"Foki to szkodniki i trzeba zacząć ich odstrzał" - mówiła posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk. Podobny pogląd głosi ministerstwo, ale formułuje łagodniej: "Foki mają negatywny wpływ na środowisko i na zasoby ryb. Populacje ryb łososiowatych powinny być chronione poprzez ograniczanie przyrostu pogłowia drapieżników". Foki są w Polsce ściśle chronione

Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej chce odstrzału fok szarych, które w Polsce są gatunkiem ściśle chronionym. Taki wniosek płynie z pisma, które 26 czerwca 2018 resort przesłał do Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt.

To odpowiedź na stanowisko zespołu w sprawie fali zabójstw fok, do której doszło w ciągu dwóch ostatnich miesięcy. Kilka martwych zwierząt – w niektórych przypadkach ze zmiażdżonymi głowami, rozciętymi brzuchami, a nawet obciążone cegłami – znaleziono na polskim wybrzeżu na przełomie maja i czerwca 2018 roku.

„W naszym stanowisku wyraziliśmy sprzeciw względem tego procederu. A także krytycznie odnieśliśmy się do słów posłanki PiS Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk, która niedawno mówiła, że »foki to szkodniki« i trzeba zacząć ich odstrzał” – mówi OKO.press Paweł Suski, poseł PO i przewodniczący Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt.

Dodaje, że w ocenie Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt ta wypowiedź miała cechy podżegania. „I to niestety takiego, które miało pozytywny odzew, bo – pomijając rzeczywiste przypadki uśmiercania fok przez ludzi – w mediach pojawiły się pogróżki rybaków, że będą zabijać foki” – dodaje polityk.

„Moim zdaniem to pismo przygotowuje grunt pod zmiany w prawie, które ostatecznie pozwolą na odstrzał fok. Jesteśmy tym sygnałem mocno zaniepokojeni i jako Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt będziemy z takim pomysłem walczyć, jeśli ujrzy on światło dzienne” – deklaruje Suski.

„Treść pisma z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej jest skandaliczna. Powtarza absolutnie nieprawdziwe informacje na temat fok żyjących w Bałtyku” – mówi OKO.press Paweł Średziński z Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze.

Suchej nitki na informacjach zawartych w stanowisku resortu nie zostawia również dr Iwona Pawliczka vel Pawlik, badaczka fok i kierowniczka Stacji Morskiej im. Profesora Krzysztofa Skóry Uniwersytetu Gdańskiego w Helu.



Absurdy resortu

Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej pisze, że foka szara ma „negatywny wpływ na środowisko i na zasoby ryb” Morza Bałtyckiego. W dalszej części czytamy, że „populacje ryb łososiowatych […] powinny być chronione poprzez ograniczanie przyrostu pogłowia drapieżników, które mają nadmierny na nie wpływ”. Jakie to drapieżniki? Tego dowiadujemy się zdanie później: „Foki atakują łososie i trocie wstępujące na tarło w ujściu Wisły, a także żerują na spływających smoltach”.

„Po lekturze pisma z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej mam wrażenie, że ten resort nie ma kompletnie żadnej wiedzy o realnej sytuacji fok w Bałtyku. Sugerowanie, że foka negatywnie oddziałuje na ten morski ekosystem, kiedy ten gatunek żyje tu od 9 tys. lat, to absurd” – mówi Suski.

Foka szara to gatunek rodzimy

Słowa polityka w rozmowie z OKO.press potwierdza dr Pawliczka vel Pawlik. Jak twierdzi, pierwszy raz przeczytała – właśnie w piśmie resortu – że rodzimy gatunek może mieć negatywny wpływ na swój naturalny ekosystem. Tłumaczy, że taki szkodliwy wpływ mają gatunki obce, często inwazyjne. Czyli wprowadzone przypadkowo lub celowo przez człowieka w jakiś rejon spoza zasięgu geograficznego, w którym dany gatunek żyje lub żył w przeszłości.

„Foka szara jest w Bałtyku gatunkiem rodzimym i co najwyżej może ulegać, wraz z innymi gatunkami, okresowym wahaniom równowagi w ekosystemie” – wyjaśnia.

Ministerstwo chce chronić Bałtyk przed… Bałtykiem

Za kompletne nieporozumienie dr Pawliczka vel Pawlik uznaje również postulat Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, by ryby łososiowate chronić przed drapieżnikami. Podkreśla, że resort daje w ten sposób wyraz czysto gospodarczemu podejściu do przyrody. Zgodnie z nim pewne gatunki trzeba eliminować, a populacjami innych sterować.

Ale patrząc z biologicznej perspektywy, gatunki muszą dbać o siebie same. W takim stopniu, na jaki pozwalają im warunki środowiska, w którym żyją.

„Dlatego pomysł, by chronić ryby przed fokami – a więc ekosystem Bałtyku przed samym sobą – jest po prostu absurdalny”.

Winni są rybacy, nie foki

Zdaniem Średzieńskiego z fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze z foki próbuje się robić kozła ofiarnego, bo to nie one odpowiadają za spadek liczebności ryb w Bałtyku.

„Winni są ludzie – a konkretnie przełowienie Bałtyku przez rybaków, nie tylko tych z Polski” – mówi Średziński.

„Ministerstwo wydaje się zapominać, że u polskich brzegów foki pojawiają się rzadko, a jedyne stałe miejsce ich obserwacji znajduje się w ujściu Wisły. Na innych odcinkach polskiego brzegu foka nie znajduje dogodnych warunków do rozmnażania i wychowywania młodych” – dodaje.

 



Ministerstwo nie zna się na ochronie przyrody

W piśmie resortu pojawiła się również informacja, że „Bałtyk to nie obiekt hodowlany”. W związku z tym, „nie jest zrozumiała sztuczna hodowla fok i wypuszczanie ich do środowiska naturalnego”.

To – wyrażona nie wprost – aluzja do działalności Stacji Morskiej, która prowadzi Fokarium. Tam od lat naukowcy badają foki. A także pracują nad odtworzeniem kolonii tych ssaków na polskim Wybrzeżu.

„Reintrodukcja gatunków poprzez rozród osobników i przywrócenie ich środowisku naturalnemu jest przyjętą na całym świecie metodą czynnej ochrony przyrody. Jeśli Ministerstwo to kwestionuje, to znaczy, że najwyraźniej takiej metody nie zna” – mówi dr Pawliczka vel Pawlik.

„Za to chyba dobrze zna i rozumie metodę zarybiania, stosowanego głównie w celach gospodarczych. I nie ma wątpliwości co do wpuszczania ryb do tego samego akwenu” – ironizuje biolożka.

„Maksymalny poziom biologiczny”, czyli ministerialna bzdura

Tam, gdzie ministerstwo podważa zasadność reintrodukcji przez Polskę fok do Bałtyku, wskazuje na to, że nie ma sensu tego robić, ponieważ w tym akwenie ten gatunek już osiągnął „swój maksymalny biologiczny poziom”.

Tymczasem nauki biologiczne… nie znają takiego terminu.

„W ekologii używa się pojęcia minimalnego, a nie maksymalnego poziomu biologicznego populacji” – tłumaczy dr Pawliczka vel Pawlik. To taki poziom, który zapewnia bezpieczeństwo jej przetrwania. Definiowany jest głównie liczbą osobników.

„Foki szare w Bałtyku osiągnęły minimalny poziom biologiczny. Ale od niego może być daleko jeszcze do osiągnięcia tzw. pojemności środowiska. Czyli maksymalnej liczby osobników gatunku, którym środowisko naturalne jest w stanie zapewnić warunki do przetrwania” – mówi uczona. To co pisze ministerstwo nie ma więc nic wspólnego z nauką.

Przy tej okazji dr Pawliczka vel Pawlik przypomina, że w Bałtyku liczebność fok – ok. 30 tys. osobników – od kilku lat nie przyrasta. Nie znamy jeszcze przyczyn tego stanu rzeczy.

„Prowadzone są coroczne obserwacje i liczenie fok, które mogą w perspektywie czasowej odpowiedzieć na to pytanie. Być może współczesne środowisko tego morza, które musi pomieścić ekspansywną gospodarkę człowieka, nie jest w stanie zmieścić już więcej fok” – wyjaśnia. Ale może to też być wynik zagrożeń, które hamują rozród gatunku lub zwiększają jego śmiertelność.

Z kolei Średziński przypomina, że trudno mówić, by fok była już w Bałtyku „wystarczająca” liczba, skoro na początku XX w. wielkość populacji szacowano na ok. 100 tys. osobników.

Resort nie rozumie zasady zrównoważonego rozwoju

W swoim piśmie Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, by poprzeć swój postulat – mówiąc eufemistycznie – „ograniczenia” populacji fok, powołuje się na wpisaną do Konstytucji RP zasadę zrównoważonego rozwoju. Art. 5 ustawy zasadniczej głosi bowiem, że „Rzeczpospolita Polska […] strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska” kierując się właśnie tą regułą. Dlatego Polska powinna uwzględniać zarówno interesy rybaków, jak i środowiska naturalnego.

Jednak, zdaniem dr Pawliczki vel Pawlik, w kontekście całego pisma wątpliwości budzi rozumienie zasady zrównoważonego rozwoju przez resort.

„Mówiąc ogólnie, zakłada ona, że rozwój gospodarczy może się dokonywać przy jednoczesnej poprawie środowiska przyrodniczego, a więc również jego bioróżnorodności.

To obliguje rybołówstwo do rozwoju swojej działalności z poszanowaniem tej konstytucyjnej zasady. Również wobec fok, które stanowią element naszego dziedzictwa przyrodniczego” – wyjaśnia biolożka.

Ryby w klatki

O ile straty polskich rybaków w połowach powodowane żerowaniem fok są realne, to

odstrzał nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem. Alternatywne narzędzia połowu chronią połów przed tymi drapieżnikami. Stosuje się je m.in. w krajach skandynawskich.

Do alternatywnych narzędzi zaliczają się m.in. sieci dostosowane do konkretnych gatunków ryb i różnego rodzaju klatki połowowe.

„Są trwalsze, pozwalają na selekcję złowionych, żywych ryb pod kątem przydatności do gospodarczego wykorzystania (wypuszczenie ryb niewymiarowych i chronionych), zyskowności (odpowiedniej wielkości i popytu), nie muszą być obsługiwane codziennie (dają oszczędności czasu pracy rybaka), umożliwiają przeżycie złowionym rybom w okresach sztormu” – czytamy w projekcie Krajowego Programu Ochrony Foki Szarej z 2012 roku (nie wszedł nigdy w życie).

Czyli w zasadzie same plusy i… tylko jeden minus – są droższe od typowych sieci. Jednak rybacy w Polsce nie są nimi zainteresowani i wolą dalej łowić głównie tzw. sieciami skrzelowymi, z których wyciągają martwe już ryby, a czasem i przyłów (czyli to, co nie jest celem połowu – np. ptaki, ale też foki).

„Nasi rybacy – z tego, co słyszę – założyli od początku, że w polskich wodach i w polskich warunkach te sieci się nie sprawdzą. Tylko może najpierw należałoby je przetestować, choćby te konstrukcje, które stosują w innych krajach bałtyckich?” – mówiła „Wyborczej” dr Pawliczka vel Pawlik.

Sprzeczność już nie przeszkadza

„Odcinam się od jakiegokolwiek strzelania do fok” – mówił jeszcze na początku kwietnia 2018 roku minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk, gdy komentował wspomniane na początku artykułu słowa posłanki PiS Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk. „Mamy stację na Helu, która otrzymuje dotację unijną w celu rozmnażania fok. A z drugiej strony byśmy strzelali. To paradoks” – podkreślał.

Wygląda jednak na to, że resortowi ta sprzeczność przestała przeszkadzać.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym