Mateusz Morawiecki posiada akcje banku BZ WBK o wartości ponad 5 mln. Jako minister od dwóch lat podejmuje decyzje, które wpływają na ich kurs. Teraz jego władza jeszcze wzrośnie, bo zostanie m.in. zwierzchnikiem Komisji Nadzoru Finansowego. Poprzedni ministrowie finansów - Kluza i Szczurek - swoich akcji się pozbywali

Gdy w listopadzie 2015 Mateusz Morawiecki obejmował tekę ministra rozwoju, jak każdy członek rządu miał obowiązek złożyć oświadczenie majątkowe. Złożył je, ale początkowo nie chciał ujawnić – zrobił to dopiero pod naciskiem mediów. Powściągliwość byłego prezesa banku BZ WBK była zrozumiała – jego majątek robi wrażenie i nie najlepiej koresponduje z  budowanym przez marketingowców PiS wizerunkiem „rządu zwykłych ludzi”.

Według oświadczenia majątkowego Morawiecki posiadał 13 711 akcji BZ WBK oraz prawa do 3857 kolejnych akcji tego banku. Co poza tym?

  • Dom o powierzchni ok. 150 m2 położony na działce o powierzchni ok. 0,46 ha wraz z zabudowaniami letniskowymi i gospodarczymi (Morawiecki nie ujawnił wartości)
  • Dom o powierzchni ok. 100 m2 położony na działce o powierzchni ok. 2800 m2 (jak wyżej)
  • 50 proc. własności segmentu szeregowego o powierzchni 180 m2 na działce o powierzchni ok. 400 m2 (również brak szacunkowej wartości)
  • Działka rolna o powierzchni ok. 2 ha warta 110 000 zł.
  • Środki pieniężne w wysokości 3,158 mln zł
  • Papiery wartościowe w postaci akcji na kwotę 3,839 mln zł brutto (wspomniane wyżej akcje BZ WBK)
  • Uprawnienia do akcji określone kwotowo do wysokości 350 000
  • Uprawnienia do akcji BZ WBK w liczbie 3857
  • Prawo do polisy o wartości 590 000 zł oraz prawo do polisy w wysokości 20 000 zł
  • Zabudowa kuchenna (ok. 60 000 zł) oraz meble (ok. 50 000 zł) – w rubryce „składniki mienia ruchomego o wartości powyżej 10 000 zł”.

Lewica przekonuje, że osoba z tak ogromnym majątkiem nie ma wystarczającego kontaktu z codziennym życiem milionów obywateli, by podejmować decyzje zgodne z interesem większości. Prawica odpowiada, że to bez znaczenia albo nawet – że bogactwo przemawia na korzyść polityka („skoro siebie dobrze urządził, to może i cały kraj mu się uda”).

Jednak majątek to jedno, a bycie współwłaścicielem banku, na którego wyniki finansowe wpływa polityka i regulacyjne decyzje rządu – coś całkiem innego. W tej sprawie Morawiecki zachowuje się co najmniej dziwnie.

Wzrost o 36 procent

Gdy 16 listopada 2015 roku Morawiecki obejmował urząd ministra rozwoju jedna akcja banku BZ WBK była warta 269 zł. Dzisiaj (11 grudnia 2017 roku) cena akcji to 365,50 zł.

W ciągu nieco ponad dwóch lat akcje banku zyskały na wartości o 36 proc. Oznacza to, że

wartość samych akcji należących do Morawieckiego (nie licząc praw do akcji, których też Morawiecki ma sporo) wzrosła o ponad milion złotych.

Kluza i Szczurek pozbyli się akcji

„W III RP nie było jeszcze tak potężnego konfliktu interesów” – napisał w Super Ekspresie Adrian Zandberg z Partii Razem. „Premier ma w Polsce olbrzymi wpływ na sektor bankowy, bo to jemu podlega Komisja Nadzoru Finansowego. To od decyzji szefa rządu zależy, ile zarobią banki. I czyim kosztem”.

Zandberg nie jest pierwszą osobą, która zwraca uwagę na dwuznaczną pozycję Morawieckiego. O sprawie w styczniu 2017 roku pisał Andrzej Kublik z „Gazety Wyborczej”.

Morawieckiego w złym świetle stawia także fakt, że jego poprzednicy potrafili zapobiec tego typu wątpliwościom. Mateusz Szczurek, minister finansów w rządzie PO-PSL przed objęciem urzędu sprzedał akcje ING Banku, w którym wcześniej pracował. Podobnie postąpił Stanisław Kluza, minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Sprzedaż akcji nie jest zresztą jedyną możliwością. Politykom z USA i Wlk. Brytanii zdarza się przekazywać swoje aktywa do tzw. „ślepego” funduszu powierniczego (blind trust), w którym polityk nie ma szczegółowej wiedzy ani wpływu na to, w jaki sposób zarządza się jego majątkiem. Ten sposób unikania podejrzeń o konflikt interesów jest jednak podatny na oszustwa (zdarza się, że politycy w istocie dobrze wiedzą, co się dzieje z ich aktywami).

Morawiecki najwyraźniej nie zamierza korzystać z żadnej z tych możliwości. Powinien był to zresztą zrobić już dwa lata temu. Wówczas zadeklarował, że podczas pełnienia urzędu nie będzie sprzedawał ani kupował akcji, a dywidendę (np. w oświadczeniu z 2015 roku – 31 tys zł netto) przeznaczy na cele charytatywne. W żaden sposób nie likwiduje to konfliktu interesów.

Akcje BZ WBK od dwóch lat rosną, ale to nie znaczy, że ten bank – będący de facto filią hiszpańskiego Santandera – jest wyjątkiem. W tym samym okresie, czyli od listopada 2015 roku indeks WIG Banki, w którego skład wchodzą notowane na warszawskiej giełdzie spółki sektora bankowego, wzrósł o ponad 31 proc.

Jak to możliwe, że sektor tak prosperuje pod rządami polityków, którzy zapowiadali, że m.in. zmuszą banki do przewalutowania kredytów frankowych?

PiS łaskawy dla banków

Odpowiedź jest prosta: bo z zapowiedzi nic nie wyszło.

„Jest wiele osób, które są w rozpaczliwej sytuacji, które na przykład straciły pracę i dzisiaj nieruchomości, które kupili, z uwagi na zmiany kursowe są wielokrotnie mniej warte niż kredyt, który mają do spłacenia, biorąc pod uwagę także odsetki. To jest sytuacja kuriozalna” – mówił podczas kampanii wyborczej Andrzej Duda.

Spotykał się wówczas m.in. z przedstawicielami ruchu „Stop bankowemu bezprawiu”. Duda zaproponował proste rozwiązanie: przewalutowanie kredytów frankowych na złotówki po kursie z dnia zawarcia umowy kredytowej. Duda zapowiadał, że w ciągu 100 pierwszych dni jego urzędowania powstanie projekt ustawy zakładającej pomoc osobom zadłużonym we frankach szwajcarskich. Pomoc dla frankowiczów obiecywała też Beata Szydło.

Koszty przewalutowania z pierwszej wersji prezydenckiej ustawy analitycy z Domu Maklerskiego Trigon oszacowali na 40 mld zł z uwzględnieniem kosztów zwrotu tzw. spreadów (czyli opłat pobieranych przez banki przy przeliczaniu rat kredytów z waluty na walutę). Przy tej ustawie największy koszt poniósłby bank PKO BP (8,4 mld zł) i mBank (6,1 mld zł). BZ WBK, któremu do listopada 2015 roku szefował Morawiecki, straciłby na tej operacji 4 mld złotych.

Ale nie straci, bo kolejne projekty grzęzną w Sejmie. Negatywnie o projektach przewalutowania wypowiadali się przedstawiciele ministerstwa finansów (którym Morawiecki kieruje od września 2016 roku), jak i NBP i KNF (wszyscy mianowani już po wyborach). Ustawowe przewalutowanie kredytów frankowych zagraża ich zdaniem stabilności finansowej polskiego sektora bankowego.

W zamrażarce leży kolejny, stosunkowo łagodny dla banków projekt (tym razem KNF i NBP nie zgłaszają zastrzeżeń). Giełda śledzi tę epopeję z uwagą. Np. 2 sierpnia 2016 roku, gdy Kancelaria Prezydenta ogłosiła zaskakująco łagodny dla banków projekt ustawy, kursy akcji banków wystrzeliły w górę. BZ WBK zyskał 9,38 proc.

„Ja sądzę, że powinni wziąć sprawy we własne ręce i walczyć w sądach” – podsumował problemy frankowiczów roku prezes PiS Jarosław Kaczyński, nieoczekiwanie życzliwy w ocenie polskiego sądownictwa.

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o pracy, podatkach i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press