"Roczniki 2003 i 2004 bardzo dziękują pani minister za utrudnianie naszej edukacji, za łzy i nieprzespane noce; za reformę, która sprawia, że niektórzy z nas nie wiedzą co ze sobą zrobić, gdzie iść; za przepełnione szkoły i zniszczone marzenia” - pisze w sieci jedna z uczennic o wynikach rekrutacji. Złość, rozpacz, poczucie niesprawiedliwości i absurdu

Pod hashtagiem #rekrutacja na twitterze uczniowie i uczennice dzielą się doświadczeniami z naboru do szkół średnich. A sytuacja jest bez precedensu, bo o miejsca w szkołach walczy 731 tys. młodych osób – absolwentów szkół podstawowych i ostatni rocznik gimnazjalistów.

Pierwsze wpisy, jeszcze z czerwca, pokazywały skalę niepewności. „Czy 120 punktów da mi miejsce w wymarzonej szkole?”, „Kto rekrutuje się do liceów w Rzeszowie? Jaką macie średnią?” – pytali uczniowie.

Wyniki naboru publikowane sukcesywnie – od 5 lipca – przez kolejne miasta nakręciły spiralę złości.

  • 200 uczniów „na oucie” w Elblągu,
  • 600 w Lublinie,
  • 817 w Olsztynie,
  • 871 w Szczecinie,
  • 900 w Gdyni,
  • 1000 w Rzeszowie,
  • 1,2 tys. w Gdańsku i
  • aż 2,5 tys. w Krakowie.

Do tego wstępne wyliczenia stołecznego magistratu, które mówią nawet o 7 tys. osób, które nie dostaną się do żadnej ze szkół w pierwszym naborze.

„Koleżanka nigdzie się nie dostała i myślałam, że to pomyłka systemu, bo jak można się nigdzie nie dostać. Okazuje się, że ten problem mają tysiące ludzi w całej Polsce. Ta reforma to masakra, ten rok to masakra” – pisze jedna z uczennic.

Post lajkuje 135 osób.

Bo uczniowie i uczennice aktywni w sieci są pewni, że kumulacja roczników to bezpośrednia konsekwencja reformy edukacji. A winę za stres i trudności, które ich spotykają ponosi minister Anna Zalewska.

„Pozdrawiam ja i moje łzy”

Za liczbami, które podają media, stoją konkretne historie. „Mam 152 punkty i z czterech szkół, które wybrałam nie dostałam się do żadnej. Zabrakło mi pięć punktów. To jest śmieszne, bo wiem, że nie jestem jedyna, a jest to wina tej … (słowo niecenzuralne) reformy Zalewskiej. Nie mamy na to żadnego wpływu, a ponosimy konsekwencje jej działań” – pisze Liv.

„Dostałam się, ale jak zobaczyłam listę przyjętych (16 osób tylko), a pod nią ok. 30 rezerwowych, to naprawdę szczerze współczuję, dziewczynom, które obok cieszących się osób płakały sobie w ramię. Jejku i po co im były te zmiany?”

„Mam 128,8 punktów, średnia 4,96, wolontariat i pierwsze miejsce z unihokeja i nie przyjęli mnie do żadnego LO, więc idę do technikum na obsługę turystyczną, bo tylko tam się dostałam. Pozdrawiam” – to wpis Kajki.

„No i jazda, lecę pisać odwołanie. Potem kolejna rekrutacja i może mnie przyjmą do jakiejś najgorszej szkoły. Nawet nie wiecie jaka to komedia, że ludzie ze średnią powyżej 4,3  muszą składać papiery drugi raz, bo idą oba roczniki i nie ma miejsc. Pozdrawiam ja i moje łzy”.

„Pozdrawiam Podkarpacie. Nigdzie się nie dostałam. Jejeje” – dorzuca smerff.

Podobne posty – z dołączonymi są skrinami z systemu rekrutacji – wrzucają dziesiątki użytkowników i użytkowniczek. Im ich więcej, tym częściej osobiste historie zamieniają się w memy, które zataczają jeszcze szerszą drogę (kilkaset udostępnień, kilka tysięcy „lajków”).

„Byleby przyjęli mnie gdziekolwiek”

Oficjalny termin ogłoszenia wyników to 16 lipca. Do tej daty na pewno poczekają uczniowie i uczennice, którzy ubiegają się o miejsca w warszawskich szkołach. „Myślałam, że x punktów mi wystarczy, ale teraz już nie jestem pewna” – to najczęściej pojawiające się wątpliwości u tych, którzy wyników jeszcze nie znają.

A zbadanie swoich możliwości w tym roku było podwójnie trudne – szczególnie dla uczniów klas ósmych szkoły podstawowej. Mniejsza liczba miejsc i większa liczba chętnych do szkół to jedno. Ale absolwenci podstawówek nie mają skali, do której mogą się porównać.

Nie wiedzą, ile punktów z egzaminów i jaka średnia wystarczą im, by dostać się do konkretnej placówki.

Wiele miast – m.in. Warszawa, Kraków, Wrocław – pozwoliło uczniom wybierać dowolną ilość szkół już w pierwszym naborze. To jednak nie wystarczy. Jak co roku, średnio 2/3 kandydatów, którzy chcą kontynuować naukę w dużych miastach, wybiera licea.

Gdy system pokazuje, że w technikach i szkołach branżowych wciąż są wolne miejsca, licea pękają w szwach. Stąd właśnie tak dużo osób, które nie dostają się do żadnej – nawet z kilkudziesięciu – wskazanych szkół. Z marzeń o tej najlepszej z możliwych, zostaje: „bylebym dostała się gdziekolwiek”. W powodzenie wątpią już nawet uczniowie, którzy w systemie widzą, że na 27 miejsc jest 27 chętnych.

„9 dni zaważyło na tym, że jestem tym rocznikiem”

Uczniowie i uczennice – czasem w ironicznych, a czasem rozpaczliwych wpisach – zwracają uwagę, że to, co ich spotyka to kompletny przypadek:

„Urodziłam się 9 stycznia. 9 dni zaważyło o tym, że jestem podwójnym rocznikiem. To trochę boli”.

To nic innego jak wyrażenie poczucia niesprawiedliwości. Innymi słowami (i w odniesieniu do litery prawa) ujęli to już w 2018 roku i Rzecznik Praw Obywatelskich, i Rzecznik Praw Dziecka.

W pismach do MEN wskazywali, że kumulacja roczników, którą wygenerowała reforma jest niekonstytucyjna. W ich opinii narusza art. 32 i 70 ustawy zasadniczej, które mówią równym traktowaniu i równym dostępie do edukacji.

Uczniowie swoimi historiami dokopują się też do głębszych warstw problemu edukacyjnej demografii. Bo hasło „podwójny rocznik” nie jest do końca trafne. O miejsca w szkołach średnich ubiegają się nie tylko gimnazjaliści urodzeni w 2003 roku i absolwenci szkół podstawowych urodzeni w 2004.

Są wśród nich też uczniowie klas ósmych, którzy rozpoczęli naukę mając sześć lat (rocznik 2005). Najmłodsi pójdą do liceów w wieku 14 lat.

„Idź o rok wcześniej – mówili. Dasz radę – mówili. A teraz masz ***** jestem podwójnym rocznikiem i pójdę do liceum w wieku czternastu lat” – pisze z rozżaleniem jeden z internautów.

„Mają nas gdzieś”, „Zemścimy się”

Nie bez echa przechodzą też wypowiedzi polityków i kuratorów oświaty o kumulacji roczników. Do „najsłynniejszych” można zaliczyć:

  • „To jest pewnie pierwszy, poważny moment w życiu każdego młodego człowieka, kiedy marzenia stykają się ze światem realnym. Nie zawsze jest tak, że te marzenia się spełniają” – lubelska kurator oświaty Teresa Misiuk;
  • „Może uczniowie, którzy nie dostali się do żadnej szkoły, mogą poszukać odpowiedniej za granicą” – wiceminister nauki, senator PiS Andrzej Stanisławek.

„Rząd ostatnimi tekstami, że powinniśmy uczyć się za granicą, a marzenia nie zawsze się spełniają pokazał nam jak mało dla niego znaczymy i jak bardzo mają nas gdzieś. To przykre, bo np. w Niemczech, dobro młodych ludzi jest na pierwszym miejscu” – komentuje Julka.

Inni, walecznym tonem, odpowiadają, że za reformę i chaos w oświacie będą się mścić. Przy urnach.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym