W 47. rocznicę masakry robotników w Gdyni przez władze PRL premier Mateusz Morawiecki mówił, że Stanisław Kociołek - wicepremier PRL obwiniany za masakrę - nie został skazany, bo „taki był wymiar sprawiedliwości” w III RP. Nie został skazany właśnie dlatego, że w III RP skazywano na podstawie dowodów, a nie domniemań. To nie były komisje Jakiego

„Poczekaj draniu, my cię dostaniem – tak śpiewaliśmy. Ale nie dostaliśmy go” – mówił 17 grudnia w Szczecinie Mateusz Morawiecki. Cytat ze znanej piosenki „Ballada o Janku Wiśniewskim” (w wykonaniu Kazika można jej posłuchać tutaj) dotyczył Stanisława Kociołka, wicepremiera PRL, który odegrał aktywną rolę w wydarzeniach Grudnia 1970.

Jak przypomniał, w 2013 roku – po blisko 20 latach – sąd pierwszej instancji uniewinnił Stanisława Kociołka. W 2014 roku Sąd Apelacyjny utrzymał tę decyzję.

Morawiecki: „Nie dostaliśmy go, bo taka była III Rzeczpospolita, taki był wymiar sprawiedliwości III RP, wymiar sprawiedliwości, który w dużym stopniu był kontynuacją poprzedniego systemu, tego systemu, z którego wywodził się kat Trójmiasta, jak brzmią słowa tej samej piosenki”.

Morawiecki nie ma racji: Kociołka nie skazano właśnie dlatego, że sądy w III RP skazywały na podstawie dowodów. W procesie karnym nie dające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. A tych wątpliwości w sprawie Kociołka nie brakowało.

Grudzień 1970 – tak się zaczęło

W krajach socjalistycznych ceny w sklepach na podstawowe towary ustalało państwo (co nie znaczy, że można je było po tych cenach kupić). 12 grudnia 1970 roku władze PRL wprowadziły podwyżkę. Podczas „Dziennika Telewizyjnego” o 19:30 spiker odczytał – jako komunikat PAP – uchwałę Rady Ministrów o procentowych wskaźnikach, jak to zostało powiedziane, „zmiany cen detalicznych całego szeregu wyrobów”. Według historyka Michała Paziewskiego operacja obejmowała 66 proc. ogólnej wartości towarów dostarczanych na rynek, spośród których 46 proc. stanowiły artykuły konsumpcyjne pierwszej potrzeby. Nowe ceny oznaczały spadek stopy życiowej o 10-15 proc.

Od 14 do 18 grudnia protesty przeciw podwyżce wybuchły w Trójmieście, Elblągu, Słupsku i Szczecinie. We wtorek 15 grudnia w Gdańsku tłum oblegał i podpalił gmachy Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Strajkowały trzy gdańskie stocznie oraz wiele mniejszych zakładów.

Stanisław Kociołek, wówczas wicepremier PRL, a przedtem sekretarz partii w Trójmieście, przyjechał do Gdańska 14 grudnia, opuszczając obradujące w Warszawie VI Plenum KC PZPR. „Przed 16.00 Kociołek, Alozjy Karkoszka [sekretarz KW PZPR] i płk Roman Kolczyński [komendant wojewódzki MO w Gdańsku] podjęli decyzję o skierowaniu na ulice Gdańska pododdziałów zwartych MO, ściągniętych ze Słupska i Elbląga, wspieranych przez siły wojskowe” – pisał w artykule „Gdańsk ’70. Zbrodnia nieukarana i bitwa o pamięć” historyk Sławomir Cenckiewicz. Późnym wieczorem w Gdańsku odbyła się narada – w której uczestniczyli m.in.: jeden z najbliższych współpracowników Gomułki Zenon Kliszko, członek Biura Politycznego, a także szef Centralnej Rady Związków Zawodowych Ignacy Loga-Sowiński oraz wiceminister obrony narodowej gen. Grzegorz Korczyński. To oni wydawali na miejscu dyspozycje.

15 grudnia rano w Warszawie – w obliczu narastających demonstracji – I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka podjął decyzję o użyciu broni. W posiedzeniu Kociołek, który był w Gdańsku, nie brał udziału. Gomułka określił zasady użycia broni palnej:

W obliczu brutalnego pogwałcenia porządku publicznego, masakrowania milicjantów, palenia gmachów publicznych itp. należy użyć broni wobec napastników, przy czym strzelać w nogi.

15 grudnia podczas regularnej bitwy w Gdańsku zginęło 7 osób, a kilkaset zostało rannych.

Apel Kociołka i zabójcza blokada

Wieczorem 16 grudnia Kociołek apelował do robotników Trójmiasta w radiu i telewizji o podjęcie pracy. Mimo to 17 grudnia rano doszło w Gdyni do masakry: milicja i wojsko otworzyły ogień do robotników idących do pracy na wysokości stacji Gdynia Stocznia. Zginęło 18 osób. Historyk z IPN Piotr Brzeziński pisał w artykule „Gdyński Grudzień ’70”:

„Sama lokalizacja blokady budzi podejrzenia o umyślne wywołanie masakry. Mimo że celem blokady było zagrodzenie dostępu do stoczni, ustawiono ją tuż za przystankiem kolejowym, a więc aż kilometr od stoczni.

Przystanek Gdynia Stocznia był wtedy ważnym węzłem komunikacyjnym. W pobliskich zakładach pracowało ponad 30 tys. ludzi. Z powodu rozpoczętego w 1969 roku remontu trakcji elektrycznej musieli przesiadać się tutaj nie tylko oni, lecz wszyscy pasażerowie Szybkiej Kolei Miejskiej, także ci jadący do Gdańska i Wejherowa. Kolejki kursowały w odstępie kilku minut, dowożąc po około 1 tys. osób.

Takie zagęszczenie ludzi, w połączeniu z panującym 17 grudnia zamieszaniem, musiało wywołać panikę wśród zgromadzonego na peronie tłumu. Ludzie zamiast spokojnie przejść – zawieszonym ponad peronem pomostem lub wprost przez torowisko – w stronę ul. Czerwonych Kosynierów (obecnie ul. Morska), ruszyli prosto pod karabinowe lufy.

Potężniejący tłum napierał na stojących na pomoście ludzi, nie dostrzegając zagrożenia. Było jeszcze ciemno. (…) Stłoczeni na peronie ludzie byli zdezorientowani. Kazali iść do pracy, to poszliśmy – wspominał Stanisław Stenka – nie wiedzieliśmy, że tam będą strzelać (…) No, a jak mieli ludzie nie iść do pracy; skoro wieczorem w telewizji pan Kociołek tak mocno o to apelował? To skąd można było wiedzieć, czy to, co teraz mówią, jest prawdziwe?”.

Czy Kociołek wiedział o blokadzie? Potwierdził rozkaz strzelania? Nie wiadomo.

Prof. Antoni Dudek, historyk z UJ, mówił 1 lipca 2014 „Wyborczej”, że ukarano tylko rękę, a głowa pozostała bezkarna. Jego zdaniem sąd mylnie ocenił rolę Kociołka. „On wiedział o blokadzie stoczni. Nie ma twardych dowodów na piśmie, bo decyzję podjął Kliszko. Ale on nie działał sam, Kociołek wiedział o tym. Robił, co chciał Kliszko, bo wiedział, że on jest najważniejszy”.

Prof. Andrzej Friszke komentował wtedy inaczej: „Trudno jest osądzić zbrodnię po 44 latach. Pierwszoplanowe postacie nie żyją, świadkowie nie pamiętają szczegółów. Ludzie mają prawo powiedzieć: »Nie ma sprawiedliwości, bo nie ma winnych«. Proces Grudnia mógł trwać krócej. Po co było przesłuchiwać tysiąc świadków? To porażka sprawiedliwości”.

Po latach w sądzie jeden ze świadków zeznał, że Kociołek potwierdził rozkaz strzelania do demonstrantów wydany z Warszawy. 

W 2000 roku ukazała się książka o protestach pióra gdańskiej historyczki Bogumiły Danowskiej („Grudzień 1970 roku na wybrzeżu gdańskim”, Wydawnictwo Diecezji Pelplińskiej „Bernardinum”, Pelplin 2000). Danowska przeczytała kilometry archiwaliów i całą bibliotekę książek i artykułów, jakie wcześniej na temat Grudnia powstały. Dotarła do akt procesowych z lat 90., rozmawiała z niektórymi żyjącymi aktorami wydarzeń (m.in. z ówczesnym wicepremierem Kociołkiem) i przestudiowała zeznania świadków, a swoją książkę zilustrowała nie tylko skomplikowanymi planami sytuacyjnymi operacji wojska i milicji w Trójmieście, ale nawet oryginalnymi protokołami z oględzin zwłok zabitych demonstrantów.

Według historyczki

nie sposób w ostateczny sposób ustalić, kto jest bezpośrednio odpowiedzialny za wydanie rozkazu strzelania wobec robotników. Wicepremier Kociołek? Generał Wojciech Jaruzelski, wówczas dowódca armii?

Ogólne dyspozycje wydawał Gomułka. Najprawdopodobniej decyzja zapadła kolektywnie, ale kto w takim razie wchodził w skład tego gremium?

Nie wiadomo, a ci, którzy wiedzieli, udzielają sprzecznych odpowiedzi. Także dokumenty były często wzajemnie sprzeczne i pozostawiały wiele przestrzeni dla domysłów i hipotez. 

Danowska sądzi, że w decydującym momencie Gomułka został celowo wprowadzony w błąd przez wspieranych przez ZSRR konkurentów wewnątrz partii, którzy w rozlewie krwi widzieli szansę na skompromitowanie niewygodnego pierwszego sekretarza i jego ekipy.

Kociołek zapłacił infamią

Kociołek zapłacił za to telewizyjne wystąpienie karierą i dożywotnią infamią. Został powszechnie uznany za odpowiedzialnego za masakrę i nawet dla towarzyszy z partii stał się zbyt skompromitowany. Do końca życia jednak odrzucał oskarżenia, zaprzeczając, jakoby celowo wysłał robotników pod lufy karabinów.

Na grudniowym plenum partii w 1970 roku towarzysze z ekipy Gomułki – Zenon Kliszko oraz Ignacy Loga-Sowiński – próbowali osadzić Kociołka na stanowisku I Sekretarza, ale okazał się zbyt skompromitowany. W wywiadzie-rzece „Przerwana Dekada” Edward Gierek, który zastąpił Gomułkę jako I sekretarz PZPR, mówił:

Kociołek był obecny w Gdańsku w czasie robotniczych rozruchów i jego rola w rzezi gdyńskiej wówczas dla mieszkańców Wybrzeża nie była jasna.

Skompromitowany Kociołek został „zesłany w ambasadory” – mianowano go ambasadorem PRL w Brukseli.

Wracając do Morawieckiego i IV RP: argument, że Kociołek nie został skazany za swój udział w masakrze w Gdyni, nie świadczy źle o sądach III RP. Udział Kociołka w wydarzeniach nie ulegał wątpliwości i on sam mu nie zaprzeczał. Zaprzeczał jednak, że wydał rozkaz użycia broni.

Wbrew tezie Morawieckiego o komunistycznym charakterze sądów III RP, były one zupełnie inne. Inaczej niż w procesach politycznych w PRL, skazywały na podstawie dowodów, rozstrzygając wątpliwości na korzyść oskarżonego. Tych wątpliwości było dużo. Dlatego Kociołek – tuż przed śmiercią, zmarł w 2015 roku – został uniewinniony. 


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym