Był Amos Oz orędownikiem pokoju z Palestyńczykami i zwolennikiem dwóch państw dla dwóch narodów. Biblijna kraina była dla niego jak koło ratunkowe, które musi utrzymać dwóch rozbitków – Żydów i Arabów, w tym Palestyńczyków chcących niepodległości. Nacjonalistyczna, religijna prawica go nienawidziła. Kochali go czytelnicy, także polscy - pisze Paweł Smoleński

 

Być może była to największa wartość Amosa – godzić w pisarstwie i w sposobie myślenia to, co na pierwszych rzut oka pogodzić się nie da. Amos Oz wierzył w syjonizm i niezbywalne prawo narodu żydowskiego do własnego, żydowskiego właśnie państwa, ale też

uważał, że izraelski patriotyzm zasadza się na demokracji, czyli na równych prawach dla wszystkich obywateli Izraela (nie-Żydów jest tam grubo powyżej 20 proc.) oraz na prawie narodu palestyńskiego do samostanowienia na Zachodnim Brzegu,

czyli w biblijnej Judei i Samarii, duchowym i historycznym sercu żydowskości.

A skoro — uważał — państwo żydowskie istnieje, syjonizm wypełnił swoją rolę, choć w dalszym ciągu jego demokratyczne i humanistyczne założenia warte są uwagi. W imię przyszłości, w Judei i Samarii powinna powstać niepodległa Palestyna, gdyż to, co będzie, jest ważniejsze od tego, co było. Biblijna kraina była dla niego jak koło ratunkowe, które musi utrzymać dwóch rozbitków – Żydów i Arabów, w tym Palestyńczyków chcących własnej niepodległości – i żaden z nich nie ma prawa wydziedziczyć z ziemi tego drugiego.

Współzakładał pacyfistyczną organizację „Pokój teraz”. Żydowskie osiedla na Zachodnim Brzegu – mimo, iż rozumiał sentymenty stojące za ich budową – uważał za zło. Protestował przeciwko ustawie o narodowym państwie żydowskim przyjętej przez Kneset latem 2018 roku (została zaskarżona do sądu najwyższego), która może spychać na margines mniejszości narodowe i religijne.

Przyjaźnił się z izraelskimi Arabami. Często powtarzał gorzkie słowa jednego z izraelskich polityków narodowości arabskiej: „Mój kraj jest w stanie wojny z moim narodem”. Było widać, jak bardzo boli to Amosa.

Nic dziwnego, że religijna i nacjonalistyczna prawica łajała pisarza za politykę.

Energia Micka Jaggera

Powiedzieć, że gdy po raz pierwszy spotkałem Amosa Oza, byłem zaskoczony – to nie powiedzieć nic. Akurat byłem po lekturze jego autobiograficznej powieści „Opowieści o miłości i mroku”, setek stron, gęstych, szczerych i niebywale smacznych, napisanych tak piękną hebrajszczyzną, iż niektórzy powiadali, że to niemożliwe, by z języka – ma tysiące lat, ale też powstaje z dnia na dzień – wyczarować takie cudo.

A i wcześniej czytałem inne jego książki i za każdym razem – czy był to „Mój Michał” czy reporterska „Na ziemi Izraela” – byłem pod wrażeniem urody słowa, a przede wszystkim głębokości obserwacji i myśli. Miałem więc pewność, że zobaczę giganta. Tymczasem otworzył mi drzwi niewysoki, wątły mężczyzna, lekko siwy, z mocną opalenizną na twarzy.

Mówił cicho i zdawał się zmęczony, lecz kiedy kilka godzin później oglądałem go na wieczorze autorskim podczas jerozolimskich targów książki, pokazał energię młodego Micka Jagera i tak go widziała publiczność.

Urodził się w 1939 roku w Jerozolimie. Póki nie zhebraizował nazwiska, nazywał się Klausner. Rodzina Oza przybyła do Palestyny z Wilna i z Równego. Jakoś czuł się dziedzicem wielonarodowych Kresów Rzeczpospolitej.

Był kibucnikiem i żołnierzem podczas wojny sześciodniowej i Jom Kipur. Przez lata mieszkał w Aradzie na pustyni Negew, gdzie był bez wątpienia najsłynniejszym obywatelem. Kochano jego książki – sprzedawały się w kilkumilionowym Izraelu w setkach tysięcy, przełożono je na pół setki języków.

Pisał o ludziach

Miał w Izraelu status proroka, również między tymi, którzy szczerze nie znosili jego poglądów, choć nie przypisywał sobie takiej roli. Mówił za to, że w Ziemi Świętej w proroków rzuca się kamieniami, czego sam często doświadczał.

Za uznawanie prawa Palestyńczyków do samostanowienia nazywano go zdrajcą. Odpowiadał, iż nosi tę obelgę jak najważniejszy order.

Pisał przede wszystkim o Żydach, ale były to książki po prostu o ludziach. Tak diagnozował fanatyka, niezależnie od narodowości:

„Fanatyk dąży do tego, by cię ulepszyć, otworzyć ci oczy, żebyś i ty ujrzał światło. W istocie pod tym względem fanatyk jest zdumiewającym altruistą, człowiekiem wyzbytym egoizmu: interesuje się tobą znacznie bardziej niż samym sobą. Dniem i nocą pragnie ocalić twoją duszę, oswobodzić cię z kajdan, wydobyć z mroków ku wielkiej światłości, wyzwolić raz na zawsze od błędu i grzechu. Już pędzi, by wziąć cię w objęcia, ocieka mieszaniną świętego gniewu i czystej słodyczy, jest niemal chory z troski o ciebie, przepełnia go chęć, by zmienić sposób, w jaki się modlisz (albo to, że się nie modlisz), twój nałóg palenia, nawyki wyborcze, żywieniowe, priorytety, cały twój, jakże szkodliwy, tryb życia.

Jedynym życzeniem fanatyka jest chwycić cię w ramiona, tak byś się z nich nie wyrwał, i zaraz wydobyć cię z nizin, w których tkwisz, we wspaniałe i wzniosłe miejsce, które on już odkrył i odtąd przebywa tam na wyżynach, dokąd ty też musisz – naprawdę musisz – natychmiast się wspiąć. Dla własnego dobra. I tylko dla niego” („Do fanatyków. Trzy refleksje”. Tłumaczenie Leszek Kwiatkowski).

Pasuje to jak ulał do Izraela, ale też do Polski.

Miłość między narodami to mrzonka

Zajmował się mrokiem, więc dlatego szukał jasnych stron życia. Mawiał: „jeśli już nie masz łez, by płakać, nie zmuszaj się do płaczu, tylko śmiej się”. Opowiadał mi z ciepłą ironią o swoim fryzjerze z Aradu: „Zawsze powtarza mi podczas strzyżenia: »Amos, Izrael to straszny kraj. Każdy tutaj może wyrazić swoją opinię na każdy temat. Nie uważasz, że na tym polega wielkie zagrożenie dla naszej demokracji?«. Mój fryzjer jest przerażony izraelskim pluralizmem, otwartą debatą, dopuszczaniem do głosu różnych opinii, nawet głupich. A przecież to rozsądny człowiek”.

Wierzył w miłość między ludźmi, choć niekoniecznie z happy endem, ale miłość między narodami uważał za mrzonkę. Nie spodziewał się więc, że kiedy wreszcie powstanie państwo palestyńskie, Żydzi i Arabowie przeżyją miesiąc miodowy. Uważał, że zbiorowa mądrość nie istnieje, a pokój zawierają między sobą ludzie zmęczeni, doświadczeni i pełni złych uczuć:

„To taki wasz europejski, bardzo powszechny sentyment, że na początku wrogowie muszą spróbować siebie zrozumieć, a potem podpisywać pokój. Historia pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie:

wrogowie podpisują traktat pokojowy z zaciśniętymi zębami, bo w końcu każdy coś traci, a dopiero potem mogą popuścić w emocjach”.

Kocham Izrael i nie mogę go ścierpieć

Nie daj Bóg, by sprawdziły się proroctwa Amosa; bał się, że konflikt izraelsko-palestyński sprowadzi na jego ojczyznę karę. Pisał: „Nie wolno nam zapominać, że co najmniej dwukrotnie w historii zdarzyła się nam czołowa kolizja z wielkim mocarstwem i wtedy – w zderzeniu z Babilonią i z Rzymem – skończyło się to dla nas fatalnie.

Widzę niedaleką przyszłość, w której robotnicy w Amsterdamie, Dublinie albo Madrycie odmówią obsługiwania samolotów El Al. Kupujący zbojkotują i zostawią na półkach izraelskie produkty. Inwestorzy i turyści będą omijać nasz kraj. Gospodarka izraelska się załamie. Jesteśmy już co najmniej w połowie drogi do takiej sytuacji („Do fanatyków…”)”.

Ale zaraz dodawał: „Kocham Izrael, nawet wtedy, gdy nie mogę go ścierpieć. Jeżeli jest mi sądzone upaść któregoś dnia na ulicy, chcę, by się to stało w Izraelu. Nie w Londynie, nie w Paryżu, w Berlinie albo w Nowym Jorku. Tutaj zaraz podejdą obcy ludzie i mnie podniosą (a kiedy z powrotem stanę na nogi, z pewnością niemało będzie takich, co się ucieszą, widząc, jak znowu upadam)”.

Amos Oz zmarł 28 grudnia w Tel Awiwie. Nawet politycy, którzy szczerze go nie cierpieli, z wzajemnością zresztą, wystosowali publiczne listy, że odszedł wielki pisarz literatury hebrajskiej.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym