chce wynająć mieszkania. A migrant jest właśnie np. obywatelem Ukrainy albo Nepalu, który przyjechał do pracy – ale jeśli nikt nie pomoże mu nauczyć się języka i zapuścić tu korzeni, to niedługo wyjedzie dalej, na Zachód. A polski pracodawca straci pracownika, którego zdążył już wyszkolić.

W Polsce pomocą cudzoziemcom zajmują się niemal wyłącznie organizacje pozarządowe, które do tej pory finansowane były głównie ze środków europejskich. Od 2015 roku jednak rząd PiS blokuje wypłaty z tzw. FAMI, czyli Funduszu Azylu, Migracji i Integracji. Zamiast tego Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zorganizowało wiosną i latem 2017 roku dwa nabory „ograniczone”, w których startować mogły jedynie instytucje państwowe – urzędy wojewódzkie.

Przeważającą większość działań integracyjnych – zarówno dla uchodźców, jak i migrantów – koordynują właśnie organizacje pozarządowe. Blokowanie środków europejskich jest dla nich katastrofalne.

Grzech nr 4: Podsycanie rasizmu i ksenofobii. Bo to opłaca się politycznie

Wg. raportu SIP aż 33 proc.wszystkich przepytanych pracodawców planuje zatrudnić pracownika spoza UE, a aż 50 proc. rozważa taką możliwość. Co ich hamuje? Zaskakującym aspektem były nie tyle uprzedzenia na tle rasowym i narodowościowym wśród samych pracodawców, ale… obawy o uprzedzenia wśród własnych pracowników.

Pracodawcy cytowani w raporcie mówią m.in.: „Taki pracownik będzie dyskryminowany. Fizycznie pewnie da sobie radę, ale – nie chcę tego nazywać dosłownie – »niższa klasa społeczna«, tzw. robotnicza – wielu dzisiaj ma uprzedzenia rasowe. On nie będzie jadł na stołówce razem z »bambusem«, chociaż sami przyzwyczajają się szybko, jak jadą do Londynu do pracy. Tam szybko, ale u nas to nie: »Polska dla Polaków«”.

Jeśli chodzi o opinie pracodawców przepytanych przez Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, odzwierciedlają one opinie polskiego społeczeństwa – mimo deklarowania wagi kompetencji przyszłych pracowników według potrzeb przedsiębiorstw,

większość firm nie zatrudniłaby w pierwszej kolejności osób pochodzących z Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej i Afryki Subsaharayjskiej, nawet jeśli ich kompetencje byłyby adekwatne do potrzeb pracodawców i pracodawczyń.

Rasizm i ksenofobia polskiego społeczeństwa to nie wina PiS. Ale mądrzy politycy powinni uspokajać atmosferę, tłumaczyć i pokazywać statystyki. Tymczasem przez flirt z radykalną prawicą i jej elektoratem PiS-owi podsycanie (a przynajmniej brak prób przeciwdziałania) rasizmu i ksenofobii zwyczajnie opłaca się politycznie – a przynajmniej na krótką metę.

W ostatnich dwóch latach PiS przekonało obywateli kraju, w którym cudzoziemcy stanowią 0,3 proc. społeczeństwa, że „obcy” stanowią dla nich śmiertelne zagrożenie. Kampania strachu przed „uchodźcami” i „obcymi”, którą PiS napędza od czasu wyborów w 2015 roku, a także przyzwolenie na nacjonalistyczną i rasistowską narrację (np. podczas Marszu Niepodległości) przynosi efekty. Nie tylko w badaniach postaw, ale także w aktach fizycznej przemocy na tle ksenofobicznym i rasistowskim – jak pokazuje m.in. najnowszy raport Prokuratury Krajowej dotyczący „przestępstw popełnionych z pobudek rasistowskich, antysemickich lub ksenofobicznych”.

Prawo i Sprawiedliwość od czasu dojścia do władzy systematycznie rozmontowuje system zwalczania dyskryminacji i przestępstw z nienawiści, m.in. poprzez rozwiązanie Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, rozwiązanie Zespołu ds. Ochrony Praw Człowieka, wycofanie z użycia podręcznika dla policjantów do rozpoznawania przestępstw motywowanych nienawiścią i dyskryminacją uznając go za „zideologizowany”, obcinanie pieniędzy na szkolenia dla policjantów i służb z zakresu rozpoznawania i przeciwdziałania przestępstwom z nienawiści.

Rykoszetem obrywają też Ukraińcy i Białorusini, czyli dwie największe grupy narodowościowe imigrantów ekonomicznych w Polsce.

Według najnowszego raportu Związku Ukraińców w Polsce, Ukraińcy w Polsce są dyskryminowani, a polski rząd biernie się temu przygląda. Rośnie liczba negatywnych opinii o Ukraińcach, rośnie liczba przestępstw z nienawiści (zwłaszcza przypadków użycia mowy nienawiści) – a polski rząd nie robi nic, aby temu przeciwdziałać.


Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym