Śmierć tych dwojga niewinnych cywili utrwala koszmar autorytarnej władzy w USA. Ameryka nie jest już demokratyczna. Na jej czele nie stoi już tylko chaotyczny klaun czy zwykły głupek. Stoi dyktator. Którego polska prawica wielbi do tego stopnia, że zabójstwo cywila uznaje za „good job” (wpis posła Dominika Tarczyńskiego)
Niewiele osób pamięta (ja nie pamiętałam), że w 2020 r. czarnoskóry George Floyd został zabity przez białego policjanta właśnie w Minneapolis – tym samym Minneapolis, w którym w styczniu 2026 r. z rąk agentów federalnych zginęli Alex Pretti i Renée Good. Śmierć Floyda wywołała ogromne protesty i powrót ruchu Black Lives Matter. Chodziło w nim głównie o nierówność, którą ciągle w USA widać – czarnoskórzy obywatele USA w zetknięciu ze służbami są traktowani gorzej, bardziej brutalnie, surowiej. To zresztą globalna nierówność systemowa, dotyczy wielu krajów także w Europie (tu najczęściej chodzi o migrantów).
Co się stało z Derekiem Chauvinem, policjantem, który przez ponad 9 minut klęczał na karku George'a Floyda, przyciskając go kolanem do ziemi? Po niecałym roku, w kwietniu 2021 r., został skazany na 22,5 roku więzienia. W 2022 i 2023 r. odwoływał się od wyroku w Sądzie Najwyższym Minnesoty i Sądzie Najwyższym USA. Oba sądy odwołanie oddaliły i wyrok 22,5 roku więzienia pozostał w mocy. Chauvin odsiaduje dwa wyroki – jeden wydany przez sąd stanowy, drugi przez sąd federalny (to ważne zastrzeżenie, o czym piszę w dalszej części tekstu).
W tekście dla OKO.press Piotr Tarczyński pisał w 2021 r.: „Film dokumentujący śmierć George’a Floyda był takim wstrząsem, bo nie dało się go ani zignorować, ani przeinaczyć: wyraźnie widać zachowanie Floyda i zachowanie Chauvina. Cała Ameryka mogła na własne oczy zobaczyć, jak policja traktuje nieuzbrojonego i niegroźnego Afroamerykanina”. Prokurator oskarżający Chauvina apelował do ławy przysięgłych: „Uwierzcie własnym oczom”. Czyli obejrzyjcie film i uwierzcie w to, co widać. Nie kierujcie się poglądami, ale tym, co widzicie. Faktami.
Teraz obejrzenie filmu nie wystarczy. Fakty nie wystarczą. Żyjemy, Amerykanie żyją, w innej rzeczywistości politycznej niż kilka lat temu.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
Tragedia wydarzyła się w godzinach porannych (czasu środkowoamerykańskiego), w sobotę 24 stycznia 2026 r. Do Polski te informacje docierały powoli – pierwsze pojawiły się w wieczorem, a pełne dopiero w niedzielę rano. Z początku trudno było uwierzyć, że funkcjonariusze zaledwie trzy tygodnie po zabiciu Renée Good, zamordowali kolejną osobę. Jednocześnie informowano, że zabity Alex Pretti miał przy sobie broń. Znając Amerykę ze strzelanin w szkołach, łatwo było wyobrazić sobie, że Pretti mógł broń wyciągnąć i dlatego zginął.
W takim też przekonaniu próbowały utwierdzić Amerykanów i opinię międzynarodową władze federalne. Opisywały Prettiego jako niebezpiecznego terrorystę z bronią, który chciał dokonać „masakry”. Kłamstwo wyszło na jaw szybko, gdy w sieci pojawiły się liczne nagrania incydentu. Pokazywały mężczyznę, który najpierw próbuje rejestrować zachowanie agentów ICE i straży granicznej (obie formacje podlegają DHS, czyli Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego) telefonem, potem biegnie z pomocą kobiecie potraktowanej gazem przez agentów, zostaje powalony przez co najmniej kilku funkcjonariuszy. I zabity czterema strzałami w plecy, gdy leży już na ziemi. Do leżącego mężczyzny, zapewne już martwego, agenci oddają jeszcze kilka strzałów.
To, że Alex Pretti miał pistolet, ujawnił agent federalny, który wyjął mu broń z kieszeni po tym, jak go powalił na ziemię. „The New York Times”, analizując nagranie, opisuje to tak: “Ósmy agent dołącza do grupy. Agent w szarym płaszczu wydaje się wyciągać broń z okolicy prawego biodra Prettiego. Następnie agent zaczyna oddalać się od miejsca starcia z bronią w ręku.
W tym samym czasie inny agent wyciąga broń i celuje w plecy Prettiego”.
Jak podczas sprawy o zabójstwo Floyda mówił prokurator do ławników w Minnesocie:
Uwierzcie własnym oczom.
Władze demokratyczne w wielu krajach używają niekiedy przemocy bez uzasadnienia, ale w przeciwieństwie do dyktatorów i faszystów starają się to ukryć. Lub chociaż uzasadnić. Jeżeli przestępstwa władzy (tak poważne jak zabójstwo) wychodzą na jaw, jest po sprawie – władza się tłumaczy, usprawiedliwia. Ma się czego bać. Tak było do tej pory. W każdym razie w takim paradygmacie żyliśmy. Trump go zanegował.
Morderstwo dwóch niewinnych osób podczas pokojowych demonstracji jest szokujące, tragiczne, złe. Brak jakichkolwiek konsekwencji dla władzy pogłębia ten dramat.
Nie chcę powiedzieć, że zakończenie sprawy Floyda (skazanie zabójcy) było obowiązującą normą, tzn., że zawsze do tej pory władza w USA ponosiła konsekwencje swoich działań. Przeciwnie – wielu funkcjonariuszom różnych służb wiele uchodzi i uchodziło na sucho, bo stali za nimi koledzy z branży (to, że szef Chauvina odciął się od niego i był świadkiem oskarżenia, uznano za szczególnie znaczące, bo wyjątkowe), a wyższe władze tuszowały wiele spraw. Oczywiście, że tak. Zdarzało się.
Dwa aspekty tragicznej śmierci Renée Good i Alexa Prettiego wskazują jednak, że od tej pory brak konsekwencji dla władz federalnych może stać się normą.
Po pierwsze, władza Trumpa, odpowiedzialna za śmierć niewinnego człowieka nie wydawała się, zwłaszcza na początku, nawet skonfundowana całym zdarzeniem. Nie była przerażona, nie bała się konsekwencji. Wyglądało też na to, że ta pewność siebie nie była udawana (w myśl zasady: nigdy się nie tłumacz). zamiast tego władza z całą mocą atakowała Prettiego, a wcześniej Good.
Więcej, władza początkowo nie zająknęła się nawet o śledztwie, wyjaśnieniu sytuacji (nawet gdyby miało to być czysto PR-owe zagranie). Od pierwszych minut nie miała wątpliwości – Pretti był przestępcą.
Delikatna zmiana tej postawy nastąpiła w poniedziałek 26 stycznia – jak zauważyły amerykańskie media. Donald Trump nieco zmienił ton. Jego rzeczniczka przekonywała, że sam prezydent nie użył nigdy słowa „terrorysta” wobec Prettiego (nazwał tak ofiarę Stephen Miller, doradca prezydenta). Sam Trump zaś próbuje się dogadać z władzami stanowymi, rozmawia telefonicznie z Timem Walzem, gubernatorem Minnesoty i wycofuje część funkcjonariuszy ICE i straży granicznej z Minneapolis. Szeroko niesie się informacja informacja o „odwołaniu” Grega Bovino, szefa służb granicznych, odpowiedzialnego za całą operację w Minneapolis. Po chwili informację zdementowała rzeczniczka ministerstwa bezpieczeństwa krajowego Tricia McLaughlin: „Gregory Bovino NIE został zwolniony ze swoich obowiązków”. Jak donosił „The Atlantic” Bovino ma faktycznie wyjechać z Minneapolis, wrócić do swoich poprzednich obowiązków w Kalifornii i przejść na emeryturę. Czyli po polsku – został przeniesiony do innej parafii. Nie ukarany.
Na razie nie wiemy, jak wygląda exodus funkcjonariuszy z miejsca zbrodni, jest jednak znakiem, że być może Trump zatroszczył się o swój wizerunek.
Wracam jednak do swojej tezy. Być może Trump chce nieco uspokoić nastroje w Minnesocie. Warto jednak zwrócić uwagę, że na miejsce Bovino prezydent USA wysłał do Minnesoty Toma Homana, „cara granicy”, odpowiedzialnego m.in. za politykę rozdzielania dzieci z rodzicami za pierwszej kadencji Trumpa. Część dzieci przez kilka lat od zakończenia akcji nie mogło znaleźć swoich rodziców. A Stephen Miller, który nazwał Prettiego „terrorystą” i sekundował agentom federalnym w Minneapolis raczej konsekwencji nie poniesie.
Czy w świetle powyższych danych sprawcy zabójstw w Minneapolis i przedstawiciele władz federalnych, administracji Trumpa, którzy pochwalali działania funkcjonariuszy federalnych w Minnesocie poniosą konsekwencje? Prawne lub chociażby polityczne? Nie sądzę.
W tym przypadku to władze stanowe chcą śledztwa w sprawie, władze federalne próbują ukręcić łeb sprawie, a nawet zabierają z miejsca przestępstwa dowody. „The New York Times” pisze o odwróceniu ról zwyczajowego postępowania: „FBI nie wydaje się prowadzić dochodzenia w sprawie przebiegu wydarzeń. Mimo to [mino braku zbadania sprawy] urzędnicy federalni przedstawiają strzelaninę jako uzasadnioną. To lokalna policja próbuje przeprowadzić prawdziwe dochodzenie”. NYT przypomina także sprawę Floyda, o której pisałam na początku – jego zabójca otrzymał dwa niemal identyczne wyroki (21 i 22,5 roku), z sądu stanowego i federalnego. Odsiaduje oba jednocześnie (czyli w tym samym czasie, lata odsiadki nie sumują się). Czyli zarówno władze stanowe jak i federalne chciały wyjaśnić sprawę.
„Zazwyczaj śledczy stanowi i federalni współpracują i dzielą się dostępem do miejsc zbrodni i świadków, ale administracja Trumpa odmówiła udostępnienia dowodów” – pisze dalej NYT.
To już nie brak współpracy, ale sabotowanie śledztwa. „To nowa sytuacja”, podsumowuje w NYT prof. Geoffrey P. Alpert, kryminolog z Uniwersytetu Południowej Karoliny. Warto też przypomnieć, że po zabójstwie Renee Good jedna z agentek FBI nadzorujących śledztwo zrezygnowała, bo według „The New York Timesa” była zmuszana do umorzenia sprawy.
Jestem zatem pewna, chociaż chciałbym się mylić, że nikt nie poniesie konsekwencji karnych za zabójstwa cywilów w biały dzień. Najwyżej przesunie się go na inny stołek.
To, co obserwujemy, to jednak nie tylko brak kary dla winnych. To coś więcej.
W najnowszym tekście „Yes, it is a Fascism” („Tak, to faszyzm”) Jonathan Rauch uzasadnia w „The Atlantic” tytułową tezę m.in. tym, że władza Trumpa nie tylko nie waha się w ocenie użytej przemocy, ale ją gloryfikuje. Rauch pisze: „Każde państwo stosuje przemoc w celu egzekwowania swoich praw, ale państwa liberalne stosują ją niechętnie, podczas gdy faszyzm akceptuje ją i chwali się nią. Trump chwali więc agresywny tłum, popiera tortury, z rozmarzeniem mówi o uderzaniu, rzucaniu na ziemię i strzelaniu do protestujących i do dziennikarzy, a wręcz sugeruje strzelanie do protestujących i migrantów. Jego ogłoszenia rekrutacyjne dla ICE gloryfikują wojskowe naloty na domy i dzielnice; jego propaganda czerpie dziecinną radość z zabijania cywilów; wszyscy widzieliśmy filmy, na których agenci wyciągają ludzi z samochodów i domów – częściowo dlatego, że je filmuje. Podobnie jak zniszczenie obywatelskiej przyzwoitości, gloryfikacja przemocy nie jest przypadkowa w faszyzmie; jest jego nieodłączną częścią”.
Podobnie jak inny element obecny w działaniach Trumpa: zasada, że siła jest prawem: „Wyraźnie i w mrożący krew w żyłach sposób ujawniła się ona, gdy Stephen Miller, najpotężniejszy doradca prezydenta, powiedział Jackowi Tapperowi z CNN: „Żyjemy w świecie, w realnym świecie, który rządzi się siłą, który rządzi się przemocą, który rządzi się władzą. Są to żelazne prawa świata, które istnieją od zawsze”.
Wśród cech faszyzmu, które Rauch zauważa w działaniach Trumpa, są jeszcze dehumanizacja, upolitycznione prawo, niszczenie norm, upolitycznienie egzekwowania prawa, taktyki państwa policyjnego, podważanie wyborów, militarne akty agresji. Wszystko tu mamy.
Można powiedzieć, że te wszystkie elementy widzieliśmy już wcześniej. Zgoda. A jednak z jakiegoś powodu bezczelność, brak lęku o konsekwencje i wściekła, niepowstrzymana agresja, którą obserwowaliśmy podczas zabijania cywila na ulicy, na oczach wielu świadków, przeraża i zaskakuje.
Zabójstwo Prettiego nie wyglądało jak sytuacja, która wymknęła się komuś spod kontroli – wyglądała jak świadoma egzekucja, której wykonawcy wiedzieli, że mogą sobie na nią pozwolić.
Zobaczenie zabójstwa na własne oczy (na video nagranym przez świadków) do tej pory było ewenementem. Najczęściej to sąd musiał ustalić, co się wydarzyło i polegając na zeznaniach świadków. Dotyczy to szczególnie przestępstw dokonanych przez władzę, która robiła wszystko, by te nie wyszły na jaw. Film z zabójstwa George'a Floyda był koronnym dowodem złamania prawa przez policjantów. Dzięki niemu udało się ich skazać.
Teraz też mamy koronne dowody – w internecie roi się od filmów pokazujących śmierć Prettiego. Czy stanowią rozstrzygający dowód? Nie. Władza, już po opublikowaniu nagrań przekonywała, że pielęgniarz był terrorystą, który chciał dokonać „masakry”, a kilku agentów, którzy się na niego rzucili, działało w obronie własnej. Media, przede wszystkim „The New York Times”, z uporem publikują nagrania z zabójstwa po to, by pokazać niedowiarkom, jak było. „Uwierzcie własnym oczom” – mówimy razem z mediami w USA.
Do tej pory film ukazujący czyjąś śmierć stanowił tabu. Wyłamywały się w tego tabloidy, żerując na ludzkiej ciekawości. Tym razem poważne media uznały, że taki film należy rozpowszechniać, bo służy wyższemu dobru – ukazaniu prawdy. Też tak uważam – nagranie trzeba pokazywać.
Boję się jednak, że prawda nie jest już wystarczającym dowodem, na który władza musi odpowiedzieć. Trump nagranie ignoruje. Bo może, bo taką wyznaczył doktrynę. Bo dla Trumpa prawda nie ma większego znaczenia, a jeśli miałaby podważać zasadę America first, czyli Trump first, tym gorzej dla prawdy.
Dlatego właśnie śmierć tych dwojga cywili utrwala koszmar autorytarnej władzy w USA. Ameryka nie jest już demokratyczna. Na jej czele nie stoi już tylko chaotyczny klaun czy zwykły głupek. Stoi dyktator.
Na takiego właśnie Trumpa z uwielbieniem patrzą polscy prawicowcy. Poseł PiS Dominik Tarczyński zamieścił na portalu X film z zabójstwa Prettiego z komentarzem „good job”. Zapamiętajmy to.
Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.
Naczelna OKO.press, redaktorka, dziennikarka. W OKO.press od początku, pisze o prawach człowieka (osoby LGBTQIA, osoby uchodźcze), prawach kobiet, Kościele katolickim i polityce. Wcześniej pracowała w organizacjach poarządowych (Humanity in Action Polska, Centrum Edukacji Obywatelskiej, Amnesty International) przy projektach społecznych i badawczych, prowadziła warsztaty dla młodzieży i edukatorów/edukatorek, realizowała badania terenowe. Publikowała w Res Publice Nowej. Skończyła Instytut Stosowanych Nauk Społecznych na UW ze specjalizacją Antropologia Społeczna.
Komentarze